piątek, 7 marca 2014

IX Rozdział

     [Grudzień]
      Wokalista Static-X znów zaczął drzeć się wniebogłosy! Odebrałem telefon.
-Sam...-nie skończyłem, gdyż ten zaczął ostro nawijać.
-Kuźwa! Ben! Przyjedź tu! Nie mam pojęcia co robić!- mówił nie wyraźnie, jego głos był spanikowany.
-Dobrze. Już jadę, ale powiedz co się dzieje.- Oczy miałem wielkie. ręce mi się trzęsły. Bałem się o niego. Jest w tarapatach? Coś się stało? Tyle pytań cisnęło mi się na usta, ale nie chciałem nic mówić.
-Tyle krwi. Człowieku kałuża po prostu. Nie wiem co się dzieje! Boję się! Tak się boję!- ze szlochem rozłączył się. Moje zdenerwowanie było w zenicie. Z trudem (wielkim, wielkim, przeogromnym trudem) trafiłem kluczykami  w stacyjkę.
   Jechałem ostrożnie, a w głośnikach słychać było głos dziennikarza prowadzącego poranne wiadomości, ale choć próbowałem, to nie mogłem go zrozumieć. To tak jakbym ze zdenerwowania zapomniał języka angielskiego. 
   Zjechałem na parking pod blokiem w którym mieszkali Stan'owie. Zadzwoniłem na domofon.
-Ben.- Mruknąłem. Sam, albo Alex otworzyli bez słowa. Szybko wbiegłem do ich mieszkania nie pukając. - Co się tu dzieje!?- nikogo nie było w holu.
-Chodź tu!- krzyknął Sam z łazienki. Ale, że niby do kibla!? Wszedłem do środka, także nie pukając. Wokół szlochającej Alexandry rozlana była kałuża krwi.- Kurde Ben! Pomóż! Co jej jest!? CO jest do cholery!?- był nie źle poddenerwowany, a jego krzyk jeszcze bardziej denerwował biedną kobietę, siedzącą na zimnych kafelkach. 
-Nie krzycz.- szepnąłem i przykucnąłem przy jego żonie.- Alex.- Nadal mówiłem spokojnym szeptem. Gestem wskazałem Samuelowi, żeby ją zabrał. Kiedy wstała i zobaczyła małe, zniekształcone ciałko leżące we krwi, jej szloch przerodził się krzyk i łkanie. Na ten widok po policzkach spłynęły mi łzy. Ona już wiedziała co się dzieje, ale jej mąż był tak rozkojarzony, rozdrażniony i zdezorientowany, że nie był w stanie się domyśleć. Stał tylko obejmując mocno załamaną kobietę i tuląc ją do swojej klatki piersiowej. Wpatrywał się tępo to we mnie, to w stracony płód.- Sam.- zacząłem.- Przykro mi, ale... wasze... wasze...- cholerne łzy. Nie spływajcie zostańcie na swoim miejscu!- dziecko...- nie dałem rady nic więcej powiedzieć. Patrząc na przyjaciela pokręciłem głową i patrzyłem jak i u niego pobudza się ból i strata potomka. Już nie próbował być silny. Jego smutek dosięgnął zenitu. Zaczął płakać, jeszcze mocniej przyciągając do siebie Alex. Nie potrafiłem patrzeć się na to bez wyciśnięcia tony łez. Usiedli na kafelkowej posadzce, nie mogąc się pogodzić z tym, co się właśnie wydarzyło.- Posprzątam.- mruknąłem. Mój głos zrobił się bardzo chrypliwy od nadmiaru emocji i łez. Może to żałosne, bo nie dotyczyło mnie, ale działa się krzywda mojemu najlepszemu kumplowi. Człowiekowi, który pomagał mi w każdej sytuacji. Pocieszał w trudnych chwilach i słuchał każdego mojego wyżalenia. Nawet kiedy odbierał moje nocne telefony, emanował spokojem. 
   Wiedziałem gdzie, co się znajduje w ich domu. Z mopem i wiadrem zabrałem się za wycieranie krwi, uważając przy tym na nie żywy płód. Po posprzątaniu owinąłem go w chusteczkę i położyłem na szafce.
-Schowajcie je do jakiegoś pudelka i najlepiej zakopcie. Jedźcie do szpitala. Przykro mi.- mówiłem.
-Nie!- usłyszałem ich chórny krzyk kiedy otwierałem drzwi łazienki. Odwróciłem się raptownie.- Zostań.- szepnął Sam.- Zostań z nami..
-Ja się pójdę przebrać.- powiedziała. No tak. Jej spódnica z białej zrobiła się biało-czerwona. Poszła do swojego pokoju ( z pomocą męża, oczywiście), a poszedłem do salonu i usiadłem na obitej białym materiałem kanapie. Sam zaraz usiadł obok mnie.
-Dlaczego?- wiedziałem, że chodzi mu o stan Alex. Słychać było jak ona rozmawia z kimś przez telefon. Pewnie z matką albo przyjaciółką.
-Nie wiem- opowiedziałem szczerze.- Musielibyście jechać do lekarza, ale radzę to zrobić jak już się trochę uspokoicie.
-Wiesz... Na początku nie chciałem tego dziecka. Leciał już trzeci miesiąc... A ja już dawno byłem do niego przekonany. Tak świetnie się słuchało jak Alex wymyślała imiona. Nie raz wyobrażałem sobie jak gram z synem w piłkę, jak uczę córkę jeździć na rowerze. I pewnie bycie rodzicem to supersprawa, ale najwyraźniej nie dla mnie.
-Hej. Sam. Przestań. To, że teraz nie wypaliło, nie oznacza, że nie możecie spróbować jeszcze raz. Jedno niepowodzenie nie niesie za sobą prawdopodobieństwa drugiego. 
-Skąd możesz to wiedzieć?
-Uczę się o tym, brachu.- obdarzył mnie bladym uśmiechem. Położyłem dłoń na jego ramieniu. Nic nie mówiliśmy. O niby o czym mieliśmy rozmawiać w tamtej chwili. Bardzo mnie urzekło, że jednak chciał tego dziecka, że nagle zechciał być tatom.
-Ben...- szepnął po chwili spojrzałem na niego. Przyglądał mi się ze zmartwioną miną. Uniosłem brwi.- Co...Eh... Ci się... stało w plecy.- O nie! Tylko nie to! Wybrał najgorszą chwilę z możliwych. Kiedy kiedy przypomniał o bliznach każda z nich zaczęła przeszkadzać. Od łopatek do dolnej części pleców, po każdej ciemno czerwonej szramie przeszedł dreszcz, ale to był taki bardzo nieprzyjemny dreszcz.
   Patrzyłem na niego tępo. Co mam mu niby powiedzieć prawdę? Ha! To chyba jakaś kpina. Ale przecież sam uznałem, że trzeba mu o tym powiedzieć. Zwierzanie się mojemu psychiatrze chyba nie wystarczająco pomaga. No bo jaki jest sens jest w zwierzaniu się komuś, kogo się nie zna?
-Wiesz, że moi rodzice nie żyją?- przytaknął ruchem głowy. No nic. Powiem mu prawdę.- I wiesz, że nie żyje moja siostra. Miała wtedy czternaście lat. Wpadłem w depresję...
-Zrobiłeś sobie krzywdę!?- uniósł się. Czy taki musiał być własnie sposób na odwrócenie uwagi od tej tragedii.
-Nie! Nie taką. Nie jestem debilem! Nie chłostałbym się po plecach.
-Nie taką?- zdziwił się. 'Łapiąc za słówka'
-Odpowiadam teraz na inne pytanie.- odwróciłem jego uwagę od masochizmu. Skupmy się na sadyzmie.- Moi rodzice nie zginęli w wypadku.- uniósł zdziwiony brew. No przecież tak mu wmawiałem. To znaczy mówiłem mu to, co wmówili sobie wtajemniczeni.- Zostali zamordowani przez swojego przyjaciela. W nocy. Dzięki niemu... Przez niego zasnęli i już się nie obudzili.- Jego oczy były ogromne z przerażenia. Niecodziennie słyszy się takie życzy.- Temu człowiekowi uszło to na sucho...- mówiłem dalej, ale Was nie będę zamęczał tą opowieścią, którą już dobrze znacie.
  A on dalej się patrzył. Nic nie mówił. Wcale. W ogóle. Nic! Objął mnie mocno ramieniem. Kurcze! Nigdy mnie nie przytulał i czułem się... Nieswojo? Tak szczerze, to podniosło mnie to na... duchu? Można tak powiedzieć. Nie? Chyba lepszym wydałoby się stwierdzenie... na psychice, czy... coś.
-Kurcze... Stary. Nie miałem pojęcia. Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej?
-A co w ogóle dało, że ci powiedziałem?- warknąłem wstając.- To przecież nic nie zmieni!- A ja się dziwiłem, kiedy usłyszałem, że włosi dużo machają rękoma. I muszę przyznać, że to chyba jednak prawda.
-Okej. Ben! Ogarnij.- uspokajał mnie.
-Nie mów tak. Możesz mówić 'uspokój się', 'Już nie krzycz' albo 'siadaj', ale nigdy 'Ogarnij', bo mnie jasny szlag trafi!- Warczałem patrząc na niego z góry. Kto w ogóle wymyślił to głupie słowo!? Albo lepiej powinienem zapytać: 'Dlaczego ludzie tak często go używają?' No bo... Kiedy jest czegoś nadmiar... przesyt, to staje się to irytujące i zaczyna robić się nudne i niepożądane... Że niektórych to nie frustruje!
-Dobra. Uspokój się, nie krzycz i siadaj.- wywróciłem oczami, ale zrobiłem to, o co mnie poprosił.- Życie jest do bani.- Zakrył twarz rękoma.
-W tej chwili twoje bardziej.- mruknąłem.
-Dzięki. Bardzo mi pomogłeś.- sarkastycznym tonem dał mi do zrozumienia, że tą uwagę mogłem zachować dla siebie.
-To przepraszam, że nie jestem mistrzem w pocieszaniu.
   Wsparłem się na białej poduszce i zacząłem się wpatrywać w okno. Na dworze było okropnie brzydko. Padał śnieg, niebo było blade i nie przepuszczało ciepłych odcieni słońca... Za którym okropnie tęskniłem. Mógłbym teraz wrócić do Włoch albo wyjechać do Grecji czy nawet do innego stanu USA : Floryda, California , ale za bardzo się przyzwyczaiłem do Kennewick. Ludzie są tutaj są bardzo... przyjemni. Bardzo polubiłem niektóre osobistości i jak na razie nie mam zamiaru zrywać z nimi kontaktu. Sam, Andre, Ashi (Długo się z nią nie widziałem.), Alex. Właśnie Alex. Co ta kobieta musiała przezywać. Wyjście z takiego dołka to ciężka sprawa. Biedna dziewczyna... Żeby coś takiego przeżyć - Utratę kogoś bliskiego - trzeba być na prawdę silnym. I Alex po tym względem jest godna podziwu. Musiała podjąć W życiu wiele ważnych decyzji. Swoją edukację porzuciła dla muzyki. Planowała iść na prawo i zostać adwokatem, a przyszło jej grać w barze 'Stan'( Bardzo banalna nazwa, ale pasuje.), ale jeśli to lubi, to czemu nie? Chociaż wierzę w to, że Ona, Sam i Andre zrobią kiedyś karierę muzyczną.
-To on jeszcze żyje?- jego mina wyrażała ogromne zdziwienie. Dziwne... Chyba na prawdę próbował odepchnąć od siebie myśl, że na razie nie zapowiada się na to, że zostanie ojcem.
-Tak. Żyje i co gorsza ma się świetnie.- znowu cisza. To już chyba koniec przesłuchania.
-Okaleczanie się pomaga?- spytał.
-A skąd mam to wiedzieć? Nie wiem, ale to durne...
-Oj już nie kręć. Myślisz, że nie widziałem twojej reki, a po drugie sam powiedziałeś, że zrobiłeś sobie krzywdę.- Kurcze. Samuel jednak potrafi słuchać i myśleć logicznie.
-Nie.
-Co nie?- trochę się uniósł.
-Nie, nie pomaga. Nawet nie próbuj tego robić, bo ci nogi z... Nie będę ci prawił morałów... Albo i będę. Musisz zabrać Alex do lekarza.
-Po co?- Patrzył na mnie wielkimi jak spodki oczami. Bardzo głupie pytanie.
-Jak to 'Po co'? Musicie się dowiedzieć co jest powodem... poronienia. Ja już będę leciał. Trzymaj się i na prawdę weź ją do lekarza. To konieczne.
   Wyszedłem i ubrałem kurtkę. Na dworze było już cieplej, ale nadal zimno.
  Wsiadłem do samochodu i ruszyłem z powrotem do domu. W radiu już nie wiadomości, a jak na razie świetna muzyka. Evanescence- 'Sweet Sacrifice'. Ogółem sam zespół był świetny, a Amy Lee... jest śliczna, tak. Wiem. 'Co ty za głupoty wygadujesz?' Ale wystarczy się jej przyjrzeć. Ma duże szare oczy, pełne usta i wspaniałe kruczoczarne włosy. Do tego ze wszystkim efektownie kontrastowała się jasna porcelanowa skóra, a na dodatek Amy nie wyglądała na swoje 32 lata. Niestety z genialnego Evanescence zmienili piosenkę na coś z repertuaru Rihanny, której szczerze mówiąc nie nie trawiłem.
  Do domu wszedłem po cichu... Nie wiem dlaczego tak jakoś wyszło, ale może to i dobrze, bo to, co zobaczyłem po wtargnięciu do salonu bardzo mi się nie spodobało. Na małym stoliku z ciemnego drewna leżał woreczek z białym proszkiem. Zauważyłem jeszcze ślady po kilku kreskach z tego proszku stworzonych. Nathan brał.
-Nathan!- zawołałem- Nat!-żadnej odpowiedzi.
   Pobiegłem do łazienki. Ani po nim śladu. A może w sypialniach. Nic. Nie było go. Jak można wyjść zaćpanym z domu? Może mu się stać krzywda. - To była jedyna myśl, która w tamtej chwili krążyła po mojej głowie. Siedząc na podłodze w holu myślałem tylko o tym.
   Obok mnie przysiadł kocur (wyleciało mi z głowy jak on miał na imię) i przyglądał mi się uważnie.
-I co sie patrzysz?- burknąłem mrożąc kota wzrokiem.- Po co ja się ciebie pytam. I tak mi nie odpowiesz. Jesteś tak głupim stworzeniem, że nie wiesz co się teraz dzieje.- Mówiłem do niego! Mówiłem do kota! Dopadła mnie jakaś nerwica. Nie mogą c już wytrzymać tępego wzroku zwierzęcia (?) poszedłem do siebie do pokoju... I jak na złość dzwoni telefon. Nie spojrzałem na ekran. A obiecałem, że będę to robić.
-Halo.- warknąłem. Nie miałem zamiaru używać tak okropnego głosu.
-Przepraszam. Nie wiedziałam, że przeszkadzam.- odezwała się osoba po drugiej stronie.
-Nie. Nie. Nie! Nie przeszkadzasz Ashley.- Nieźle się za nią stęskniłem.- Co u ciebie?
-Nic ciekawego.- Miała strasznie smutny głos.
-Coś się stało? Mogę ci jakoś pomóc?
-Po prosu się ze mną spotkaj.- odparła. Mruknąłem tylko przytakująco.- W parku. Chciałabym się z tobą zobaczyć.
  Rozłączyła się. Szybko wybiegłem z mieszkania i ruszyłem w stronę parku.
-Gdzie się pan tak spieszy, Panie Barnes?- spoglądnąłem rozkojarzony na panią Hussian. Była to jedyna miła,starsza pani, którą znalem. Była strasznie niska. Jej siwe włosy wydawały się matowe w szarym świetle okropnego dnia. Wyprowadzała właśnie swojego pieska... Chyba mieszaniec. Zawsze witał mnie skacząc i szczekając. I tak było i tym razem.
-Na spotkanie.- odpowiedziałem głaszcząc rudego pieska. Uśmiechnęła się, a zmarszczki w okół jej oczu pogłębiły się nadając jej miłej twarzy jeszcze milszego wyrazu. Nie wiem dlaczego, ale tacy ludzie mnie wzruszali. Starsi, mili i bezbronni...- Jak się pani dzisiaj czuje? Wygląda pani olśniewająco.
-Dziękuje ci, chłopcze. Idź. Jeśli ci zależy to idź.- uniosłem brew. Skąd... A mniejsza.
-Do... do widzenia.- odpowiedziałem jąkając się i ruszyłem znów w stronę parku.
   Ashley siedziała na ławce. Włosy upięte w wysokiego koka odsłaniały uszy, w których tkwiły słuchawki. Ciekawe czego słucha... Najbardziej w jej wyglądzie zauważalne były cienie pod oczami. Co ją tak wykończyło. Podszedłem bliżej i wreszcie mnie zaważyła. Podeszła do mnie z bladym śmiechem na twarzy. Kiedy widziałem ją miesiąc temu, wydawała się być szczęśliwa.
-Cześć Ashi.- szepnąłem.
-Hej.- głos się jej załamał. Wtuliła się we mnie. Objąłem ją wplątując palce w jej włosy. Ten dzień był naprawdę do bani.
07.03.2014


