piątek, 18 kwietnia 2014

Czytać Proszę!

Dla niewtajemniczonych. :D
   Rozdziały na tym blogu pojawiać się będę piątego dnia każdego miesiąca. X rozdział pojawił 5 kwietnia, więc XI wstawię 5 maja itp.itd.
   Tak, więc... Dzięki za uwagę i...
 WESOŁEGO JAJKA! :D
ZGON *.* Aaaa <3


sobota, 5 kwietnia 2014

X Rozdział

   Dlaczego się tak szybko ode mnie odsunęła?
  Spojrzała w bok zaciskając usta w cienką linię, a ja przejęty jej stanem skrzyżowałem ręce na piersi i tylko na nią patrzyłem. W końcu i ona zwróciła na mnie uwagę, ale jej oczy były straszne. Chyba chciała mnie zabić...
-Dlaczego...- uderzyła mnie w ramię- Nie...- znowu- Dzwoniłeś!?- teraz to całkowicie mnie okładała. Bawiło mnie to i niestety nie potrafiłem powstrzymać śmiechu. Ona z resztą też.
- Nie wiem... Przepraszam?- spojrzałem na nią z ukosa nadal się uśmiechając.
-Bawię cię?- zagryzła wargę (JEZU!), żeby się nie uśmiechnąć.
  Odchrząknąłem, by się 'odweselić'.
-Nie. Skąd, że. Ty? Mnie? Nigdy!- przyciągnąłem ją do siebie.- Dlaczego jesteś smutna?
-Nie jestem smutna.- westchnęła cichutko. Nie chciała mi powiedzieć? Nastrój mi się od razu pogorszył. Jak już mówiłem ten dzień był do bani. Chociaż był poniedziałek, 16 grudnia i nie musiałem iść do pracy, to jednak każdy inny dzień byłby lepszy.- Mój tata ma raka.- zaszlochała.
   Przytuliłem ją jeszcze mocniej. Biedna Ashi. Zaszlochała jeszcze głośniej, trzęsła się.
-Chodź. Napijesz się herbaty. Nie płacz, słonko. - potarłem jej ramię i zmusiłem do ruszenia się z miejsca.
   Przetarła oczy chusteczką sprawdzając czy nie rozmazał jej się makijaż.
   Rak. To jedna z najgorszych rzeczy jakie mogą przydarzyć się człowiekowi. Wiele osób umiera na tą własnie okropną chorobę. Nigdy bym nie pomyślał, że pan Greene jest chory. To tak wspaniały i żywiołowy człowiek, że nie było tego po nim widać. Wyzdrowieje. Jego rodzina musi w to wierzyć. Raka można wyleczyć, a Charlie go pokona. Jestem tego pewien.
   Ashley spojrzała na chusteczkę i jęknęła zauważając na niej czarny ślad.
-Nie rozmazałaś się.- oznajmiłem. Jesteś piękna... Dlaczego nie powiedziałem tego na głos? Tchórz. czego się boisz bekso? Ja pierdzielę... Muszę zakończyć kłótnie z moim umysłem, bo przerodzi się to w psychozę.

   Przepuściłem Ashley w drzwiach.
-Usiądź.- poprosiłem kiedy znaleźliśmy się w kuchni. Rozglądała się po pomieszczeniu z lekkim uśmiechem na twarzy. O czym myślała?
-A co u ciebie? - spytała patrząc jak zalewam herbatę. Spojrzałem na nią. O szlag!!!
-O ku**a! Auu!- Jęknąłem  z bólu. Wrzątek z czajnika bardzo szybko znalazł się na mojej ręce parząc tatuaż wilka. Zanim zdążyłem coś zrobić Ashley pociągnęła mnie na krzesło. przyłożyła do mojej ręki zimną mokrą ściereczkę. Ulga!- Ja... Ja to sam zrobię.- mruknąłem odsuwając rękę, ale ona przyciągnęła ją do siebie z powrotem łapiąc za przedramię. syknąłem z bólu.
