niedziela, 26 stycznia 2014

VIII Rozdział

-Doktorze!- Emma, pielęgniarka, położyła swoja rękę na moim ramieniu. Odwróciłem się w jej stronę.- Przepraszam, że się tak brzydko zapytam, ale ma pan problemy ze słuchem?
-Nie.- zaśmiałem się.- Bardziej... Nie jestem przyzwyczajony do 'Doktorze' bardziej pasuje mi Ben, więc proszę mówić mi Ben.
-Ale...
-Jestem Ben- powiedziałem dobitnie.- O co chodzi?
-Mały chłopiec ze skręconą kostką. Nie słucha się mnie, a żaden inny doktor ortopeda nie ma czasu. Pomoże mi Pan...- Uniosłem brew. Pan?- Ben.
-Tak...  Ehm... Chodźmy.
   W gabinecie siedział mały zapłakany blondasek. Miał z pięć lat. Obok niego siedziała... Ashley. Spojrzała na mnie, a ja na nią bardzo spłoszony.
-Ehm... Dzień dobry.-  zająknąłem się.
-Dzień dobry- odpowiedziała Ashley.- Skręcił kostkę.- oznajmiła. Przytaknąłem i przykucnąłem przy krzesełku chłopczyka.
-Jak masz na imię?- spytałem. Spojrzał na mnie. Miał takie same oczy jak piękna kobieta siedząca obok niego.
-Jack.- Jęknął obolały.
-Dobrze. Jack. Wiem, że cię boli, ale musimy zrobić zdjęcie twojej nóżki, żeby zobaczyć co się dokładnie z nią stało. Idziemy?
   Źle, że Emma zaprowadziła ich do tej sali. Sala do RTG była trochę dalej.
-Znaczy się pójdę ja i twoja... mama?- uśmiechnąłem się do Ashley, a potem do Jack'a.
-Siostla!- ożywił się po czym zaśmiał głośno.
-Okej! Facet!- wziąłem go ostrożnie na ręce nie chcąc urazić jego nogi. Przeszedłem z Ashley u boku i z jej bratem na rękach do odpowiedniego pomieszczenia, kładąc na stół.- Teraz się nie ruszaj.- rozkazałem włączając rentgen. Hmm...hmm... Nie jest tak źle, pomyślałem.
-Kostka  będzie wymagała usztywnienia i rehabilitacji.
-Aż tak źle?- spytała przerażona Ashley.
-Nie. Rehabilitacja jest konieczna w większości przypadków.
   Zająłem się kostką, po czym delikatnie opatrzyłem malutką stópkę.
-Becie dobrze?- spytał mały.
-Już jest dobrze ,Jack. Jak to się stało?
-Ymm... Bawił się z dziećmi i wpadł na pomysł, żeby skoczyć z murku, ale źle wylądował.- powiedziała opierając się o biurko.- Ja nawet nie wiem jak? Nigdy nic takiego się nie zdarzyło. On nawet często nie choruje. Kiedy najczęściej dzieje się coś takiego?- nagle spojrzała na mnie zaciekawiona.
- Staw skokowy, czyli potocznie kostka, jest niezwykle podatny na urazy. Skręcenie jest wynikiem  złego ułożenia stopy na podłożu. To jest bardzo, bardzo częste. Nie masz czym się martwić.Uraz twojego brata to uraz graniczący między skręceniem lekkim, a drugiego stopnia, choć można je nazwać bardziej lekkim.
-Jejku. Ben, dziękuję.
-Taka moja praca.- wzruszyłem ramionami.
   Wstała i uniosła powoli Jack'a
-Byłeś bardzo grzeczny,- pochwaliłem - więc w nagrodę dostaniesz coś słodkiego. Co ty na to?- poruszył energicznie głową. Wyciągnąłem z torby Mars'a i Snickers'a.-Wybieraj!- I wybrał. Snickers'a.