Okej. No to koniec następnego rozdziału. Ja wiem. Wszystko wiem. Nie dość, że dodaję rozdziały z miesięcznymi przerwami, to jeszcze się bezczelnie ociągam. No rozumiem. Ale jest. Krótki, ale jest. ma nadzieję, że się podobał. Jesli to czytasz komentuj. Komentarze bardzo pomagają. Naprawdę.
 :) :3




niedziela, 23 lutego 2014

CZYTAĆ PROSZĘ!

Jest taki mały problem. Następny rozdział nie skończył się jeszcze pisać. (No, bo wszystko robi się samo.:D) i jak na razie nie ma jak się skończyć. Tak więc Ben Wąs najmocniej przeprasza i obiecuje, że Kiedy tylko będzie mógł, to wróci i opowie wszystko. 
Oraz mam nadzieję, że Wszystkie Kochane Osóbki, które fatygują się aby cztać Moje wypociny nie opuszczą Mnie i będą cierpliwe. Dziękuję i dobranoc. :)

niedziela, 26 stycznia 2014

VIII Rozdział

-Doktorze!- Emma, pielęgniarka, położyła swoja rękę na moim ramieniu. Odwróciłem się w jej stronę.- Przepraszam, że się tak brzydko zapytam, ale ma pan problemy ze słuchem?
-Nie.- zaśmiałem się.- Bardziej... Nie jestem przyzwyczajony do 'Doktorze' bardziej pasuje mi Ben, więc proszę mówić mi Ben.
-Ale...
-Jestem Ben. Jeszcze nie jestem doktorem.- powiedziałem dobitnie.- O co chodzi?
-Mały chłopiec ze skręconą kostką. Nie słucha się mnie, a żaden inny nie ma czasu. Pomoże mi Pan...- Uniosłem brew. Pan?- Ben.
-Tak...  Ehm... Chodźmy.
   W gabinecie siedział mały zapłakany blondasek. Miał z pięć lat. Obok niego siedziała... Ashley. Spojrzała na mnie, a ja na nią bardzo spłoszony.
-Ehm... Dzień dobry.-  zająknąłem się.
-Dzień dobry- odpowiedziała Ashley.- Skręcił kostkę.- oznajmiła. Przytaknąłem i przykucnąłem przy krzesełku chłopczyka.
-Jak masz na imię?- spytałem. Spojrzał na mnie. Miał takie same oczy jak piękna kobieta siedząca obok niego.
-Jack.- Jęknął obolały.
-Dobrze. Jack. Wiem, że cię boli, ale musimy zrobić zdjęcie twojej nóżki, żeby zobaczyć co się dokładnie z nią stało. Idziemy?
   Źle, że Emma zaprowadziła ich do tej sali. Sala do RTG była trochę dalej.
-Znaczy się pójdę ja i twoja... mama?- uśmiechnąłem się do Ashley, a potem do Jack'a.
-Siostla!- ożywił się po czym zaśmiał głośno.
-Okej! Facet!- wziąłem go ostrożnie na ręce nie chcąc urazić jego nogi. Przeszedłem z Ashley u boku i z jej bratem na rękach do odpowiedniego pomieszczenia, kładąc na stół.- Teraz się nie ruszaj.- rozkazałem włączając rentgen. Hmm...hmm... Nie jest tak źle, pomyślałem.
-Kostka  będzie wymagała usztywnienia i rehabilitacji.
-Aż tak źle?- spytała przerażona Ashley.
-Nie. Rehabilitacja jest konieczna w większości przypadków.
   Zająłem się kostką, po czym delikatnie opatrzyłem malutką stópkę.
-Becie dobrze?- spytał mały.
-Już jest dobrze ,Jack. Jak to się stało?
-Ymm... Bawił się z dziećmi i wpadł na pomysł, żeby skoczyć z murku, ale źle wylądował.- powiedziała opierając się o biurko.- Ja nawet nie wiem jak? Nigdy nic takiego się nie zdarzyło. On nawet często nie choruje. Kiedy najczęściej dzieje się coś takiego?- nagle spojrzała na mnie zaciekawiona.
- Staw skokowy, czyli potocznie kostka, jest niezwykle podatny na urazy. Skręcenie jest wynikiem  złego ułożenia stopy na podłożu. To jest bardzo, bardzo częste. Nie masz czym się martwić.Uraz twojego brata to uraz graniczący między skręceniem lekkim, a drugiego stopnia, choć można je nazwać bardziej lekkim.
-Jejku. Ben, dziękuję.
-Taka moja przyszła praca.- wzruszyłem ramionami.
   Wstała i uniosła powoli Jack'a
-Byłeś bardzo grzeczny,- pochwaliłem - więc w nagrodę dostaniesz coś słodkiego. Co ty na to?- poruszył energicznie głową. Wyciągnąłem z torby Mars'a i Snickers'a.-Wybieraj!- I wybrał. Snickers'a.
-Dziekuje plosze pana.- mruknął. Skinąłem mu służbowo głową. Telefon Ashley zadzwonił.
-Tak...U lekarza... No, skręcił kostkę...Teraz nie... Tak...No, przepraszam!- oburzyła się.- Tak... Lekarz.--osoba po drugiej stronie się uniosła.-Ben... Tak mamo, ten... Yhm... Co?!... Ale...Eh, Dobra.- odsunęła aparat do ucha i spojrzała na mnie.- Moja mama.- podała mi słuchawkę i odeszła na bok z chłopczykiem.
-Dzień dobry.- Powiedziałem cicho. Tylko szybko. Jesteś w pracy. Ponaglał mnie umysł.
-Witam. Proszę pana. Ezzi nie mówiła, że jesteś lekarzem, a mówi o tob... A mniejsza.- Mówi o mnie? Plus dla mojego ego.- Może przyjdziesz dzisiaj do nas na kolację. W ramach podziękowania.
-Ja...Nie... Nie jestem jescze... Nie mogę...
-Możesz! Panie Barnes, proszę.- Jej głos był tak przyjemny. Tak uspokajający. Tak jak głos Megan.
-Jeśli... Nikt nie będzie miał nic przeciwko...
-Nie będzie. Dzisiaj o 6. Do widzenia.- Rozłączyła się.
   Następny dzień bez glanów? Następny dzień ukazywania tatuaży? Następny dzień bez papierosów? Następny dzień z Ashley! Oddałem jej telefon.
-Co jest?
-Twoja mama zaprosiła mnie na kolacje.- popatrzyła na mnie zdziwiona, ale zaraz się rozpromieniła.
-Extra! To my pójdziemy. Pa pa.
-Do zobaczenia wieczorem, Ezzi.
-Weź... A mniejsza.- Po mamusi.- Cześć.-Wyszła cicho zamykając za sobą drzwi.
    Dwie godziny później siedziałem w domu pijąc kawę. Carly siedziała u siebie w pokoju, a Nathan'a nadal nie było. Niedługo wróci. Mógłbym się teraz denerwować. Zastanawiać się czy ochrzanić go kiedy wróci, ale nie! To dorosły człowiek. Nie mam prawa go pilnować i najwyraźniej jestem nadzwyczaj przewrażliwiony. Może to dlatego, że nieraz wrócił z poobijaną mordą.
     Pomyślałem o muzyce. Muzyka. Wstałem i ruszyłem do swojego pokoju i ująłem w ręce gitarę.
-Maniac Messiah.- zamruczałem pociągając parokrotnie struny szukając dobrego dźwięku.- Destrucion Is His game... A beautiful liar... Love... For Him is pain- Nic lepszego nie wymyśliłeś?- The themles is now burning... Our faith caught up in flames... I need a  new direction...Because... I lost my way... All we need is Faith, All we need is faight. Faight is all we need.- Nie... Może coś bardziej wesołego. Ile można układać piosenki o bólu i nie szczęściu? A może...-  I... picked up my guitar...tried to write you a song...- Zapisałem. Głupotę, ale ją zapisałem.- But... Every word...I wrote just sounded wrong...- I zamierzałem to zapisywać.- Love... Another four letter word... I said... Love You... You even said love... me... But is that all is... takes... Is it mean to be... Love... I wanna make sure... Y...You loved. True love... Never... dies... - Kiedy skończyłem układać, zagrałem całe :
I picked up my guitar
Tried to write you a song
But every word I wrote just sounded wrong
Love
Another four letter word
I said I love you
You even said you love me
But is that all it takes
Is it meant to be
Love
I wanna make sure you loved
True love
Never lies
Just look into my eyes
I must be mad
To give up what we had
You know I never wanted to make you sad
Love
It was right there in front of me
I can write you a song about forever together
For better or worse
Rich or poor or whatever
Real love
That much I guarantee
True love
Sometimes cries
Just look into my eyes
Even if you think that it's goodbye
Tell me what to do and I will try
Nothing more important than you and I
Our love will never die
Even if you tell me it's goodbye
Look into my eyes for my reply
Oh, if it's goodbye
Love will never die