   Poruszyła tylko figlarnie brwiami.
-On się na mnie dziwnie patrzy.- oznajmiła przyglądając się tatuażowi.
-Ale na pewno cię lubi. Ma taki dziwny wyraz mordki , bo nie słuchał się babci, a mówiła mu 'nie rób takich min, bo ci tak zostanie'. Biedny. Pewnie mu tak nie wygodnie...
  Wybuchnęła śmiechem i znów na mnie spojrzała. ( Duże oczy!)
-Dlaczego wilk?- spytała nadal z uśmiechem na twarzy. Usiadła na krześle na przeciwko mnie.
-Wilk symbolizuje... dzikiego ducha... Reprezentuje wolność, lojalność, energię, chęć bycia wolnym od ograniczeń... - zastanowiłem się chwilkę. jakby to ująć?- ograniczeń współczesnego świata.
-A innym się po prostu kojarzy z ładnym zwierzątkiem. Jakie masz jeszcze tatuaże?
-Czaszkę na szyi, Ditę Von Teese na ramieniu...
-Pokaż mi! - podjudziła się. Ściągnąłem brwi. Tak bardzo lubi Ditę? Zsunąłem kurtkę i podciągnąłem rękaw ukazując najlepszy i największy tatuaż jaki miałem.
-Lubisz Burleskę?- Dotknęła mojej skóry przyglądając się dziełu Lizz Cookie z uwielbieniem.
-Tak. Ale Dita... Nie pokazuje tylko siebie i swojego tańca, ale także swoją wspaniałą grę aktorską. Bo n tym właśnie polega burleska. Jest zmysłowa, piękna. Burleska to nie striptiz, tylko...
-Teatr.- dokończyła spoglądając mi w oczy- Jesteś inny.
-Już mi to mówiłaś.- przygryzłem wargę. Nic mi nie odpowiedziała. Tylko jej szare oczy przyglądały się moim czarnym. Pochyliłem się lekko dając jej do zrozumienia, ze mam zamiar ją pocałować. Ona jednak przesunęła się na bok muskając wargami mój policzek. Co? Dlaczego?
- To co z tymi tatuażami? To wszystko?
  Zamrugałem kilkukrotnie.
-A wolałabyś, żeby to był koniec z wymienianiem?
-Nie. Lubię tatuaże. Każda ilość jest spoko.- 'Spoko'. Dziwnie to brzmi w jej ustach.
-Mam jeszcze trzy na środkowym palcu...
-Tak. Skrzyżowane piszczele ciekawy...
   Parsknąłem śmiechem.
-Taa. I na barku napis 'I fell apart, but got back up again' i... to wszystko.- chyba się zarumieniałem.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
-Miały być trzy. Jeszcze jeden.
Może go kiedyś sama zobaczysz... Potrząsnąłem szybko głową, żeby odgonić tą głupią myśl.
-Nie jest to najciekawsze miejsce na tatuaż.- odparłem, a ona odruchowo spojrzała na moje spodnie. Zaśmiałem się. Chyba każdy by pomyślał, że jest tam.- Na pachwinie mam wytatuowane piórko.- Ten tatuaż jest moim największym błędem... No ale nie moja wina...
-Dlaczego piórko i dlaczego tam?- znowu jej wzrok przeniósł się na dół. Nie patrz się tam!
-Nie wiem i nie wiem. To tylko dla tego, że jakiś salon tatuażu był czynny w noc z 20 na 21 czerwca w 2011 roku.- Oh... Z moich dwudziestych pierwszych urodzin nie pamiętam nic kompletnie. Kiedy się obudziłem tak strasznie bolała mnie pachwina, że myślałem, że coś mi się stało. Kiedy stanąłem przed lustrem i zobaczyłem ten głupi tatuaż (który nie był mały) zaraz pognałem opieprzyć Nathan'a. ( No on zaplanował to wszystko. Ten cały wieczór.) I do końca swoich dni będę się zastanawiał co ja wtedy robiłem, z kim rozmawiałem i robiłem inne rzeczy (nie mówię tu o konkretach :D )
-Okej... Zgaduję, że były to twoje urodziny.- parsknęła przesuwając palcem po uchu kubka.