-Dziekuje plosze pana.- mruknął. Skinąłem mu służbowo głową. Telefon Ashley zadzwonił.
-Tak...U lekarza... No, skręcił kostkę...Teraz nie... Tak...No, przepraszam!- oburzyła się.- Tak... Lekarz.--osoba po drugiej stronie się uniosła.-Ben Barnes... Tak mamo, ten... Yhm... Co?!... Ale...Eh, Dobra.- odsunęła aparat do ucha i spojrzała na mnie.- Moja mama.- podała mi słuchawkę i odeszła na bok z chłopczykiem.
-Dzień dobry.- Powiedziałem cicho. Tylko szybko. Jesteś w pracy. Ponaglał mnie umysł.
-Witam. Proszę pana. Ezzi nie mówiła, że jesteś lekarzem, a mówi o tob... A mniejsza.- Mówi o mnie? Plus dla mojego ego.- Może przyjdziesz dzisiaj do nas na kolację. W ramach podziękowania.
-Ja...Nie... To jest moja praca. Nie mogę...
-Możesz! Panie Barnes, proszę.- Jej głos był tak przyjemny. Tak uspokajający. Tak jak głos Megan.
-Jeśli... Nikt nie będzie miał nic przeciwko...
-Nie będzie. Dzisiaj o 6. Do widzenia.- Rozłączyła się.
   Następny dzień bez glanów? Następny dzień ukazywania tatuaży? Następny dzień bez papierosów? Następny dzień z Ashley! Oddałem jej telefon.
-Co jest?
-Twoja mama zaprosiła mnie na kolacje.- popatrzyła na mnie zdziwiona, ale zaraz się rozpromieniła.
-Extra! To my pójdziemy. Pa pa.
-Do zobaczenia wieczorem, Ezzi.
-Skąd... A mniejsza.- Po mamusi.- Cześć.-Wyszła cicho zamykając za sobą drzwi.
    Dwie godziny później siedziałem w domu pijąc kawę. Carly siedziała u siebie w pokoju, a Nathan'a nadal nie było. Nie długo wróci. Mógłbym się teraz denerwować. Zastanawiać się czy ochrzanić go kiedy wróci, ale nie! To dorosły człowiek. Nie mam prawa go pilnować i najwyraźniej jestem nadzwyczaj przewrażliwiony. Może to dlatego, że nie raz wrócił z poobijaną mordą.
     Pomyślałem o muzyce. Muzyka. Wstałem i ruszyłem do swojego pokoju i ująłem w ręce gitarę.
-Maniac Messiah.- zamruczałem pociągając parokrotnie struny szukając dobrego dźwięku.- Destrucion Is His game... A beautiful liar... Love... For Him is pain- Nic lepszego nie wymyśliłeś?- The themles is now burning... Our faith caught up in flames... I need a  new direction...Because... I lost my way... All we need is Faith, All we need is faight. Faight is all we need.- Nie... Może coś bardziej wesołego. Ile można układać piosenki o bólu i nie szczęściu? A może...-  I... picked up my guitar...tried to write you a song...- Zapisałem. Głupotę, ale ją zapisałem.- But... Every word...I wrote just sounded wrong...- I zamierzałem to zapisywać.- Love... Another four letter word... I said... Love You... You even said love... me... But is that all is... takes... Is it mean to be... Love... I wanna make sure... Y...You loved. True love... Never... dies... - Kiedy skończyłem układać, zagrałem całe :
I picked up my guitar
Tried to write you a song
But every word I wrote just sounded wrong
Love
Another four letter word
I said I love you
You even said you love me
But is that all it takes
Is it meant to be
Love
I wanna make sure you loved
True love
Never lies
Just look into my eyes
I must be mad
To give up what we had
You know I never wanted to make you sad
Love
It was right there in front of me
I can write you a song about forever together
For better or worse
Rich or poor or whatever
Real love
That much I guarantee
True love
Sometimes cries
Just look into my eyes
Even if you think that it's goodbye
Tell me what to do and I will try
Nothing more important than you and I
Our love will never die
Even if you tell me it's goodbye
Look into my eyes for my reply
Oh, if it's goodbye
Love will never die
-Kurde! Jaki syf!- burknąłem drażniąc struny.