-Kurde! Jaki syf!- burknąłem drażniąc struny.
-A mi się podoba. Jest takie... słodkie.- Powiedziała Carly opierając się o framugę drzwi.
-Jeśli jeszcze raz powiesz, że coś związanego ze mną jest słodkie, to uduszę i ukatrupię. Nie jestem słodki. Nigdy przenigdy. Koniec kropka! Fine!- Nienawidzę słowa słodki. To jest takie... słodkie. Fuj! Ble ohyda!
-Tylko się nie zapowietrz, dziadziuniu. I mi się bardzo podoba.
-Carly? Co masz dzisiaj w planach?- zmieniałem temat.
-Ściągnęłam sobie film i chciałam go oglądać. A co?- była dzisiaj taka... uśmiechnięta. Zawsze. A może ja, stary zgred, powinienem brać od niej korki.
- Nie będzie mnie, a nie wiem kiedy wróci Nathan. Nie chcę Cię zostawiać samej z nim. Będzie pijany.- mój głos robił się coraz wyższy.- Kto wie co będzie mu chodzić po głowie. Jak można być takim pijakiem i mieć aż tak nie poukładane życie. Lubię tego gościa, ale jest naprawdę wkurzający. Nie wytrzyma dnia bez wypicia jakiegokolwiek rodzaju alkoholu! Obiecaj, że nie będziesz pić.- położyła lewą rękę na piersi, a prawą uniosła.- Dziękuję. I obiecaj, że znajdziesz sobie męża tak miłego, mądrego i boskiego jak ja.- zaśmialiśmy się, a ona usiadła obok mnie.
-Oczywiście. A gdzie będziesz, jeśli można spytać.- przytuliła się do mnie. odwzajemniłem uścisk.
-Na kolacji u Ashley, ale wrócę jak najszybciej będę mógł. Obiecuję Ci. Tylko gdzie cie zostawić kiedy nie będzie mnie.- Myślałem głośno.
-Mam piętnaście lat. Umiem o siebie zadbać. Kiedy przyjdzie Nathan i będzie pijany zamknę się w pokoju. Okej?
-Ale to ja mam Cię pilnować, a nie pokój.
-Oj Ben! Przecież nie odwołasz kolacji tylko po to, żeby mnie pilnować to nienormalne. Idziesz i tyle. Koniec kropka...Fine?- spojrzała na mnie pytająco.- I co będziecie robić?
-Tak słońce. Fine. Będziemy jeść. I będziemy rozmawiać, a tak w ogóle to jej mama mnie zaprosiła.
-Oł...- A to coś dziwnego?, pomyślałem.
- Głodna?
-Jadłam.- odparła pociągając struny gitary znajdującej się na moich kolanach. Podałem jej ją poszedłem do kuchni.

   W między czasie Nat zdążył wrócić do domu. Oczywiście na kacu. Ja, ubrany w ciemną marynarkę, szarą koszulkę z napisem Deftones, ciemne dżinsy i trampki, wybrałem się parę domów dalej na kolację u Green'ów. Samochód zaparkowałem na podjeździe i z bukietem niebieskich frezji dla Pani Greene i czerwonymi różami dla Panny Greene (były to jej ulubione kwiaty, z tego co zapamiętałem.) podszedłem do drzwi i zapukałem, gdyż nie zauważyłem dzwonka. Parę chwil później stała w nich Ashley. Włosy upięte w luźny kok... Czarna, dopasowana suknia wyglądała na niej bardzo zjawiskowo.
-Hej. Ślicznie wyglądasz -szepnąłem podając jej bukiet róż. Przybliżyła się do mnie i pocałowała zagięcie żuchwy. Nie przeszkadzał jej zarost...
-Dziękuję. Za kwiaty, które są naprawdę śliczne. Masz plusa za to, że prawdziwe, i za komplement. Także wyglądasz świetnie.- Ta. Yhm. Pachniała tak ślicznie jak wyglądała. Perfumy miała ostre i przyjemnie drażniące.- Wejdź.- przepuściła mnie w drzwiach.
   Znalazłem się w wąskim, ciepłym i przytulnym pomieszczeniu. Ściany, które pomalowane były na jasny kolor, bardzo powiększały mały pokoik.
   Następnie przyszła do nas pani Greene. Przywitała mnie ściskając dłoń i wymawiając serdecznie 'Witam' gdy wręczałem niebieskie kwiaty.
Zostałem zaprowadzony do biało-brązowego pomieszczenia, które było jadalnią. Stół- ośmioosobowy został zrobiony z ciemnego drewna. Podłoga również wykonana została z ciemniejszej imitacji drewna. Na krzesłach siedziały dwie osoby. Znany mi już Jack i starszy mężczyzna czytający tom Stephena Kinga. Kiedy weszliśmy do pokoju podniósł na nas wzrok z nad czytanej lektury i podszedł do mnie z kamiennym wyrazem twarzy. Wyciągnął rękę, którą z lekkim opóźnieniem uścisnąłem. Zastanawiałem się nad tym, czy poznam jej ojca i czy w ogóle zwróci na mnie jakakolwiek uwagę. Przełknąłem głośno ślinę z nadzieją, że nikt nie usłyszał.
-Jestem Charlie. Tata Ashley.- naraz przymulony wyraz twarzy został zastąpiony przez szeroki uśmiech.
-Miło mi pana poznać - Wybąknąłem lekko się uśmiechając. I na jakie tory teraz sprowadzić rozmowę?
   Zasiedliśmy przy stole. Przez pewien czas
panowała cisza. Słychać było tylko sztućce obijające się o porcelanę.
-Benjaminie. Opowiedz coś o sobie..- Zagryzłem dolną wargę. Ale, że co? Żeby coś opowiedzieć trzeba mieć o czym. Prawda?
-Ehm... Ja...- No co ja???- studiuję medycynę, chciałbym raczej iść w ortopedię, ogółem nie mieszkam tu za długo, zaledwie trzy lata. Wcześniej mieszkałem na Alasce z moimi rodzicami i siostrą...
-Ale ie jesteś Amerykaninem? Nie brzmisz. - zauważył Charlie.
-Jestem z Europy
-Dlaczego nie  mówisz od razu skąd jesteś.- Przerwała mi Ashley. Nieładnie jest przerywać.
-No mówię... Z Europy...- uśmiechnąłem się do niej zalotnie ukazując zęby. Na co ona także się uśmiechając, zagryzła dolną wargę.-  No dokładniej to z Włoch. - burknąłem. I po co to komu wiedzieć?
-Ale czy tak trudno powiedzieć od razu dokładnie? To bardzo intrygujące.- Ciągnęła dalej Ashley. Kobiety, to stworzenia uwielbiające dociekać, fochać się, sprzeczać, jakby miał z tego jakąś nie zrozumiałą wewnętrzną satysfakcje.
  Nadal się do niej uśmiechałem.
-Ulicę też?- uniosłem brwi i przeczesałem włosy palcami.
-Nie przesadzasz? - zaśmiała się.- Przynajmniej kraj. Chyba, że się wstydzisz.
-Ależ oczywiście, że nie. Nie mam czego. - powiedziałem z powagą. Poczułem jak mój telefon wibruje w kieszeni. Nie mam czasu. Oddzwonię.
-No rzeczywiście, ale jeśli ty nie chcesz ja powiem.- Dobrze wiem, że inni członkowie 'spotkania' przysłuchiwali się nam z uwagą.
-Przepraszam. Zaraz wrócę.- Powiedziałem, kiedy nieustanne wibracje zaczęły mnie irytować. Wróciłem do holu.
-Witam, panie Barnes.- szepnął nieznajomy głos zanim zdążyłem się w ogóle odezwać. Mówił po włosku.- Co u ciebie słychać?
-Kto mówi?- spytałem  w tym samym języku. Gościu miał głos niczym z taniego horroru. 'za siedem dni umrzesz. Buhahahaha!'
-Been! Nie pamiętasz głosu starego przyjaciela?- I teraz mój bardzo często opóźniający się mózg zaczął kojarzyć fakty. Wspomnienia wracały. Ból w klatce piersiowej narastał. Wyszedłem spokojnie na podwórko, musiałem wzbudzić trochę podejrzeń, alerobiło mi się cholernie gorąco. Ręce miałem spocone, a oddech i bicie serca przyspieszone. -Jesteś tam?
-Tak. Jestem. Po co dzwonisz. Skąd masz mój numer? Jak mnie znalazłeś? Gdzie..?
-Hej! Hej!- przerwał mi.- Nie tak szybko chłopie. Dzwonię, bo się stęskniłem.- Ha! On sobie ze mnie żartuje!- Skąd mam twój numer? To moja gorzka tajemnica. Jak cie znalazłem? Jesteś przewidywalny mój drogi. Lubisz język angielski, więc prostym było to, że wyjedziesz do kraju w którym się nim posługują. Nie mogło być to żadne państwo w Europie, bo chciałeś uciec ode mnie jak najdalej.
-Już. Pogadałeś? Odwal się ode mnie. Dobrze? Już chyba trochę za dużo namieszałeś w moim życiu- Ah! Namieszałeś w moim życiu! Jak to banalnie brzmi!- Nie chcę cię znać. Nie chce cię widzieć. Chce w końcu o tobie zapomnieć. Przypomniałeś sobie o mnie po tylu latach? Nie potrafisz odpuścić, Bernardzie.- rozłączyłem się. Już wiemy jakiego numeru unikać. Pomyślałem, kiedy wchodziłem z powrotem do środka.
-Przepraszam.- mruknąłem zasiadając przy stole.
-A więc. Powiesz coś po włosku jak masz okazję. - Ile razy można się pytać, czy powiem coś po włosku.
-Ed è così importante per te?- mruknąłem patrząc w dół. Uspokój się! Już z nim nie gadasz! Czy będzie to normalne, kiedy zacznę się kłócić z własnym umysłem?
-Sì, ma come ho detto ...- opowiedziała. Ja cie pierdzielę! Patrzyłem na nią jak sroka w gnat. Akcent  może i miała marny. - uśmiechnęła się ponownie.
   Potarłem czoło i spoglądnąłem na swój talerz, który był opróżniony do połowy.
-Nic. Nic. Ja tylko... Nie wiedziałem, że mówisz po włosku. Nie mówiłaś mi.
-Ty tez mi wcześniej nie powiedziałeś. To jedno z moich zainteresowań.- ucichła i znów panował spokój. Jedzenie było wyśmienite, więc szybko zniknęło z mojego talerza.
   Wolałem, kiedy ktoś coś mówił. Nie myślałem wtedy o rozmowie z Bernardem i prawdopodobieństwem, że mnie znajdzie i zabije. Ale przypuszczałem, że do tego dojdzie..
-A  propos zainteresowań. Czym się pan interesuje. - Pan Greene spojrzał na mnie po skończonej kolacji.
-Ja... Muzyką..
-A grasz na czymś? - dociekała jego żona.
-Tak. Na fortepianie i na gitarze.- cały czas mówiłem cicho.
   Ellie uśmiechnęła się i położyła rękę na moim ramieniu.
-Jest pan zdolny. - Odparła. Pokręciłem przecząco głową.- Jak nie. Do tego być lekarzem. Trzeba mieć wielka odwagę, żeby brać odpowiedzialność za czyjeś zdrowie.
-I jesteśmy panu bardzo wdzięczni, że pomógł pan naszemu synowi. - wtrącił Charlie.
-Taka moja praca. I proszę mi mówić Ben... I rozmowa toczyła się dalej, ale to nic istotnego.
   Wstałem od stołu, ponownie przepraszając i poszedłem do łazienki. Umyłem ręce i spojrzałem w lustro. W ciągu sześciu lat zaszła we mnie diametralna zmiana. Obciąłem włosy, mam zarost... Ktoś, kto znal mnie za czasów  mojego pobytu we Włoszech, zapewne by mnie teraz nie rozpoznał. Westchnąłem i przeczesałem włosy palcami, po czym wyszedłem z łazienki. Natrafiłem przy okazji na Ashley wychodzącą z pokoju na przeciwko. Przebrała się w luźny T-shirt i dżinsy.
-Ja już chyba będę lecieć.- Powiedziałem.
-Nie. Nie idź jeszcze.- zmartwiła się. Schlebiło mi to. Chciała, żebym został dłużej, ale nie mogłem, nawet jakbym chciał. A chciałbym.
-Muszę iść. Mam gościa. Nie zostawię jej samej.
-Jej?- uniosła brwi w górę.
-Siostra.- rozwiałem jej wątpliwości.- Kiedy możemy się jeszcze spotkać?
-Nie wiem. Mam dużo nauki... Matma i te sprawy...
-Mogę ci pomagać.- zaoferowałem się. Zagryzła wargę (często to robiła) i spojrzała na mnie szarymi, pięknymi oczami. Przysunęła się do mnie i cmoknęła niespodziewanie w usta. Cmoknęła. To takie dziecinne. Przysunąłem ją do siebie i pochyliłem się wpiłem się w jej wargi, niepewnie odwzajemniła pocałunek, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej głębszy. Pchnąłem ją lekko przesuwając pod ścianę. Tak jakby grała piękna muzyka. Ptaki, skrzypce i tak dalej, ale potem ucichła, gdy spostrzegłem Ellie stojącą na końcu korytarzyka. Jej mina wyrażała wielką chęć oddalenia się jak najdalej stad.
-To ja może nie przeszkadzam- zachichotała, kiedy błyskawicznie odsunąłem się od jej córki. Przyległem do przeciwległej ściany.
-Ehm...Eee... Ja i tak muszę znikać.- Powiedziałem ruszając w stronę drzwi frontowych.- Żegnam panie.- kiwnąłem głowa patrząc na Ashley, której policzki płonęły z zawstydzenia. Wyszedłem i westchnąłem głośno. Odpaliłem auto i zacząłem się zastanawiać, czy poprawnie postąpiłem całując ją. Powinienem był ulotnić się zaraz po tym jak zadzwonił Bernard, ale nie, bo po co. Trzeba być tak... Ale nie warto się nad tym zastanawiać. Trzeba działać, jeśli wiem, że Ashley jest chętna głębszej znajomości ze mną, to dlaczego by nie spróbować, choć mam teraz większy problem na głowie. Moje życie.  Czy nie tak? Czy ten człowiek nie odpuści? Jednak gdyby się tak głębiej zastanowić, to może on wcale nie chce mnie zabić... Nie. Wtedy nie miałby powodu, żeby mnie szukać. Nadal nie znam powodu śmierci  moich rodziców. Nie wiem co nim kierowało. Możliwe, że to człowiek chory psychicznie. Pedofilstwo i sadyzm to choroby.
   A co z ludźmi, których znam? Pewnie nic, bo kto będzie za mną tęsknił. Najgorsze jest to, że jeśli ktoś będzie w pobliżu podczas mojej 'egzekucji', to także zginie. To jest pewne.
   Musiałem sączyć rozmyślać. Wyjść z samochodu, pozbierać się i pogodzić z tym, co się stanie. Żyć dopóki mogę.
      ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... .. .... ... .. ... ... .. .. . . ..... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ...
26.01.2014
    Koniec następnego rozdziału. Trochę taki... wymuszony... ale jest.
Ben