-Dobrze zgadujesz.- przytaknąłem jej podchodząc do lodówki.- Zjesz coś?
-A co masz?
-Ehm... Mięso. Dużo mięsa.-burknąłem. Nie, że byłem wegetarianinem, ale tyle zwierzyny, to ja jeszcze w lodowce nie miałem. Jej zawartość zaczęła tak wyglądać od kiedy zaczął mieszkać tutaj Nathan. Który jadł praktycznie rzecz biorąc tylko mięso, jajka i tłuste rzeczy.
-Sam sobie jedz trupa.- Ooo!
-Wegetarianka?- I dobrze!
-Taak. No bo, to przecież kiedyś żyło. Nie?
-No racja. To prawie jak kanibalizm.- Czyli Wayne Static  jest prawie kanibalem? - To zaraz zrobię coś zdrowego, smacznego i bez mięsnego do przekąszenia. Okej?
-Okej.- Była uśmiechnięta, ale wyglądała na zdziwioną. Co ją tak zdziwiło?
   Po piętnastu minutach dwie porcje sałatki owocowej były gotowe. 
   Ashley skosztowała i oniemiała.
-Boże! To jest pyszne!- delektowała się każdym kęsem. I znów nie powiem... Schlebiało mi to.- Kto cię nauczył to przyrządzać?
-Mama. Ogółem mama nauczyła mnie gotować. Ona była wspaniałą kucharką... I piosenkarką. A tata był świetnym pianistą. To przez nich zacząłem interesować się muzyką.
-Dlaczego mówisz w czasie przeszłym?- ściągnęła brwi przerywając na chwilę jedzenie.
-Oni nie żyją. Długa historia, której nie chcę teraz opowiadać. kiedy indziej ci wytłumaczę.
-Przykro mi.- jej mina zbladła. Nie lubiłem współczucia. To takie przygnębiające, kiedy ktoś ma lepiej... wiem. Egoistyczna myśl.- Co do muzyki, to słyszałam jak śpiewasz. Przewspaniale. Grasz na fortepianie?
-Dziękuję za komplement. Tak gram na fortepianie, ale to mieszkanie nie pomieści nawet pianina, więc mam gitary.
-Ile grasz?- wyglądała na szczerze zaciekawioną.
-Na fortepianie od kiedy skończyłem siedem lat,a na gitarze od trzynastki.
   Westchnęła przyglądając się swoim dłoniom.
-Chłopak z gitarą...- lekko się uśmiechnęła. ...byłby dla mnie para. Ta! Chciałbyś.
   Nagle usłyszałem otwierające się drzwi. Wyszedłem z kuchni i zobaczyłem Nathan'a. Widać było, że 'nie był sobą'. Oczy miał podkrążone i cały czas pociągał nosem. Efekty ćpania.
-Cześć.-mruknął wesoły. Znowu był pijany.
-Idź sprzątnij to, co zostawiłeś w salonie na stole.- warknąłem wskazując drzwi pomieszczenia.
-A co ja... Aaa. Tak...- zaśmiał się- To zrobię później. Najpierw się napije wody. No, bo przecież wiesz... kac i te - pociągnął nosem- sprawy.
-Nie najpierw to sprzątniesz.
-Jezu! nadwrażliwy jesteś! Chcesz to sam posprzątaj!
   Ruszył w stronę kuchni, ale zatarasowałem mu drogę. Wkurzył mnie. Niech słucha.
-Słuchaj, palancie. Nie jestem twoim sprzątaczem, kucharzem, niańką dla tego walonego kota i chłopcem na posyłki. Nie będę za Ciebie niczego robić. Nie będę sprzątał po tobie ciuchów, żarcia, naczyń i tym bardziej prochów! Sam sobie gotuj i kupuj piwo! A kota, to możesz zamknąć w klatce albo kupić do ch**a kuwetę!- Nie krzyczałem. Mówiłem tylko trochę podniesionym głosem.- Idź sprzątnij to świństwo albo się stąd wynoś!