-A mi się podoba. Jest takie... słodkie.- Powiedziała Carly opierając się o framugę drzwi.
-Jeśli jeszcze raz powiesz, że coś związanego ze mną jest słodkie, to uduszę i ukatrupię. Nie jestem słodki. Nigdy przenigdy. Koniec kropka! Fine!- Nienawidzę słowa słodki. To jest takie... słodkie. Fuj! Ble ohyda!
-Tylko się nie zapowietrz, dziadziuniu. I mi się bardzo podoba.
-Carly? Co masz dzisiaj w planach?- zmieniałem temat.
-Ściągnęłam sobie film i chciałam go oglądać. A co?- była dzisiaj taka... uśmiechnięta. Zawsze. A może ja, stary zgred, powinienem brać od niej korki.
- Nie będzie mnie, a nie wiem kiedy wróci Nathan. Nie chcę Cię zostawiać samej z nim. Będzie pijany.- mój głos robił się coraz wyższy.- Kto wie co będzie mu chodzić po głowie. Jak można być takim pijakiem i mieć aż tak nie poukładane życie. Lubię tego gościa, ale jest naprawdę wkurzający. Nie wytrzyma dnia bez wypicia jakiegokolwiek rodzaju alkoholu! Obiecaj, że nie będziesz pić.- położyła lewą rękę na piersi, a prawą uniosła.- Dziękuję. I obiecaj, że znajdziesz sobie męża tak miłego, mądrego i boskiego jak ja.- zaśmialiśmy się, a ona usiadła obok mnie.
-Oczywiście. A gdzie będziesz, jeśli można spytać.- przytuliła się do mnie. odwzajemniłem uścisk.
-Na kolacji u Ashley, ale wrócę jak najszybciej będę mógł. Obiecuję Ci. Tylko gdzie cie zostawić kiedy nie będzie mnie.- Myślałem głośno.
-Mam piętnaście lat. Umiem o siebie zadbać. Kiedy przyjdzie Nathan i będzie pijany zamknę się w pokoju. Okej?
-Ale to ja mam Cię pilnować, a nie pokój.
-Oj Ben! Przecież nie odwołasz kolacji tylko po to, żeby mnie pilnować to nienormalne. Idziesz i tyle. Koniec kropka...Fine?- spojrzała na mnie pytająco.- I co będziecie robić?
-Tak słońce. Fine. Będziemy jeść. I będziemy rozmawiać, a tak w ogóle to jej mama mnie zaprosiła.
-Oł...- A to coś dziwnego?, pomyślałem.
- Głodna?
-Jadłam.- odparła pociągając struny gitary znajdującej się na moich kolanach. Podałem jej ją poszedłem do kuchni.

   W między czasie Nat zdążył wrócić do domu. Oczywiście na kacu. Ja, ubrany w ciemną marynarkę, szarą koszulkę z napisem Deftones, ciemne dżinsy i trampki, wybrałem się parę domów dalej na kolację u Green'ów. Samochód zaparkowałem na podjeździe i z bukietem niebieskich frezji dla Pani Greene i czerwonymi różami dla Panny Greene (były to jej ulubione kwiaty, z tego co zapamiętałem.) podszedłem do drzwi i zapukałem, gdyż nie zauważyłem dzwonka. Parę chwil później stała w nich Ashley. Włosy upięte w luźny kok... Czarna, dopasowana suknia wyglądała na niej bardzo zjawiskowo.
-Hej. Ślicznie wyglądasz -szepnąłem podając jej bukiet róż. Przybliżyła się do mnie i pocałowała zagięcie żuchwy. Nie przeszkadzał jej zarost...