Ashley







wtorek, 31 grudnia 2013

VII Rozdział

   Sen opuścił mnie o piątej rano. Przez głowę przeleciała mi myśl , że jutro o tej porze będę musiał zbierać się do pracy a nie na trening (bądź co bądź... Bardzo kontrowersyjne określenie.)  Powoli, ale to bardzo powoli wygramoliłem się z ciepłego łóżka. Zajęło mi to piętnaście minut. Taki już los lenia. Po zebraniu się i załatwieniu wszystkich domowych spraw zajrzałem do pokoju Carly. Wierciła się, co oznaczało, że zaraz się obudzi. Kiedy spała wydawała się taka... dziecinna. W śnie niewiniątko w rzeczywistości pyskate przemądrzałe dziewczę, które było moją siostrą. Kiedy piłem kawę zadzwonił... dzwonek do drzwi. W końcu nie telefon. Otworzyłem, a przede mną ukazała się Ashley ubrana ciepło lecz sportowo.
-Dobry- odezwałem się uśmiechając promiennie i przepuszczając gościa w drzwiach.
-Cześć.- uśmiechnęła się po czym zmarszczyła czerwony od zimna mały nosek.
-Napijesz się czegoś?
-Nie mieliśmy iść biegać?
   Wzruszyłem tylko ramionami. Glany zamieniłem na adidas'y, a skórę porzuciłem na rzecz ocieplanej kurtki z materiału. Kiedy wyszliśmy na dwór nie mogłem powstrzymać się od wypowiedzenia :
-Ale pizga!
-To właśnie nazywa się stanem Waszyngton.
    Pobiegła dalej, a ja z niechęcią ruszyłem za nią. Po paruset metrach było coraz lepiej. Coraz cieplej...
Przebiegliśmy przez nieznaczną część miasta, po czym skręciliśmy do parku, a go okrążyliśmy dwadzieścia (mniej-więcej) razy z dwoma przerwami.
-Ścigamy się? - spytałem dysząc.
-Nie zmęczony?- odsapnęła patrząc na mnie tymi swoimi dużymi, szarymi oczami.
-Ja? Zmęczony? Nigdy!
    Zaśmiała się i usiadła na ławce. Poszedłbym w jej ślady, ale byłam w stu procentach pewny, że ławka jest strasznie zimna, a ja zimna NIENAWIDZĘ! Znowu na mnie spojrzała, pewnie rozpatrując moją propozycję. A ja stałem jak ten kołek kiwając się na boki.
-Nie.-Odpowiedziała w końcu.
-Dlaczego?- Teraz moje zachowanie przypominało teraz zachowanie dziesięciolatka, który próbuje przekonać swoją mamę do kupienia jakiejś nie istotnej rzeczy.
   Nie odpowiedziała tylko pokręciła głową.
-I doobra!- fochnąłem się. usiadłem na ławce zakładając, ręce na piersi. Ashley znowu się zaśmiała (Jakiż jam jest zabawny!).wsunęła swoją rękę pod moją, a głowę ułożyła na moim ramieniu. Rytm serca mi przyspieszył. Oddech stał się nierówny. Zrobiło mi się gorąco, więc westchnąłem.
-Przeszkadza Ci to?- spytała cicho.
-Nie.- mruknąłem. MI to wcale nie przeszkadzało. Oparłem policzek o jej głowę. Jej włosy pachniały truskawkami i teraz zauważyłem, że się zafarbowała. Teraz z tyłu od spodu miały kolor fioletowy. Taki... Mocno fioletowy. zawsze podobały mi się takie dziwactwa związane z włosami.
-Zafarbowałaś włosy.- powiedziałem
-W końcu ktoś zauważył- zaśmiała się popatrzyła na mnie. Prostując się zmusiła mnie abym się od niej odsunął.
-Jesteś inny.
-Inny: Jak się ostatnio widzieliśmy wyglądałeś inaczej, czy inny : dziwak.
-Inny... indywidualista. - stwierdziła. Ja? Indywidualistą? No. Może trochę. Tylko w jakim sensie? I czy dla niej indywidualizm to cecha pozytywna czy może wada. Chyba poczuła, że to wytłumaczenie mi nie wystarczało. Zaczęła więc wyjaśniać dalej. Wstała i snęła wprost przede mną.- Jesteś inny niż wszyscy faceci, z którymi miałam dotychczas do czynienia. Jesteś miły, skromny, pomocny.- Ja!? MIŁY? SKROMY? A może i pomocny. Może i moim zdaniem nie graniczyło to z prawdą, ale bądź co bądź schlebiało mi to. Schlebiało. Nie powiem.
-Ou...- Serio!? Ben? Tylko na tyle Cię stać? Opierdalała mnie moja podświadomość. No, ale co ja mogłem powiedzieć. 'Dzięki'!? To byłoby jeszcze bardziej chujowe niż to moje marne 'Ou'.- Nigdy tak o sobie nie myślałem- odparłem w końcu.- Nikt mnie nigdy o tym nie uświadamiał. Bardzo mi miło, że uważasz mnie za miłego czy pomocnego. Ale ty jesteś milsza- Wstaję i podchodzę do niej.- Jesteś bardziej pomocna.- Uniosła brew, ale nic nie powiedziała.- Jesteś wspaniała.- szeptem przekazałem jej to co zawsze chciałem jej przekazać.Przejechałem opuszkami palców po policzku Ashley. Zaledwie po miesiącu znajomości powiedziałem jej co o niej sądzę, ale to i tak nie było wszystko co miałem jej do powiedzenia. Jej oczy, Wielkie i szare, się zaszkliły, a policzki zalały soczystym rumieńcem. Ta cisza strasznie mnie skrępowała, więc szybko ją przerwałem.- Idziemy na kawę?
    I znowu spojrzała na mnie tymi swoimi oczami.
-Tak.-Ashley odparła cicho i chrypliwie.
     Przez całą drogę do baru Samuela nic nie mówiliśmy.
-Cześć Sarah.- powiedziałem do znanej mi kelnerki, nie patrząc na nią.- Ashley?
-Herbatę English Breakfast poproszę.- już nie była przygnębiona. Mówiła śmiało i z uśmiechem. Spojrzała na mnie nadal promieniejąc.
-Kawę poproszę.
    Kiedy Sarah odeszła zwróciłem się do Ashley:
-Nie pijasz kawy?
-Nie przepadam. Wolę herbatę. Kawa ma... ten...
-Gorzki smak- dokończyłem za nią
-Tak. Dokładnie.
-Czyli najbardziej lubisz herbatę?- spytałem kiedy zaczęła zbliżać się Sarah. Postawiał przed nami filiżanki i po cichu się oddaliła.
-Tak. English Breakfast jest najlepsza. Kojarzy mi się z Anglią. Zawsze chciałam tam się znaleźć.- upiła łyk herbaty.
-Eee... Tak ponoć w Anglii jest dużo butików i tym podobnych.- Marzenie każdej kobiety!
-Tylko, że mi chodzi bardziej o to, że tam rozgrywały się akcje moich ulubionych powieści. Duma i Uprzedzenie, Wichrowe Wzgórza, Rozważna i Romantyczna czy Mansfield Park.- rozmarzyła się.
Już wiemy o niej coś nowego. Fanka Jane Austen. Oraz Emily Brontë, choć nie wiadomo, bo Wichrowe Wzgórza to była jedyna powieść Emily.
-Tak... I do tego XIX wiek... Kto nie chciałby żyć w tamtych czasach...- Żywiołowo mi przytaknęła
-Pozwolisz, że zmienię temat?- powiedziała przez chwile na mnie nie patrząc. Niewerbalnie dałem jej do zrozumienia, że nie mam nic przeciwko.- Wczoraj przez telefon powiedziałeś 'Może i dobrze znam angielski, ale coś tam, coś tam'.- Zaśmiała się sama ze swojego stwierdzenia.- O co chodziło?
-Nigdy ci nie mówiłem?- pokręciła przecząco głową- Jestem europejczykiem.- I w tej też chwili uświadomiłem sobie, że skończyłem kawę.
-Zawsze jakaś podpowiedź, a narodowość to...- pokręciła głową w geście 'No mów że!'
-Io sono Italiano, Mia Cara!- powiedziałem to z tak wyraźnym akcentem na jaki było mnie tylko stać.
   Jej uśmiech stał się tak szeroki, że ukazała swoje piękne białe zęby. Nigdy nie próbowałem wyrywać kobiet na włoski. Zawsze był to mój urok osobisty.
-Jak miło!- powiedziała nadal się uśmiechając.- Więc co cię ściągnęło do Stanów.
-Nie wiem. Zawsze chciałem tu żyć. Mówić na co dzień po angielsku. Zawsze lubiłem się go uczyć- po części była to prawda.- Miałem osiemnaście lat...- I nic więcej nie potrafiłem jej powiedzieć. Chociaż, że było mi coraz łatwiej o tym mówić, to jednak wywoływało u mnie to pewne nie chciane emocje.
-Oh, ja bym jednak wybrała Anglię. Musiałeś pewnie wiekami stara się o to by tu być.
-Ależ nie, z Włoch nie potrzeba nawet wizy. Kupujesz bilet, lecisz. Serio, prosta sprawa.
-Czyli mam nadzieję, że pokażesz mi kiedyś Włochy. Skąd jesteś dokładnie?
-Maluuutkie misteczko pod Florencją. Z chęcią Ci pokażę.
  Ashley nie mieszkała daleko ode mnie. Dokładnie na tej samej ulicy. W 10th Ave. Staliśmy jeszcze chwilę przed jej domem. Gawędząc i żartując, aż w końcu z niebieskiego domku nie wyszła niska blondynka o niebieskich oczach. Wyglądała bardzo elegancko. Ubrana w ciemny żakiet i kanciaste materiałowe spodnie. Wyglądała jak bizneswoman. Szła w naszą stronę trzęsąc się z zimna.
-Oj! Dzieciaki! Chodźcie do środka. Jest zimno.- Wyglądała na trzydzieści, trzydzieści parę lat, choć możliwym było, że miała za sobą czterdziestkę.
-Cześć mamo.- uśmiechnęła się do niej Ashley.- Ben to jest moja mama Ellie. Mamo proszę poznaj Bena, mojego...- spojrzała na mnie. Chyba czekała na moją podpowiedź.
-Przyjaciela.- odparłem trochę spłoszony. Może i wyglądałem tak jak wyglądałem, ale nieśmiałość to moje drugie imię.- Miło mi panią poznać.- Wyciągnąłem do niej dłoń, a ona bez wahania ją uścisnęła.
-Benjaminie- pani Greene przywitała się w formalnym guście. Patrząc z dołu na moją twarz z promiennym uśmiechem. Była dosyć niska. Niższa od swojej córki.- Może wejdzie pan do środka?
    Ashley znowu się uśmiechnęła. Najwyraźniej pod pasowało jej to, że od razu przypadłem jej mamie do gustu. Ponownie obdarzyłem panią Ellie nieznacznym uśmiechem.
-Nie dziękuję, ale bardzo mi miło.- zadeklarowałem.- Ja chyba będę już znikać.- mój wzrok padał na młodszą Panią Greene.- Miło cię było znów zobaczyć.
-Ciebie też. Do zobaczenia.
-Do widzenia panią i miłego dnia.- skłoniłem się lekko i ruszyłem w stronę domu. Tam czekała na mnie Carls. Z filiżanką herbaty. Już nie English Breakfast a Lipton cytrynowo-pomarańczowa.
-Dobry.- Odparłem wchodząc do kuchni.- Głodna?
-Hej. Nie dzięki już jadłam. Jak tam trening?- chochlik jeden, mały, przebiegły.
    Uniosłem kciuk w górę. Już się dzisiaj dużo na rozmawiałem, choć nie wierzyłem, że usiedzę cicho na długo, bo na pysk już rzucało mi się jedno pytanie:
-Jest Nathan?
-Nie. Wyszedł niedawno.- upiła łyk.- Dobra ta herbata.
-Znów się zaczyna chlanie.- Mruknąłem. Zauważyła, że to nie było o mojej herbacie.
-Uważasz, że wróci pijany?- zmartwiła się lekko
-Tak było zawsze, Carly. Mieszkałem z nim wcześniej. Zawsze wychodził w południe. Albo wracał zalany wieczorem, zazwyczaj nie sam, albo wracał na kacu rano. Zastanawiam się tylko jak on zdał wszystkie egzaminy, jeśli nie uczestniczył zbyt często w wykładach. Ale i tak to rzucił. pół roku temu.
-Chodził z tobą na uczelnie!?- Zdziwiła się ostro. Przytaknąłem jej opierając się o szafkę kuchenną. Wzruszyła ramionami. Tak, prawdą było, że Nat nie jest jakoś wybitnie mądry. I naprawdę nie mam zielonego pojęcia jak udało mu się wytrzymać na studiach ponad dwa lata.
-Idziesz do kościoła?- Spytała Carly. Popatrzyłem na nią z wyrzutem.
-A czy ja, Moja droga Carly, Wyglądam na kogoś, kto chodziłby do kościoła?
-Nie...- zaklaskałem w dłonie, a ona wywróciła oczami.- To pa, bo ja idę.
     Zrobiłem więc notatki i inne gówna uczelniane.
31.12.2013