   Patrzył na mnie wściekły, ale ruszył do salonu i zaczął zbierać ze stołu proszek. Odetchnąłem i wróciłem do kuchni.
-Przepraszam.
-Nie no. Spoko. Każdy ma granice cierpliwości. To Nathan, tak?- Ah... No rzeczywiście opowiadałem jej o nim. W odpowiedzi pokiwałem tylko głową. Moim zdaniem trochę przesadziłem, ale kiedy Nathan wparował zaćpany do domu, to po prostu... No nie mogłem!!!-Wiedziałeś, że ćpa?
-No... Tak...
-I zgodziłeś się, by z tobą zamieszkał?- przerwała mi
-Był moim przyjacielem. Nie potrafiłem go tak po prostu wygonić. Myślałem, że zmienił trochę swoje nawyki od czasu studiów, ale się najwyraźniej myliłem. On nie zarabia... Nie mogę go zmotywować.
-Uda ci się. Jesteś bardzo charyzmatyczny.- Ja? Charyzmatyczny? Najwyraźniej Ashley odkrywa moje cechy... O których sam nie mam pojęcia.
   Do kuchni wszedł Nathan. Dawno był u fryzjera, bo włosy sięgały mu prawie do żuchwy.
  Spojrzał na Ashley i uśmiechnął się zalotnie. 
-Ashley to Nathan... Nat poznaj Ashley.
   Ashi podała mu dłoń, którą on ucałował. Mi się to nie spodobało, a Ashley się nawet tego nie spodziewała.
-Miło mi poznać.- jego oczy znalazły się na przeciwko jej.- Co tak atrakcyjna kobieta robi u Barnes'a?
-Przyszłam go odwiedzić.- Ashley się zarumieniła, a ten... skur...kot przejechał dłonią po jej ramieniu. Nagle poczułem na dłoni silne ukłucie. Za mocno ścisnąłem szklankę, która po naciskiem pękła i jej kawałeczki wbiły się w moją skórę. Ashley spojrzała na mnie wielkimi, przerażonymi oczami. Ignorując ich wstałem, wyrzuciłem naczynie do kosza.
-Daj mi rękę.- powiedziała za moimi plecami.
-Nie, Ashley.
-Ben! Co ci dzisiaj jest?- zwróciłem wzrok w jej stronę. Bawiło ją to. Widząc jej uśmiech sam parsknąłem rozbawiony.  To pewnie przez ciebie i tego zaćpanego durnia, który cię dotyka.
-Nie wiem. Ale cieszę się, że to cię bawi.- mówiłem nadal uśmiechnięty.- Rozmawiaj sobie z Nathan'em. Ja się sobą zajmę.
-Aaa- szepnęła.- Więc o to ci chodzi.- Przybliżyła usta do mojego ucha.- Jesteś zazdrosny?
-Nie.- zaprzeczyłem mało wiarygodnie na co ona jeszcze bardziej się roześmiała. Ujęła moją dłoń i zaczęła wybierać kawałki szkła. - Mam dwie ręce. Mogę to sam robić.
-Fuj. Krew.- mruknęła puszczają moją uwagę mimo uszu. Już dawno uznałem, że jest uparta, ale wiem także ponad wszelką wątpliwość, że chce mi tylko pomóc, choć tej pomocy nie potrzebowałem. Zacząłem przyglądać się jej twarzy. Była skupiona, a brwi miała zmarszczone. Jej usta złączone były w cienką linię. Otworzyła je jednak kiedy jej buzia zaczęła nabierać zielonego odcienia.
-Wystarczy ci. Zrobiłaś się zielona. Siadaj. - wolną ręką pociągnąłem ją na dół. Gdyby chciała mogłaby mnie zabić wzrokiem.- Bardzo ci dziękuję, ale nie chcę żebyś mi tu zemdlała. Naprawdę. Poradzę sobie, mała.- Szlag! Powiedziałem 'mała'.