-Dziękuję. Za kwiaty, które są naprawdę śliczne. Masz plusa za to, że prawdziwe, i za komplement. Także wyglądasz świetnie.- Ta. Yhm. Pachniała tak ślicznie jak wyglądała. Perfumy miała ostre i przyjemnie drażniące.- Wejdź.- przepuściła mnie w drzwiach.
   Znalazłem się w wąskim, ciepłym i przytulnym pomieszczeniu. Ściany, które pomalowane były na jasny kolor, bardzo powiększały mały pokoik.
   Następnie przyszła do nas pani Greene. Przywitała mnie ściskając dłoń i wymawiając serdecznie 'Witam' gdy wręczałem niebieskie kwiaty.
Zostałem zaprowadzony do biało- brązowego pomieszczenia, które było jadalnią. Stół- ośmioosobowy został zrobiony z ciemnego drewna. Podłoga również wykonana została z ciemniejszej imitacji drewna. Na krzesłach siedziały dwie osoby. Znany mi już Jack i starszy mężczyzna czytający tomik Stephen'a King'a. Kiedy weszliśmy do pokoju podniósł na nas wzrok z nad czytanej lektury i podszedł do mnie z kamiennym wyrazem twarzy. Wyciągnął rękę, którą z lekkim opóźnieniem uścisnąłem. Zastanawiałem się nad tym, czy poznam jej ojca i czy w ogóle zwróci na mnie jakakolwiek uwagę. Przełknąłem głośno ślinę z nadzieją, że nikt nie usłyszał.
-Jestem Charlie. Tata Ashley.- naraz przymulony wyraz twarzy został zastąpiony przez szeroki uśmiech.
-Miło mi pana poznać - Wybąknąłem lekko się uśmiechając. I na jakie tory teraz sprowadzić rozmowę?
   Zasiedliśmy przy stole. Przez pewien czas
panowała cisza. Słychać było tylko sztućce obijające się o porcelanę.
-Benjaminie. Opowiedz coś o sobie..- Zagryzłem dolną wargę. Ale, że co? Żeby coś opowiedzieć trzeba mieć o czym. Prawda?
-Ehm... Ja...- No co ja???- Urodziłem się w europie...
-Dlaczego nie  mówisz od razu skąd jesteś.- Przerwała mi Ashley. Nie ładnie jest przerywać.
-No mówię... Z europy...- uśmiechnąłem się do niej zalotnie ukazując zęby. Na co ona także się uśmiechając, zagryzła dolną wargę.-  No dokładniej to z Włoch. - burknąłem. I po co to komu wiedzieć?
-Ale czy tak trudno powiedzieć od razu dokładnie?.- Ciągnęła dalej Ashley. Kobiety, to stworzenia uwielbiające dociekać, fochać się, sprzeczać, jakby miał z tego jakąś nie zrozumiałą wewnętrzną satysfakcje.
  Nadal się do niej uśmiechałem.
-Ulicę też?- uniosłem brwi i przeczesałem włosy palcami.
-Nie przesadzasz? - zaśmiała się.- Przynajmniej kraj. Chyba, że się wstydzisz.
-Ależ oczywiście, że nie. Nie mam czego. - powiedziałem z powagą. Poczułem jak mój telefon wibruje w kieszeni. Nie mam czasu. Oddzwonię.
-No rzeczywiście, ale jeśli ty nie chcesz ja powiem.- Dobrze wiem, że inni członkowie 'spotkania' przysłuchiwali się nam z uwagą.
-Przepraszam. Zaraz wrócę.- Powiedziałem, kiedy nieustanne wibracje zaczęły mnie irytować. Wróciłem do holu.
-Witam, panie Barnes.- szepnął nieznajomy głos zanim zdążyłem się w ogóle odezwać. Mówił po włosku.- Co u ciebie słychać?
-Kto mówi?- spytałem  w tym samym języku. Gościu miał głos niczym z taniego horroru. 'za siedem dni umrzesz. Buhahahaha!'