     Hej!!! SZCZĘŚLIWEGO ROKU 2014!!!   

       Zostawiam dla was Beniula na początek nowego roku:


                                                 BAWCIE SIĘ DOBRZE! :D




niedziela, 8 grudnia 2013

VI Rozdział

   Wsiadłem w samochód i wybrałem kurs : Lotnisko Seattle, bo nasza kochana Carly nie kupiła biletu do Tri Cities.
   Byłem strasznie poddenerwowany. Nie widziałem jej prawie rok (miesiąc przed świętami Bożego Narodzenia widziałem ją ostatnio.) Eh... To wspaniała dziewczyna. Szalona, ale bardzo mądra. Swoje zachowanie zawsze potrafi przystosować do poszczególnej sytuacji. Ja w jej wieku byłem  nielubianym i tępionym kujonem... Eh. Moje dzieciństwo było do bani. Chociaż, że teraz uchodzę za zajebistego przystojniaka ( nie wiem co oni wszyscy we mnie widzą), to moja przeszłość wcale nie graniczy z tym co widać teraz. Byłem szpetnym dzieciuchem, którego nie chciała żadna dziewczyna. Moją pierwszą miałem w wieku 18 lat (co nie jest zabawne ze względu na to, że wcześniej nie miałem do tego warunków), a była ona włoszką o imieniu Vittoria. Była też moją pierwszą przygodą erotyczną, a potem moje przygody stawały się częstsze, ostrzejsze, bardziej brutalne, a teraz to, że przeleciałem znaczną część osobników płci żeńskiej uczęszczających  na medycynę obrzydza mnie całkowicie.
    Droga do Seattle to strasznie długa droga, więc postój był nieunikniony. Na jednym z CPN'ów zadzwonił mój telefon wydając z siebie ostre wycie wokalisty Static-X. Wszyscy w pobliżu odwrócili się w moją stronę pragnąc ujrzeć kto jest tak zdesperowany, by mieć taki dzwonek. Spojrzałem na nich marszczą brwi i posłałem w ich stronę blady uśmiech, który pewnie wyglądał bardziej na grymas. Odebrałem wywołując u innych ulgę.
-Hej Sam.- przywitałem się jeszcze trochę skrępowany.
-Cześć. Ben pomógłbyś mi w czymś?
-Tak. Z chęcią. A kiedy?- mruknąłem wyciągając z baku wąż od dystrybutora. Zamknąłem auto i ruszyłem w stronę baru, by na kasie zapłacić za nakarmienie 163-konnego, cichego i dwulitrowego SUV'a.
-Wiesz.  Miałem nadzieję, że teraz. Mogę po ciebie wpaść, jeśli tak będzie wygodniej.
-Eee... Samuel. W tej chwili akurat znajduję się jakieś 120 mil od Kennewick na stacji benzynowej w Ellensburg'u. Może wieczorem?
-No okej.- burknął trochę zawiedziony. Ostatnimi czasy humor niekoniecznie mocno się go trzymał. Tak bardzo nie chciał być ojcem? A może na jego nastrój wpływały jeszcze inne czynniki oprócz brzemienności jego młodej żony.-A tak przy okazji: Co TY- Podkreślił, znacząco akcentując znacząco akcentując słowo TY. - robisz w Ellensburg'u?m- Dlaczego mój włoski język musi zaznaczać durne rrr? Po amerykańsku brzmi to lepiej!
-Ja? Po Carly jadę.- powiedziałem podchodząc do kasy. Posłałem dziewczynie stojącej za ladą przelotny uśmieszek. Wyciągnąłem ze spodni pieniądze.
-O! To zadzwoń jak przyjedziesz. Od razu się z nią spotkam.
-Jesteś dla niej za stary.-Zachichotałem, a kasjerka za ladą westchnęła spoglądając na mnie, a widząc, że to przyuważyłem zabrała 20 dolarów i spuściła głowę.
-Jesteś dla niej za stary- pomówił się niczym małe dziecko i się rozłączył.
   Potarłem czoło, w duchu śmiejąc się z kumpla.
-Ciężki dzień?- spytała dziewczyna (źle interpretując moje zachowanie) , która jeszcze chwile wcześniej wzdychała na dźwięk mojego śmiechu.
-Wręcz przeciwnie, Proszę Pani. Bardzo przyjemny dzień.- Ponownie się do niej uśmiechnąłem.
-Podać coś panu?- mruknęła nadal zażenowana.
-Tak. Strasznie zgłodniałem. Co by mi pani zaproponowała?
    Pokazując kartę dań wytłumaczyła mi co warto zjeść, a od czego lepiej trzymać się z daleka. Nie byłem tak naprawdę głodny. Dziewczyna była speszona, zawstydzona. Chciałem po prostu, żeby poczuła się raźniej, a tym samym chciałem, żeby myślała, że nie widzę jej zachowania. Kiedy rozmawiałem przez telefon korzystała z tego, że na nią nie patrzę, choć kątem oka zauważyłem, że się mi dokładnie przygląda.
   Wybrałem ( tak jak to -Lana- powiedziała) ostateczność. Pół godziny później siedziałem za kierownicą w drodze do Seattle.
    Kiedy tam dojechałem zdążyło się już zrobić ciemno. Na miejscu, czyli po 7 wieczorem zadzwonił do mnie szef pytając 'Czy jutro będę w stanie przyjść do pracy' Chociaż, że dyżur nie był mój. Po krótkiej rozmowie poddał się i dał mi spokój.
   Carly wyłoniła się z tłumu. Tak mi się wydawał, że to Carls, bo jej włosy teraz nie blond, a mocno rude rzucały się w oczy, co nie pasowało mi do jej osoby. Podbiegła do mnie i przytuliła bardzo mocno.
-Tęskniłam za tobą.- Szepnęła, a  w moim gardle pojawiła się wielka klucha. Nie byłem w stanie nic z siebie wydusić. Pocałowałem ją tylko w czoło i obdarzyłem promiennym uśmiechem. Zabrałem jej bagaż i zaprowadziłem do samochodu. Wskoczyła na miejsce pasażera, a ja zaraz po niej zasiadłem za kierownicą.
-Fajne auto.- szepnęła dotykając opuszkami palców skórzanej tapicerki.
-Dzięki- mój głos wydał mi się dziwny. Zbyt niski i chrypliwy, ale ona chyba tego nie zauważyła, bo patrzyła tylko w przednią szybę, a na jej twarzy było widać cień uśmiechu i choć próbowała go ukryć, to oczy nadal pozostawały rozbawione. Zadzwonił tym razem mój IPad, który przyczepiony był jako nawigacja.
-Barnes.- odebrałem
-Tak wiem.- Odezwała się adorowana prze zemnie osóbka.- Mam do ciebie pytanie.
-Słucham.
-Muszę trenować i zastanawiałam się czy nie wstałbyś specjalnie dla mnie o 6 rano i nie potowarzyszył mi.
- Sądzę, że zrobiłbym to SPECJALNIE dla ciebie, Ashley. A potem poszlibyśmy razem na kawę?- O cholera!!! Do moich policzków napłynęła krew. Ja się zarumieniłem? Co ta kobieta ze mną robi!?
-Twój ton przypomina mi mojego wykładowcę pytającego się nas ' Co się stanie jeżeli będziesz robić fikołki nad przepaścią?'- Ten wykładowca musiał być naprawdę popieprzony, jeśli zadawał takie pytania.
-Zapewne spadnie się w dół-Odparłem
-Redundancja.- oznajmiła.
-Że co?- mój głos podskoczył tym razem o oktawę.- Może i znam dość dobrze angielski, ale to słowo jest mi obce.
-Redundancja to... hmm... masło maślane.- oznajmiła trochę nie pewna czy ją zrozumiem.
-Czyli?
-Czyli to co powiedziałeś ty. Spadać w dół.
-I?-nie dyskutuj nigdy ze studentką filologii amerykańskiej, bo zawsze przegrasz.
-Jeśli udowodnisz mi, że można spaść w górę to zrobię ci...
-No co mi zrobisz?- przerwałem jej głośno się śmieją. Nawet Cary zachichotała.(moje myśli pobiegły w bardzo nie czystym kierunku... Co się z tobą dzieje, Ben?)
-...Masło.- burknęła..
    Ashley tylko parsknęła.
-To jak z tą kawą?- spoważniałem.
-Z chęcią.- szepnęła
-Do jutra.
-Pa.- I się rozłączyła.
    Kawa? Z Ashley? Zajebiście!!! Mój umysł raduje się jak dziecko.
-Czyżby Benjamin Alejandro Barnes umówił się właśnie na randkę- uśmiechnęła się szyderczo młoda pasażerka.
-To tylko trening.- odparłem z kamienną twarzą.
-A kawa?
-To kawa.- na moją odpowiedź wywróciła oczami i szturchnęła mnie w ramię
-Spowodujesz wypadek- zauważyłem.
-To ty prowadzisz.
-To ty mnie szturchasz.
-Ale na ciebie spadnie wina.- Nie miałem więcej ripost, więc zrezygnowany wystawiłem jej język niczym małe dziecko. Resztę bardzo długiej drogi rozmawialiśmy i śpiewaliśmy durne piosenki.