-Hę?- oburzyła się teatralnie.
-Ashley- poprawiłem się. W odpowiedzi usłyszałem parsknięcie.
    Sięgnąłem do szafki nad kuchenką i wyciągnąłem wodę utlenioną, gazę oraz bandaż. Wypłukałem rękę z ciemnej krwi. Woda utleniona nieprzyjemnie piekła rany. Gaza i bandaż nie dawały największej swobody i wygody jednak chroniły skaleczenie przed środowiskiem zewnętrznym i zapobiegały zakażeniu.
   Nie przejmując się tym, że Nathan zajął moje miejsce zagadując głęboko Ashley pogawędką o muzyce.-Dowiedziałem się już wcześniej, że lubiła Katy Perry, jej ulubiony i ukochany zespół 'ever' to Kings Of Leon. Podobał jej się bardzo Matt Bomer. Niestety jest gejem, jest stary i ma trojkę dzieci... Ale z tym Matt'em Bomer'em odszedłem od tematu.- Wytarłem ze stołu kropelki krwi, kiedy zadzwonił telefon Ashley. Wyciągnęła go z kieszeni i dopiero w tamtym momencie zorientowałem się, że to nie dźwięk połączenia przychodzącego, ale powiadomienia. Wszędzie unosiła się piosenka 'Use Somebody' Z repertuaru Kings of Leon.  
-Muszę lecieć.- oznajmiała wstając i chowając telefon do kieszeni.
-Mogę...- zaczął Nathan. O nie, nie, nie, nie! Ja już wiem co on chciał powiedzieć. Nie!
-Mogę Cię odprowadzić.- przerwałem mu. Ashley podeszła do mnie i pocałowała w usta. Znowu ona podjęła pierwszy krok! Oddałem pocałunek nie dotykając jej dłońmi. Opierałem się o szafkę kuchenną, a ona o mój tors. 
-Nie musisz.- odsunęła się ode mnie.- Nie mam daleko. Do zobaczenia.- puściła do mnie perskie oko a Nat'owi pomachała na pożegnanie.
-Cześć.- Odpowiedzieliśmy.
   Kiedy wyszła spojrzałem na Nathan'a drwiąco. To takie zadowalające kiedy ma zakłopotana mnie i nie wie co powiedzieć. Dlatego nie podrywa się czyichś gości. znowu muzyczka. Tym razem z mojego telefonu Convergence z repertuaru 30 Seconds To Mars. SMS w języku włoskim:
     ,,Dzień Dobry Panie Barnes. Ja wiem. Nie chcesz mnie widzieć. Nienawidzisz mnie. Ale musisz się ze mną spotkać. Muszę się z tobą rozmówić. Nie zrobię ci krzywdy.''
  Sranie w banie! Ale pójdę... Co mi tam. Dwudziesto(prawie)cztero wojskowy przeciwko psycholowi po czterdziestce.

    W SMS'ie, który dostałem po zgodzeniu się na spotkanie była zamieszczona lokalizacja. Zmartwiło mnie to, że będę musiał spotkać się z nim poza miastem i czułem tutaj jakiś podstęp, więc byłem przygotowany na wszystko. Koszulkę ubrałem za długą, bym mógł zakryć SIG'a 9mm. Lepiej bym się czół z AK-47 albo X-9 SWAT... No ale gdzie to schowasz? Właśnie plusem bycia w wojsku było to, że miałem okazję używać tych najlepszych broni. Ah... Co to były za czasy.
   Autostrada 82 łączyła Kennewick z miastem Umatilla w stanie Oregon Jednak przedtem trzeba by było przejechać przez McNary Wildlife Nature Area. A jest to rezerwat dzikiej natury, więc nawet jeśli chciałbym szybko uciec w tamtą stronę, to nie mógłbym, bo możliwym by było, że zabiłbym beztrosko jakieś zwierzę. Czego nie chciałem. Dla własnego dobra nie powinienem myśleć o najgorszym. Może nie będę musiał uciekać, bić się i sięgać do kabury przy spodniach.