-Been! Nie pamiętasz głosu starego przyjaciela.?- I teraz mój bardzo często opóźniający się mózg zaczął kojarzyć fakty. Wspomnienia wracały. Ból w klatce piersiowej narastał. Wyszedłem spokojnie na podwórko, aby nie wzbudzić podejrzeń. Zrobiło mi się cholernie gorąco. Ręce miałem spocone, a oddech i bicie serca przyspieszone. -Jesteś tam?
-Tak. Jestem. Po co dzwonisz. Skąd masz mój numer? Jak mnie znalazłeś? Gdzie..?
-Hej! Hej!- przerwał mi.- Nie tak szybko chłopie. Dzwonię, bo się stęskniłem.- Ha! On sobie ze mnie żartuje!- Skąd mam twój numer? To moja gorzka tajemnica. Jak cie znalazłem? Jesteś przewidywalny mój drogi. Lubisz język angielski, więc prostym było to, że wyjedziesz do kraju w którym się nim posługują. Nie mogło być to żadne państwo w europie, bo chciałeś uciec ode mnie jak najdalej.
-Już. Pogadałeś? Odwal się ode mnie. Dobrze? Już chyba trochę za dużo namieszałeś w moim życiu- Ah! Namieszałeś w moim życiu! Jak to banalnie brzmi!- Nie chcę cię znać. Nie chce cię widzieć. Chce w końcu o tobie zapomnieć. Przypomniałeś sobie o mnie po tylu latach? Nie potrafisz odpuścić, Bernardzie.- rozłączyłem się. Już wiemy jakiego numeru unikać. Pomyślałem, kiedy wchodziłem z powrotem do środka.
-Przepraszam.- mruknąłem zasiadając przy stole.
-A więc. Powiesz coś po włosku jak masz okazję. - Ile razy można się pytać, czy powiem coś po włosku.
-Ed è così importante per te?- mruknąłem patrząc w dół. Uspokój się! Już z nim nie gadasz! Czy będzie to normalne, kiedy zacznę się kłócić z własnym umysłem?
-Sì, ma come ho detto ...- opowiedziała. Ja cie pierdzielę! Patrzyłem na nią jak sroka w gnat. Akcent  może i miała marny, ale co na to poradzi?-No co? - uśmiechnęła się ponownie.
   Potarłem czoło i spoglądnąłem na swój talerz, który był opróżniony do połowy.
-Nic. Nic. Ja tylko... Nie wiedziałem, że mówisz po włosku. Nie mówiłaś mi.
-Ty tez mi wcześniej nie powiedziałeś. To jedno z moich zainteresowań.- ucichła i znów panował spokój. Jedzenie było wyśmienite, więc szybko zniknęło z mojego talerza.
   Wolałem, kiedy ktoś coś mówił. Nie myślałem wtedy o rozmowie z Bernardem i prawdopodobieństwem, że mnie znajdzie i zabije. Ale przypuszczałem, że do tego dojdzie..
-A  propos zainteresowań. Czym się pan interesuje. - Pan Greene spojrzał na mnie po skończonej kolacji.
-Ja... Muzyką..
-A grasz na czymś? - dociekała jego żona.
-Tak. Na fortepianie i na gitarze.- cały czas mówiłem cicho.
   Ellie uśmiechnęła się i położyła rękę na moim ramieniu.
-Jest pan zdolny. - Odparła. Pokręciłem przecząco głową.- Jak nie. Ashley mówiła, że skończył pan Harvard. Opowiadała o pana specjalizacjach. Jest pan dobrym człowiekiem. Trzeba mieć wielka odwagę, żeby brać odpowiedzialność za czyjeś zdrowie.
-I jesteśmy panu bardzo wdzięczni, że pomógł pan naszemu synowi. Bardzo cierpiał.- wtrącił Charlie.