     -Nathan!- zawołałem przepuszczając siotrę w drzwiach.
-Już idę!- odkrzyknął z salonu.
-Co za Nathan?- spytała szeptem Carly
-Współlokator.- odszepnąłem
   Nat wyłonił się z pokoju serdecznie witając Carly i proponując coś do picia, a ja szybko i po cichu przeszedłem do swojego pokoju, by tam zacząć rozmyślać.
08.12.2013

     KONIEC. Sorry za tę przerwę. Znowu, ale jakoś tak... Nie ważne zostawiam z:
Carly:
Nathan'em:



Ben też musi być! :D
Narazie!!!! :) I nic nie obiecuję :)





wtorek, 12 listopada 2013

V Rodział

     Przekręciłem kluczyk w zamku. Kiedy drzwi się otworzyły do moich zmysłów przybył piękny zapach smażonej cebuli i jajek. Po małej kuchni krzątał się Nathan, który choć poprzedniego dnia nieźle napity, i chociaż było parę minut po szóstej rano emanował tak charakteryzującą go żywiołowością  i żywością.
-Dobry- mruknąłem. Teraz akurat byłem jego przeciwieństwem... wczoraj było podobnie.
-Joł -powoli jego radość i mi się udzielała, ale powoooli
   Postawił przede mną talerz. Zawartość: jajecznica z cebulą oraz pomidorami. Całość: zachęcająco wyglądająca substancja stała o przyjemnym zapachu. Mniam! Parę chwil później do stołu zasiadł i Nathan. Kurcze jak ja się za tym gościem stęskniłem. Mój telefon znów uporczywie zadzwonił, wydobywając ze swych głośników ostrą próbkę metalu... Odebrałem:
-Barnes {tak. To jest nazwisko bohatera XD}- odezwałem się. Numer był mi nieznany. Zawsze przedstawiałem się, abym potem nie był zamęczany pytaniami 'Czy zastałem może Muffinę?'
-Tak. Wiem doktorze.- odezwał się znany mi głos.
-Cześć Don!- Donald to człowiek, który w pewnym sensie zastępował mi ojca. Mieszka na Alasce, więc nie widuję go często, ale znam go długo... Kiedy go poznałem byłem już za stary, żebym mógł zostać adoptowany, ale i tak czuję, że on i jego rodzina są mi bardzo bliscy. Jego żona Megan to miła czterdziestoparoletnia kobieta wyglądająca na trzydziestkę, a ich córka, piętnastoletnia Carly, ubierająca się na luzie, słuchająca wszystkiego co wpadnie jej w ucho, bardzo dobrze się ucząca, ciemna blondyna zastępowała mi bardzo młodszą siostrę, którą jak już wiecie, straciłem.
  Donald pracował w firmie zajmującą się przedsiębiorstwem, finansami, więc i trochę kasiorki miał.... Jednak był to człowiek dobry, uczynny...
-Ben. Carly ma teraz przerwę...
-Wiem.- dziwne, bo zaledwie miesiąc temu zaczęła rok szkolny.
-Dawno się z tobą nie widziała i chciałaby... chciałaby zostać u ciebie na tydzień, dwa...- przewał na chwilkę. Jego córka akurat coś odkrzykiwała.- Kazała przekazać, że jeśli jest jakikolwiek problem...
-Nie!- Przerwałam mu - Stęskniłem się za wami. A jeśli mam okazję spotkać się z Carls to... Oczywiście! Już nie mogę się doczekać!...- Teraz to ja przerwałam swoją wypowiedź. Eh. tak ciężko jest brać winę na siebie.- Don. Przepraszam, że nie dzwoniłem. Powinienem był zdzwonić zaraz po tym jak wróciłem z Europy.
-Nie trap się tym. Wina leży także po naszej stronie. Wiedzieliśmy kiedy wracasz. To ja przepraszam Ciebie.
-Wiesz? Chyba raczej nie powinno być tematu.- Och, jak bardzo nie chciałem o tym rozmawiać- Było. Minęło.
-Taak...- znowu przerwa. Znów z kimś gadał- Megan chce z tobą poplotkować...
-Dawaj mi ją! - Ucieszyłem się. Jej głos był tak delikatny, tak uspokajał. Kiedy ze mną rozmawiała, zapominałem o wszystkich złych rzeczach.
-Cześć Skarbeńku. - odezwała, a u mnie pojawił się ogromny uśmiech.
-Cześć...
-Jak tam w pracy, jak nauka?
-W porządku...- Opowieść o pracy lekarza. Nie zbyt ciekawa historia prawdę mówiąc. Oszczędzę wam tego cierpienia... Po rozmowie zacząłem sprzątać w domu. Wszystkie pudła zacząłem rozpakowywać, a ich zawartość ustawiać na odpowiednie miejsca w poszczególnych częściach mieszkania.
-Hej Ben- powiedział Nathan wchodząc do przedpokoju. Opróżniał właśnie zawartość jogurtu pitnego. Nie przebywa tutaj długo, a już wyszczupla mi lodówkę!
-Słucham cię.- mruknąłem obojętnie, zajęty swoją robotą.
-Powiedziałem wczoraj może coś nie tak?
-Nie. Tak dokładnie to ledwie mówiłeś. I w pewnych momentach przestawałem cię słuchać... Ale... Czekaj! Bardzo wczesnym rankiem wygoniłeś mnie po piwo do sklepu.
-I ty byłeś w monopolowym? Chodzisz tam tylko wtedy kiedy skończą ci się fajki i tylko w ostateczności kiedy...
-Wiem kiedy i po co chodzę do monopolowego.
-Nie musisz mi się tłumaczyć. Wystarczy powiedzieć.'Nie. Byłem w supermarkecie.'
   W odpowiedzi westchnąłem tylko i powróciłem do poprzedniej czynności.
    Zajęło mi to jakieś półtorej godziny. Bez tych pudeł na środku przejścia było o wiele lepiej, a pomieszczenia wydawały się jeszcze bardzie wszechstronne. Pościeliłem jeszcze starannie łóżko, w miejscu w którym miałem zamiar umieścić Carly. Uświadomiłem w międzyczasie Nathana, że będzie musiał zostać na kanapie. Na szczęście, odpowiadało mu to. Nie wiem dlaczego, ale to, że moja 'siostra' przyjeżdża strasznie mnie stresowało. A może... Ech. Najlepiej jest nie myśleć o tym co najgorsze. Bez złych myśli strasznie jarałem się i cieszyłem z jej przyjazdu. Mam czas wolny, nie chce mi się spać, się najadłem.
Tak, więc ubrałem się w taki jakby strój sportowy... Czarne dresy, czarne trampki, czarna koszulka typu 'bokserka'. Z przodu widniał szary napis 'C'mon'. Na modelach zwykle te koszuli wyglądały lepiej. Były... trochę bardziej obcisłe? Albo ze mnie był taki szczupak. Mówi się 'Najpierw masa, potem rzeźba' Ja jakoś ominąłem etap masy, ale i nie maiłem jakoś zjawiskowo umięśnionej sylwetki. Nie wyglądam jak model
   Ogarnij się tępa strzało... Dwadzieścia minut później znalazłem się na siłowni... I szło mi nieźle. Nie lepiej od mięśniaków podnoszących 2000000, ale wystarczyło na nich nie patrzeć i samopoczucie znów wzrastało.
   Mała, krótka pogawędka z Ashley przez telefon i wzrok znikał z innych kobiet, bo się chyba zabujałem... Ten świat schodzi na psy. Ben się zabujał i co gorsza się do tego przyznaje i co jeszcze gorsza nie próbuje sobie wmówić, że jest inaczej, choć... Sam nie wiem...12.11.2013


   Okej... Znoowu. Bardzoo. Dłuugaa. Pzreerwaa.... I tak nikt specjalnie zacięcie tego nie czyta, więc... :) Dla czytelników: Miłego Czytanie, a dla nieczytających: Zdajcie sobie sprawę z tego jakiego pecha macie... :D

niedziela, 13 października 2013

Czytać proszę :D

    Jeśli czytasz tego bloga ... Proszę komentuj. Pliss. To ważne. Nie istotne czy piszesz z anonima, czy z konta Google, czy co tam jeszcze. Po prostu komentuj i spraw, żeby czas, który poświęciłam na napisanie tego oto króciutkiego posta- nie poszedł na marne. Pozdrawiam ;)

IV Rozdział

-Daj to piwo!- jęknął. Nie rozumiem tego popytu na alkohol... Przecież to 'samo zło' A piwo nawet nie jest smaczne. Ale... No o gustach się nie dyskutuje...
   Co prawda pijanego nie powinno się jeszcze bardziej upijać, ale... jestem Włochem. W genach mam olewanie...
-Nie mam.
-To idź po...- Opluł  się... Zgodziłem się, bo nie za bardzo chciałem patrzeć na Nathan'a  takim stanie.

   Sklep był na drugim końcu miasta. Mogłem iść do monopolowego za rogiem, ale... trzeba było zrobić zakupy... rozmyślenia normalnego obywatela.
   Wsiadłem do swojego  Hyundai'a ix35 i ruszyłem.

Poszedłem do kasy, wypakowałem zakupy na taśmę i poprosiłem sprzedawczynię o paczkę papierosów.
-Przepraszam, ale nie mogę Ci tego sprzedać.
-Dlaczego? - mój głos zniżył się o oktawę, a brwi wspięły się na czoło.
-Nieletnim nie sprzedajemy nikotyny i alkoholu.- Czy w moim życiu nie pojawia się bardzo często słowo alkohol, alkoholik itd? I czy aż tak młodo wyglądam!?
    Zaśmiałem się i wyciągnąłem dowód. Jakoś tak moją uwagę przykuły szepty zniecierpliwionych klientów.
   Na dowodzie jak byk było napisane 1990 rok. To chyba oznaczało, że jakiś czas temu skończyłem osiemnaście lat...
-No dobrze.- ulżyło jej kiedy zobaczyła mój dowód, grzecznie się uciszyła i podała mi porcję mojej ukochanej nikotyny
   Wychodząc z supermarketu natrafiłem na przeszkodę w postaci Samuela Stana
-No hej.- przywitał się. Przy okazji poczęstowałem go. Dzięki niemu moje życie będzie dłuższe o te cztery minuty... czy jakoś tak...- Co tam?- Spytał zapalając fajkę
-No nic...
-A co u Ashley?
-Nie wiem. Nie śledzę jej.
-Buziaka Ci dała?- Zachichotał... Tak mi się zdaję, bo przez część mojego życia zastanawiałem się 'Jak się chichocze?' Doszedłem do wniosku, że może być to cichszy, spokojniejszy śmiech, lub taki bardziej stłumiony czy gardłowy.
-Nie. To nie podstawówka. Teraz ludzie się nie całują.
-Tak od razu idą do łóżka.
-A jak nie, to dają numer telefonu.
-A tobie, mój drogi przyjacielu, co zaoferowała?- Kurde! Czy tak trudno się tego domyśleć!?
-Dała mi swój numer.- Powiedziałem powoli i spokojnie, co nie graniczyło z tym co właśnie działo się w mojej głowie. Tak szczerze, to nawet po tak krótkim czasie miałem dosyć wypytywania się o Ashley.
-Podoba ci się?
   Nic nie odpowiedziałem. Była fajna: ładna, miła, ale jej nie znałem. Od naszego pierwszego spotkania minął zaledwie jeden dzień (drugie to była tragedia, masakra). Nic specjalnego o tej dziewczynie nie mogłem powiedzieć.
-Nie wiem.- odpowiedziałem. sam figlarnie prychnął.-A co tam u Alex.-Zmieniłem temat.
   Łypnął na mnie niepewnie tymi swoimi zielonymi oczami i przeczesał palcami zajebiaszczo kręcone kudły.
Mogłem się tylko domyślać co się dzieje. Może...
-Alex... Ona... w... w ciąży jest- Ben! Spostrzegawczy ty!
   Ale Sam nie wiedział co o tym myśleć. To typ młodego, poważnego ( w pewnym stopniu) człowieka. Jego zdaniem facet mający dwadzieścia trzy lata to nie kandydat na potencjalnego ojca. Samuel to obraz nadzwyczajnego realizmu. Jak to powiadał? 'Zycie zaczyna się po trzydziestce... A może nawet trzydziestce piątce'. Tym samym posiadanie własnych pociech... Małych brzdąców, graniczy z rozpoczęciem tego dojrzalszego życia.
-Mam ci gratulować?
-Nie!- Odparł stanowczo- O niczym nie wiesz! Rozumiemy się?
-Oczywiście. Nic mi nie mówiłeś.- zaśmiałem się, czy też zachichotałem... Ale moja mina zbladła, uśmieszek zniknął kiedy sobie przypomniałem, że:
-Muszę znikać.
-Czemu?- posępniał.
-U mnie w salonie leży zalany w trupa kolega ze studiów. Ze swoim kotem! Jak ja nie lubię kotów!- Ostatnie zdanie wyszlochałem.
-Wiem brachu, wiem.- położył rękę na moim ramieniu w geście pocieszenia. Powaga sytuacji nie trwała długo, bo naraz obaj wybuchnęliśmy śmiechem. Co jest gorsze? Rozwydrzony, pijący i ćpający facet, czy wredny, wszędzie się wypróżniający, wiecznie śpiący i żrący, nieznośny kocur?
-To ja jadę. Wpadnij kiedyś. Nie będę musiał sam z nimi siedzieć.
-No spoko. Postaram się. Do zobaczenia.
-Cześć. Trzymaj się.
   Wsiadł do swojego auta. Jego było o wiele droższe od mojego, chociaż, że w swój wcisnąłem trochę więcej kaski niż miałem zamiar. Planowałem kupić taniego busa, ale po długich namysłach uznałem, że potrzebuję czegoś mniejszego, ale także wydajnego, pojemnego i dość odjazdowego, więc wybrałem ten samochód. Jak już mówiłem: Zakup tego auta wyszczuplił trochę (ale tak tylko troszeczkę.O! Taką | | ciupeńkę ) mój portfel, ale najważniejsze jest to, że dobrze się spisuje i , że jestem z niego zadowolony. Także grzecznie wsiadłem do swojego Hyundaiusia i oddaliłem się z myślą o męczarniach jakie będzie dane mi przeżyć z Nathanem i 'synem'. Jak to miał w zwyczaju gadać.
                                                    *** *** *** *** *** *** *** *** ***
-Okej masz!- rzuciłem w Nat'a tym zimnym, ohydnym piwskiem.
-Dzięki. Jesteś dobrym człowiekiem- mruknął nie patrząc na mnie.
   Chłopie! Uwierz mi, że nie jestem dobrym człowiekiem. Mieszkając ze mną będziesz chodził jak w zegarku. Tak. Srytyty. Ben zmęczony...
-Idę spać. Tobie też radzę.
-Ja sobie tu poleniuchuję, pooglądam. No- Mówił cicho.
- Robisz z siebie kompletnego durnia- mruknąłem tak, żeby nie usłyszał i zamknąłem się w swoim pokoju. Pierwsze co zobaczyłem to leżący na ziemi telefon. Pozbierałem jego części: Obudowę, baterię i klapkę. Włączyłem. Nic mu nie jest! Żyje! Ma się dobrze, a nawet świetnie o czym dał znać dźwięk nieodebranego połączenia i SMS od pewnej miłej osoby. Padłem się na łóżko i zamiast iść spać- Jak to miałem w zamiarze- odpisałem Ashley na wiadomość. Typu ' Hej. Jak się spało'. Albo czekała jak na szpilkach na moją odpowiedź, albo miała telefon akurat pod ręką, bo odpisała mi szybko.  I tak spędziłem połowę dnia. Na czerpaniu limitu na darmowe SMS. Pisało się bardzo miło, więc nie pożałowałem.
          Widok Bernard'a bijącego Susie przeraża mnie całkowicie... Nie mogę nic zrobić moje ręce stalowo są przywiązane do do belek. Za nic nie mogę się wydostać. Moje ciało wyczerpane, wygłodzone, bezsilne nie współpracuje z moimi zamierzeniami. Na chwilę tracę przytomność... Susanne leży na łóżku przytomna, lecz poobijana i zaszlochana. Po moich plecach przechodzi ostry ból spowodowany mocnym uderzeniem. Opiekun wpada w szał. Katuje mnie mając z tego beztroską zabawę. Po paru uderzeniach podchodzi do dziewczyny. Przyciska jej twarz do pościeli, owija sznur w okół jej szyi. Klęcząc za nią...
   Krzyk wydobywający się z mojego gardła mógłby obudzić każdego mieszkającego ze mną osobnika. Każdego oprócz takiego pijanego. Musiałem zasnąć, bo przecież nic nie dzieje się dwa razy identycznie, tym bardziej jeśli biorą w tym wydarzeniu udział osoby już nieżyjące i miejmy nadzieję spoczywające w spokoju. Zazwyczaj na wspomnienie tego strasznego wydarzenia dopada mnie atak paniki, ale ostatnio nie koniecznie, a myślałem o tym bardzo często.
   Telefon pokazywał dwie nieodebrane wiadomości. Obydwie od Ashley. Jena w odpowiedzi na moje pytanie, druga 'Miłych snów'. Ash... Twoje życzenie się nie spełniło, ale :
   'Dziękuję :D' Odpisałem jej. Ta parogodzinna rozmowa spowodowała, że moje wyobrażenia o charakterze tej dziewczyny były jeszcze lepsze i do jej opisu doszło jeszcze parę dobrych jaki i tych gorszych, ale nie złych cech. Tych dobrych było więcej. Dziewczyna była dobra, uczynna, zwariowana, ale uparta. Mieszanka wprost wspaniała. Za pięć godzin czekała mnie sześciogodzinna, nocna zmiana w szpitalu.
13.10.2013
   Mam nadzieję, że ten rozdział się spodobał. Nie zwlekałam już tak z jego dodaniem. :)   O!  16:16 <3
  Pozdrawiam miłego wieczoru! ;)
Zostawię Was z :
Nathan' em Xd
Alex:
No i tradycyjnie naszego bohatera, ale z Samem :D