   Przy zjeździe na drogę 397 zatrzymałem się i wysiadłem z auta. Przy bardzo trzęsących się nogach samochód z wysokim zawieszeniem nie jest najlepszy. Wyskakując z niego ledwo złapałem równowagę. Weź głęboki wdech. Czekaj na Bernarda. W razie czego nie uciekaj z powrotem do Kennewick. Przez 397 też nie mógłbym jechać, bo wyszłoby na to samo... Skierowałbym się do Pasco.
   Usłyszałem za plecami chrupanie żwiru pod czyimiś butami. Odwróciłem się powoli. O kurde. Nie zmienił się. Nadal był chudy, włosy miał nadal ciemne, ale doszło wiele siwych odcieni. Stałem patrząc na niego... z wyrzutem? Przerażeniem? Moja twarz na pewno nie została bez wyrazu. Bernardo Dionisi. Kiedyś nadpobudliwy, przerażający, władczy. Teraz trzęsący się z zimna, spokojny, opanowany, bezbronny. Choć mogły to być tylko pozory. Wpatrywał się we mnie z życzliwym uśmiechem. Dlaczego nic nie mówił? Chciał się ze mną rozmówić.
-No mów.- odezwałem się.
   Przekręcił głowę bardzo szybko. Wyglądało to jak jakiś skurcz... Albo coś w tym rodzaju. Tak czy siak wyglądało to przerażająco.
-Benjamin Barnesa.- szepnął robiąc krok w moją stronę. Ja zaś cofnąłem się o dwa.
-Ben Barnes.- poprawiłem go przyglądając się spadającemu na asfalt śniegowi. Po moim ciele przeszedł chłodny dreszcz. Z zimna?
-Ben. Jak milo Cię widzieć.- Jego ton był za ciepły. Za słodki. Nigdy tak się do mnie nie zwracał.
-Bez wzajemności.- odrapałem nadal na niego nie patrząc. Uu... Chłodno. Skrzyżowałem ręce na piersi. Długi sweter nie dawał dostatecznego ciepła.
-Zmieniłeś się.- zauważył.- Czyżby zawładnęła tobą ciemność?
   W końcu na niego spojrzałem. Jego wzrok był zmartwiony, czuły. Przeszywał całego mnie.
-Żałoba.- w mojej głowie pojawiły się tysiące wyzwisk, które mógłbym wypowiedzieć, które były prawdą i nie mógłby uznać ich za bezpodstawne.
-Chłopcze. Wszystko się kiedyś kończy.
-Nie musiało się kończyć tak szybko! Jak można zabrać komuś rodzinę? Jak można nie mieć wyrzutów sumienia? I masz jeszcze czelność zwracać się do mnie! Przyjechałeś do Stanów, żeby mnie wykończyć?
-Ben...
-Czy chcesz mnie zabić?!- ja nie krzyczałem ja się darłem.- Mogłem iść na policję! Mogłem cię zabić i nadal mogę to zrobić! Teraz w tej chwili, ale wiedz, że nie chce być taki jak ty. Nie chcę być mordercą. Nie chce być jeszcze gorszym człowiekiem- z każdym słowem mój głos stawał się coraz cichszy.

-Ale ty jesteś złym człowiekiem. Wiesz to.- zdawałem sobie z tego sprawę.- Ja też to wiem. Wiedzieli to Kathriene i Alejandro. Wiedziała to Susanne.
-Jak śmiesz wymawiać ich imiona?- Nie uważali mnie za złego człowieka. Przecież byłem dla nich ważny...
-Pozwolisz, że będę wymieniać dalej.- odpowiedział mi.- Wiedziała to Vittoria.- Co ona ma do tego?- Ale nie wie tego Ashley.-Co? - Nie wie Samuel, Alekxandra, Andre i Griffin'i.
-Skąd ty to wszystko wiesz?
-Znam cię lepiej niż ty sam, Ben.