-Taka moja praca. I proszę mi mówić Ben... I rozmowa toczyła się dalej, ale to nic istotnego.
   wstałem od stołu, ponownie przepraszając i poszedłem do łazienki. Umyłem ręce i spojrzałem w lustro. W ciągu sześciu lat zaszła we mnie diametralna zmiana. Obciąłem włosy, mam zarost... Ktoś, kto znal mnie za czasów  mojego pobytu we Włoszech, zapewne by mnie teraz nie rozpoznał. Westchnąłem i przeczesałem włosy palcami, po czym wyszedłem z łazienki. Natrafiłem przy okazji na Ashley wychodzącą z pokoju na przeciwko. Przebrała się w luźny T-shirt i dżinsy.
-Ja już chyba będę lecieć.- Powiedziałem.
-Nie. Nie idź jeszcze.- zmartwiła się. Schlebiło mi to. Chciała, żebym został dłużej, ale nie mogłem, nawet jakbym chciał. A chciałbym.
-Muszę iść. Mam gościa. Nie zostawię jej samej.
-Jej?- uniosła brwi w górę.
-Piętnastoletnia córka znajomych.- rozwiałem jej wątpliwości.- Kiedy możemy się jeszcze spotkać?
-Nie wiem. Mam dużo nauki... Matma i te sprawy...
-Mogę ci pomagać.- zaoferowałem się. Zagryzła wargę (często to robiła) i spojrzała na mnie szarymi, pięknymi oczami. Przysunęła się do mnie i cmoknęła niespodziewanie w usta. Cmoknęła. To takie dziecinne. Przysunąłem ją do siebie i pochyliłem się wpiłem się w jej wargi, niepewnie odwzajemniła pocałunek, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej głębszy. Pchnąłem ją lekko przesuwając pod ścianę. Tak jakby grała piękna muzyka. Ptaki, skrzypce i tak dalej, ale potem ucichła, gdy spostrzegłem Ellie stojącą na końcu korytarzyka. Jej mina wyrażała wielką chęć oddalenia się jak najdalej stad.
-To ja może nie przeszkadzam- zachichotała, kiedy błyskawicznie odsunąłem się od jej córki. Przyległem do przeciwległej ściany.
-Ehm...Eee... Ja i tak muszę znikać.- Powiedziałem ruszając w stronę drzwi frontowych.- Żegnam panie.- kiwnąłem głowa patrząc na Ashley, której policzki płonęły z zawstydzenia. Wyszedłem i westchnąłem głośno. Odpaliłem auto i zacząłem się zastanawiać, czy poprawnie postąpiłem całując ją. Powinienem był ulotnić się zaraz po tym jak zadzwonił Bernard, ale nie, bo po co. Trzeba być tak... Ale nie warto się nad tym zastanawiać. Trzeba działać, jeśli wiem, że Ashley jest chętna głębszej znajomości ze mną, to dlaczego by nie spróbować, choć mam teraz większy problem na głowie. Moje życie.  Czy nie tak? Czy ten człowiek nie odpuści? Jednak gdyby się tak głębiej zastanowić, to może on wcale nie chce mnie zabić... Nie. Wtedy nie miałby powodu, żeby mnie szukać. Nadal nie znam powodu śmierci  moich rodziców. Nie wiem co nim kierowało. Możliwe, że to człowiek chory psychicznie. Pedofilstwo i sadyzm to choroby.
   A co z ludźmi, których znam? Pewnie nic, bo kto będzie za mną tęsknił. Najgorsze jest to, że jeśli ktoś będzie w pobliżu podczas mojej 'egzekucji', to także zginie. To jest pewne.
   Musiałem sączyć rozmyślać. Wyjść z samochodu, pozbierać się i pogodzić z tym, co się stanie. Żyć dopóki mogę.
      ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... .. .... ... .. ... ... .. .. . . ..... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ...

    Koniec następnego rozdziału. Trochę taki... wymuszony... ale jest.
Ben

Ashley







Obserwatorzy