piątek, 11 października 2013

III Rozdział

   Wymieniałem się z Ashley numerami. Nie wiem za co go dostałem.... Za to, że zniszczyłem jej ciuch. tak czy inaczej: Schlebiało mi to!
   Wróciłem do domu około 3 nad ranem. W holu stało pełno kartonów, których nie miałem czasu rozpakować. W moim pokoju z resztą też było ich sporo: Ciuchy, pościel, zdjęcia, pamiątki i inne pierdoły. na dnie jednego z pudeł leży SIG 9 mm. A w składziku gdzie jest już totalny rozpiźdźel Odpoczywa sobie Marlin.
Zrobiłem sobie późną kolację, wziąłem prysznic i glebłem się na łóżko. Nie było najwygodniejsze, ale wygodny wydawał się nawet beton o 3 nad ranem... Teraz już w pół do 4... Zasnąłem błyskawicznie, ale szósta rano!!! Budzik ustawiony... No ożeż jebany!!! Najgorsze było to, że nie mogłem go wyłączyć, bo się zawiesił!!!  Z nerwów złapałem go i z całej siły rzuciłem w kąt. jak ja nienawidzę swojego życia!!! Na cholerę ja jeszczę istnieję... ... ... ... Tak! Brawo debilu!Obudził Cię budzik, a ty rozpaczasz nad sensem swojej egzystencji, która przez to wydawała się jeszcze bardziej bezsensowna! Przez tego jebacza nie mogłem już zasnąć, chociaż byłem całkowicie śpiący! Skierowałem kurs na kuchnię, by tam przywitać jeden z siedmiu cudów świata (?) kawę.
   Delektowanie się tym napojem Bogów przerwał mi odgłos przewracających się stalowych prętów w moim składziku. Z kamiennym wyrazem twarzy podszedłem do jednego z pudeł i wziąłem moją hantle. Moja dłoń znalazła się na klamce, kiedy ją przekręciłem drzwi się uchyliły, a to co zobaczyłem w środku załamało mnie całkowicie.
  Nathan- Mój były współlokator, z którym studiowałem. Po studiach wyprowadziłem się do Kennewick, więc straciłem z nim kontakt. Życie z tym człowiekiem było jedną z najtrudniejszych na świecie. Imprezuje, zaprasza na noc dziewczyny ( co najmniej dwie na jedną noc...) i ma kota. Z którym teraz leżał zalany w trupa. Buszował kocur.
   Nie wiem: jak można skończyć nauki ścisłe i nic z tym nie robić. Nat z tego co wiem: pracuje na stacji benzynowej, bo nie chce mu się starać. I najwyraźniej wyrzucili go z mieszkania. Znając go nie płacił czynszu.
   Nathan był alkoholikiem. Do tego ćpał. Nie wiem co...
   Kiedy chciałem podnieść nieprzytomnego starego znajomego, jego głupi kot prychnął na mnie i podrapał moją dłoń.
-Wykurwiaj idioto!- warknąłem
-Nie wyzywaj mojego syna!- zabełkotał dotykając mojego ramienia.
-Tak, tak. a teraz chodź.
-A kot?
   Westchnąłem. Zjem go- pomyślałem.
-Będzie cały czas w domu. Chodź położysz się.
   Nathan nijak nie pomagał mi zawlec siebie do salonu, a kot plątał się pod nogami jakby miał w dupie wiatraczek.
   Zmęczony wziąłem w końcu na ręce upitego i zaniosłem tam gdzie w danym momencie było jego miejsce.
-A masz piwo?
-Dobrze wiesz, że nie piję.
-No ale... Piwko to witaminy, a jakie czyni cuda...
   Wywróciłem oczami i przestałem go słuchać. Nie za bardzo interesowało mnie jakie alkohol czyni cuda. Jeśli potrafi teleportować do składzików w Kennewick... to można nazwać to cudem.
   Włączyłem poranne CNN.
  Nic ciekawego... lub raczej nowego: Napady, śmierć, skandal. To co zawsze w Stanach. We Włoszech nie często można było spotkać tak kompetentnych dziennikarzy jak tutaj. Tam większa część społeczeństwa nie wtrącała się w sprawy innych. Włochy to kraj bez seryjnych morderców- Może w pewnym sensie
     Bo oni byli, są... są na całym świecie, ale- kiedy zabijali nie często ponosili jakiekolwiek konsekwencje. Taki już kraj. Obojętny na cudze sprawy. Może z jednej strony to dobrze. Ma się własne życie i nikt ci się nie wtrąca, ale z drugiej... W razie potrzeby nie ma kto pomóc, bo właściwie nikogo nie interesuj, że cierpisz. Chrzanią wszystko i patrzą na swój własny tyłek.
-Ben... - pewnie wołał mnie już od dość dłuższego czasu, bo był wyraźnie zniecierpliwiony.
-No co? - mruknąłem
 ... ... ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ...
11.10.2013

    Okej. Jest późno.(dzisiaj wstałam o szóstej :D) Krótki. Wiem, ale za jakiś czas będzie nowy. I z następnym rozdziałem nie będę zwlekać tak długo jak z tym... Okej...
   Tu zastawiam Ashley:
Oczywiście Ben'a:
I Samuela, który miał mieć na imię Robert, ta jak ma na imię aktor , na którego podstawie opisuję Sam'a, ale... No <ŁAP>
Do zobaczenia i dobranoc. :)




niedziela, 29 września 2013

II Rozdział

 -Przepraszam.- odezwała się dziewczyna, kiedy miałem zapalać następnego papierosa. Znajdowałem się teraz na bardziej opustoszałej ulicy Kennewick.
- Nie gniewam się - była ode mnie o wiele niższa, ale wysoka. To ja byłem przerośnięty. Miała szare, duże oczy, brązowe włosy. Jej twarz była drobna i perześliczna. Piękna wydawała się zajmować mniej miejsca, niż było to jej dane.
 -Miałam taką nadzieję- przerwała na chwilę i spojrzała w górę na moją twarz- Chciałam się tylko spytać...Gdzie znajduje się Uniwersytet Kennewic? Dostałam złą lokalizację, bo nie wydaje mi się, żeby był na tej ulicy- rozejrzała się dookoła.
 -Nie. Uniwersytet Kennedie'go jest na ulicy o tej samej nazwie. W centrum miasta.
 -To trochę się przejdę.
 -Mógłbym panią odprowadzić.
 -Nie dziękuję.- I wtedy przypomniałem sobie ja ja wyglądam. Tatuaże, czarne ciuchy, fajka w dłoni. Na pewno będzie chciała ze mną iść.
 -Jestem Ben- mój ryj wyprzedził mózg, który się chyba dzisiaj naprawdę spóźniał.
 -Ashley- wyciągnęła do mnie dłoń. Uścisnąłem ją przy okazji wyrzucając pata. Muszę rzucić palenie... Kiedyś.
 -Miło mi. Co studiujesz?- Spytałem... Tym razem udzieliłem się świadomie. Najwyraźniej mózg łapał zasięg.
 -Amerykanistykę. A Ty?
 -Studiuję medycynę.
 -O! I jaka specjalność, panie doktorze?
 -Ortopedia.- Wymruczałem po nosem.
   Mój telefon zadzwonił.
-Przepraszam.
-Nie gniewam się- zacytowała mnie.
   Obdarzyłem ją najpiękniejszym uśmiechem jaki mama z tatą mi podarowali.
 -Halo?- odebrałem.
 -Ben! Metalowy kutafonie! Gdzie Ty!- Było go chyba słychać na końcu ulicy, wiec odsunąłem telefon od ucha.
 -Minęła już godzina?
 -Ta! nawet półtorej!- tak jakoś ból gardła mu przeszedł. Mam nadzieję, że się bardzo wysila.
 -Kurcze Sam. Przepraszam!
 -Co ty robiłeś tak długo?-Na serio był nie źle wkurzony.
 -Palił fajki...- oznajmiła Ashley
 -Aaa... Laski wyrywałeś?- od razu wrócił mu humorek.
 -Weź spieprzaj.- przekrzyczałem jego durnowato-durnowaty śmiech i się rozłączyłem- Muszę znikać. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.
-Do zobaczenia... A ile masz lat?- spytała trochę zakłopotana
-Dwadzieścia trzy.
 -Wyglądasz starzej, dlatego pyta,. Trochę więcej niż ja.- Uniosłem brwi w niemym 'Ile?'- Mam dziewiętnaście
 -Fajny wiek.- Sprostowałem- Miłego wieczoru.
 -Nawzajem.- Pomachała na pożegnanie, a ja puściłem do niej perskie oko. Jej policzki zalały się rumieńcem.
Wow! Miła, ładna... naprawdę mi się spodobała. Ktoś od wielu, wielu lat naprawdę mi się spodobał.
*   *   *
   W barze siedziała już dość spora liczba osób. Wszedłem na zaplecze.
 -No heej!- powiedział Sam szczerze ucieszony.- No co tam?
 -Nic. Chodźmy grać- odpowiedziałem ponuro.
 -Nic mi nie opowiesz?
 - Uno: Nie mam o czym ci opowiadać. Due: Później. A teraz weź swój szanowny culo na scenę!
   Idąc tam, Samuel śmiał się w niebo głosy i zawołał 'Wiedziałem!'
   To był mój pierwszy występ przed szerszą publicznością i taką, która nie składała się z personelu baru.
Plan był taki: Gramy jeden utwór, idę pomóc tej jednej, biednej kelnereczce, utwór, kelner: Itd:.
   Wszedłem an scenę.
 -'My own summer'- Szepnął Andre. Deftones :)
   Przytaknąłem głową w geście zrozumienia i przywitałem się z gośćmi. Chłopcy i Alex zaczęli grać. Andre na gitarze elektrycznej, Alex na basie, a Sam: perkusja. Piosenka była wolna, ale podczas śpiewania refrenu musiałem wysilić swoje struny głosowe, musiałem się troszkę nakrzyczeć. Za to zwrotki dały mi odetchnąć.
   Skończyliśmy, widownia zabiła brawo... Pobiegłem szybko ubrać tą jebaną koszulę. Na dodatek białą i ruszyłem obsługiwać zgraję wykwintniaków ale i tych alkoholików. Kobiety i niektórzy faceci byli mili, ale ci...hm... menelo-podobni dawali w kość.
   Kiedy jeden z nich wyzwał mnie od pedałów ruszyłem w jego stronę, aby wytknąć mu, że jest tępym chujem, ale przeszkodziło mi w tym drobne ciałko, na które wylałem wyjebanego  w kosmos rozmiarami, różowego drinka.
 -O kuuwa! Przepraszam!- spojrzałem na poszkodowanego osobnika... płci żeńskiej... o imieniu Ashley.,
 - Znaczy się... O... kurczę. Przepraszam
 -Nie gniewam się - popatrzyła na swoją bluzkę, która była niegdyś niebieska.
 -Chodź- wziąłem ją za rękę i pociągnąłem na zaplecze. Z tą wpadką było trochę 'halo!', bo nie przesadzałem z rozmiarami napoju. Na serio był zarąbiście wielki. Nie wiem kto produkuje dwudziestopięcio centymetrowe szklanki, ale na prawdę musiał mieć poprzewracane w makówce. W całej sytuacji ucierpiały jeszcze jej włosy.- Dam Ci coś na przebranie.
 -Ben. Co jest?- Sam zachrypiał wkraczając 'na plan'. Tak szczerze to byłem uradowany z tego, że się pojawił, bo tak na prawdę to ie miałem zielonego pojęcia co jej dać.
   Jego wzrok wędrował z mnie na Ashley, z Ashley na mnie.
 -Jestem chujowym kelnerem- stwierdziłem i poczułem jak na moje policzki spływa ciepło.
 -Nie... To ja nie patrzyłam gdzie idę.
 -Okej. Mniejsza- odchrząknął- No to Curse... Daj pani koszulę, bo wziąłeś ostatnią...
 -To co to...
 -Nie przerywaj mi. Ubierz swój T-shirt, a pani daj  koszulę. Nie sądzę, żebyś miał zamiar wracać w tym do domu.
 -Może ja się potaplam w gównie- mruknąłem pod nosem.
 -Słucham?
 -Nie powiedziałem nic specjalnego...
   Patrzył na mnie wyczekująco, a ja uświadomiłem sobie dopiero teraz, że mam ściągnąć koszulę. Tu, w tej chwili, w tym pomieszczeniu, przy tych dwóch osobach, a mojemu durnemu móżdżkowi przyszły na myśl poharatane plecy. Dzięki mózgu!
   Nikt z kim jeszcze utrzymuję kontakty nie widział tych czerwonych pasów na tylnej części mojego tułowia.
-No umięśniony jesteś! Rozbieraj się- popędził mnie wesoło
-Tak ci na tym zależy?- podpuściłem przyjaciela, który w odpowiedzi wywrócił tylko oczami. tak czy inaczej nie chętnie zacząłem rozpinać guziki. Jak najdyskretniej się dało snąłem przy ścianie, aby ani Samuel, ani Ashley nie zobaczyli pleców.
   Podałem dziewczynie ciuch. Przez parę krótkich sekund wpatrywała się w moje Obnażone Ciało ;)
Zastanawiałem się czy powodem były mięśnie, czy malutkie wypukłe blizny koloru bardzo cielistego. Tak czy siak szybko się ocknęła i poszła do łazienki.
 -Znasz ją?- Spytał Samuel
- Tak. Poznałem ją dzisiaj na przerwie po próbie.- odparłem zniecierpliwiony- Podasz mi koszulkę. Proszę.
 -Sam nie możesz?
   Wpatrywałem się tępo w podłogę. Moje zachowanie musiało mu się wydawać dziwne... I głupie, bo koszulka leżała parę metrów na stole przede mną. Uniósł brwi w niemym 'No co?' Przeszedł mnie dreszcz, ale ruszyłem po tą cholerną koszulkę. Schyliłem się i poczułem na sobie wzrok Samuela.
 -Co ci się stało?- dotknął dłonią moich pleców.
   Zareagowałem nadzwyczaj szybko:
 -Nie dotykaj!- warknąłem odsuwając się, tym samym strzepując z siebie jego dłoń.
 -Sorry- uniósł ręce do góry jak to się zazwyczaj odruchowo robi. Włożyłem na siebie T-shirt i przez resztę wieczoru nie patrzyłem na Sam'a. Nie próbował wypytywać się o blizny, ale wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał mu o tym powiedzieć.Był moim najlepszym przyjacielem. Miał przecież prawo wiedzieć co mi jest.. Nigdy nie powiedziałem mu skąd moja depresja. Wiedział tylko, że moi rodzice i siostra umarli bardzo dawno temu. ( No... Może nie aż tak bardzo.)
29.09.2013



  Okej! Uniwersytet jest wymyślony, bo w Kennewick nie ma uczelni. Proszę następny rozdział :) Może jakiś gif?

     Albo Dwa :D
Okeeej. Too next :D


środa, 25 września 2013

I Rozdział

Dobra zaczynamy! Nie gadamy od rzeczy. Miłego czytania.

-Koniec?- odezwałem się od mikrofonu podczas próby. Tworzę zespół z Moim przyjacielem Sam'em, jego żoną Alex i współpracownikiem, a także naszym dobrym kolegom: Andre.
-Marzenie!- odparł sam- To była próba.
-No wieem!
-I jeszcze występ...
-Nie. Nie chce mi się już drzeć do tego mikrofonu.
-Jak Ci płacę...- ŻE CO?
-Ale Samuel... Ty mi właśnie nie płacisz.- upomniałem go trochę rozkojarzony. Andre i Alexandra wybuchnęli śmiechem, ale nie wierzyłem w to, żeby śmiali się z naszej rozmowy. Mi się to śmieszne nie wydawało i chyba takie nie było.
-Oj no! Weź to zrób dla starego przyjaciela.
   Wywróciłem oczami.
-Okej. Ben.-ciągnął dalej kładąc rękę na moim ramieniu.- Prowadzę bar, nie mogę śpiewać. No proszę!
-W porządku. Coś mam jeszcze zrobić?- spytałem kiwając się z niecierpliwienia na boki. Co prawda: Nie miałem nic zaplanowanego na dzisiejszy wieczór, ale niedawno zacząłem staż w szpitalu. Zarywałem tam nocki, a nawet potrafiło mnie nie być całą dobę. Nawiasem mówiąc: staż początkującego ortopedy był ciężką pracą.
 -Potrzebuje kelnera - powiedział przyjaciel cicho
 -Oszalałeś!?
-Ben, może poderwiecie jakąś laskę.
-Ta na pewno.- serio w to nie wierzyłem- Na co polecą?
-Na te geste, brązowe włosy- serio? Musiał mnie dotykać?- Włosko-brązowe oka.
-Oczy- poprawiłem.
-Nie ważne. i te tatuaże.
   Cisza...
-Chłopie... Teraz lecą na takich uczuciowych mięśniaków.. Jesteś włoochem... Ideał!
-Nie jestem mięśniakiem. jako osiemnasto czy tam dziewiętnastolatek nie okazywałem ani grama uczucia. CHŁOPIE. Jestem mało uczuciowy i niestabilny psychicznie.
-Dobrze. Curse: Przepraszam. Zostaniesz? Pomożesz mi?
-No tak. Tak tylko sobie narzekam
-Dziękuję - zachrypiał. Śpiewać nie mógł z powodu przeziębienia. -jestem Ci na prawdę wdzięczny. Jedź do domu. Ogarnij się...
-Jestem ogarnięty. Co chcesz?-zdziwiłem się.
-No wiesz... Załóż coś kolorowego. Ściągnij te ciężkie trapery...
-To są raczej glany.-Znów go poprawiłem
-Nieważne... No wyglądaj trochę bardziej optymistycznie!
-Eh... Sam- Może i byliśmy przyjaciółmi. nawet bardzo dobrymi, ale od początku nie przypadła mu do gustu ta cała moja czerń, czaszka na szyi, czy skrzyżowane piszczele na środkowym palcu.. Taki już jestem. Człowieczą wersją Ponurego Żniwiarza.
-Nie skorzystam z twojej propozycji. Przykro mi.
-Tylko próbowałem - żachnął się
-Ale tak czy siak skorzystam z innej twojej propozycji.
-Jakiej?
-Widzimy się za godzinę. - powiedziałem na odchodnym. Wyszedłem na zewnątrz. Nie miałem zamiaru wracać do domu. Mieszkanie było puste. Nowokupione. Nie miałem za bardzo czasu, żeby nim gospodarować.
   Na dworze było co prawda chłodno, ale skórzane kurtki bardzo dobrze zatrzymywały ciepło.

   Usiadłem na ławce w parku i wyciągnąłem paczkę papierosów. Nie miałem pojęcia czy przechodniom to przeszkadzało, ale... Chuj wam w dupę . Stany Zjednoczone: Wolny kraj! Nikt mi nie zabroni palić! Ale po minach starych, zrzędliwych dewotek było widać, że miały na to ochotę. Padło również parę cichych komentarzy: 'Taki młody a pali.' albo 'Niszczy sobie życie.'
   Moje życie już jest zniszczone. Dowodzą o tym proste blizny na plecach i brak najbliższej rodziny.
   Kiedy miałem piętnaście lat, moi rodzice umarli podczas snu za sprawą jakiegoś debila, który rozpuścił po całym domu gaz kuchenny, a tym debilem był przyjaciel moich rodziców, Bernard. Policja uznała to za wypadek. Nie zrobili nic. Bernard. Gościu zaadoptował mnie i moją siostrę, Susanne. De facto: ją też zabił. Jakiś rok później. Kiedy ja miałem szesnaście, a Susie 14 lat. Przywiązał mnie do czegoś tam tak, żebym patrzył w jego stronę kiedy gwałcił moją siostrę i podczas tej sadystycznej pedofilii udusił ją pasem, albo sznurem. Nie pamiętam. Byłem wtedy tak osłabiony, że nie mogłem nic zrobić i przez to mam do siebie żal. Gdybym był silniejszy, na sto procent bym go powstrzymał. Ale tego nie zrobiłem i to jest najgorsze.
   Oczywiście policja znów nic nie uczyniła. Bernard upozorował śmierć Susanne tak, aby wyglądało to tak, jakby popełniła samobójstwo. I tak też policja uznała. Nie sprawdzili jej ciała, nie rozpoczęli dochodzenia. Po prostu uwierzyli w to, co zobaczyli. A potem nie mogło być już gorzej. Zabójca mnie katował. Stąd blizny na moich plecach. Opuściłem drugą klasę liceum, potem udało się, zaliczyłem dwa lata w jeden jebany rok. Kiedy uciekłem do mojego Kata. Potem z Włoch wyemigrowałem do Stanów, a tam parę dni po przylocie złożyłem podanie na uniwersytet.
    Z zamyślenia wyrwał mnie udawany kaszel jednej ze starszych pań i wymówiona przez nią skarga:
-Co za smród.
    Już kończyłem, więc grzecznie zgasiłem papierosa i wstałem łypiąc lekceważąco na babcię, która rzuciła niepotrzebny komentarz, po czym z taka samą 'grzecznością' parsknąłem.
-Bezczelny!-oburzyła się jakby teatralnie.
-To pani jest bezczelna. Nie szanuje pani czyichś upodobań.
-A kto pozwolił Ci tutaj palić!?
-A kto mi zabronił? I od kiedy jestem z panią na 'ty'?
-Chamska gówniarzeria!!!
-Przepraszam bardzo! ja pani nie obrażam, więc proszę nie obrażać mnie! I to tylko dla tego, że palę, czy noszę się jak się noszę. I to nie pani sprawa czy zniszczę swoje życie! - przerwałem a chwilę swoją zdeterminowano - płynną i burzliwą wypowiedź, bo zastanawiałem się czy powiedzieć to co właśnie przyszło mi do głowy. I tak. Zdecydowałem się - A to niby młodsze pokolenie nie posiada kultury osobistej. Do widzenia - powiedziałem, wziąłem swoj plecak i odwróciłem się dumnie ruszając przed siebie.
   Wiem co możecie sobie o mnie pomyśleć: Chamski, niewychowany... Co prawda chamski to ja jestem. Dla tych którzy mnie nie szanują. Niewychowany? Od piętnastki wychowywałem się sam!
           

     Mam nadzieję, że się podobało. jak czytasz (ale wątpię, żeby ktoś to czytał)  to komentuj. Dziękuję za uwagę. Dobranoc :) 15.09.2013

Obserwatorzy