-Nie znasz mnie. Nic o mnie nie wiesz. NIC! Rozumiesz?! Jestem złym człowiekiem. Zgodzę się z tobą! Ale ty jesteś o stokroć gorszy. Nic nie znaczysz! Nie boję się ciebie!
-Ja bym się tam go bała.- odparła jakaś dziewczyna. Była wysoka. Nie wyższa ode mnie. Miała płowe włosy ciemniejsze u nasady. Nidy bym jej nie rozpoznał, gdyby nie jej czekoladowe, błyszczące oczy i pełne usta. Vitoria. Nadal była słodka. Była jeszcze piękniejsza. Już prawie ucieszyłem się na jej widok, kiedy podeszła do Bernarda i pocałowała go namiętnie w usta. Auć... Nie był to przyjemny widok. Zacząłem głębiej oddychać spuszczając wzrok... No nieźle. Długo to trwa. Nagle Vittoria krzyknęła 'Bernard'. Spojrzałem na nich dyskretnie. Pociągnął ją mocno za włosy następnie odsunął z jej ramienia bluzkę i ugryzł ja tak mocno, że z rany zaczęła mocno lecieć krew. Nie zmienił się. Wcale! Odepchnął od siebie płaczącą z bólu dziewczynę i wytarł usta rękawem.
-Dobra młody.- zwrócił się do mnie.- Nie będę się z tobą cackać. Musi cie wreszcie spotkać, to co spotkało resztę.
-Dawaj.- oparłem próbując nie zwracać uwagi na trzymającą się za ramię włoszkę. Biedna kobieta
-Nie- powiedziała cicho. Bernard znów zrobił te przerażając obrót głową. Zwrócił się w jej stronę i kopnął z całej siły w brzuch. Zawyła padając na ziemię. Łkała błagając go o litość.
   Poczułem na mojej ręce czyjś dotyk. Odwróciłem się w jego stronę i niespodziewanie dostałem w twarz pięścią. Następnie napastnik chciał mnie kopnąć, ale ja w porę odsunąłem się na bok. Mogłem zablokować atak jednak nie byłem pewien czy mi to wyjdzie. Był ode mnie szerszy w barkach i miał większą masę ciała. Przeważałem nad nim tylko wzrostem i szybkością, bo było po nim ewidentnie widać, że jego masa przeszkadza mu w szybszym poruszaniu się. Odsunął się ode mnie o kilka kroków by rozpędzić się i wykonać skok w moją stronę. Korzystając z posiadania ciężkich glanów wymierzyłem mocnego kopniaka w jego podbrzusze. Krzyknął z bólu i na chwile stracił równowagę niestety ponownie ją łapiąc. Następnego ciosu nie zdążyłem uniknąć. Poczułem silny ból żeber. Przewidywałem złamanie. Wziąłem się w garść. Chwila nieuwagi przeciwnika... Runąłem na niego zwalając go na żwir. Usiadłem na jego nogach nie dając mu możliwości ruszenia nimi. Zanim zdążył owinąć swoje dłonie wokół mojej szyi zacząłem okładać jego twarz serią mocnych uderzeń pięścią. Zepchnął mnie. Najwyraźniej zorientował się, że zostawił uraz na moich żebrach. Ryknąłem z bólu i wylądowałem  obok samochodu uderzając potylicą w metal. Auu!! 
    Łohohoho! Gościu się zmęczył. Zebrałem w sobie wszystkie siły, by wstać. zaszedłem go od tyłu uderzając z całej siły o pięściami w skronie. Padł na ziemię. Nie ruszał się, więc mój plan wypalił. Zemdlał.
   Odetchnąłem ciężko tym samym sprawiając sobie ból. Tak. Były złamane. Rozejrzałem się dookoła nikogo nie było oprócz leżącego pod moimi nogami 'gostka' i opierającej się o drzewo Vittorii. Przeciągnąłem 'gostka' na pobocze i podszedłem do dziewczyny. Dotknąłem je policzka. Nie miała poobijanej twarzy, ale gorzej było z ramionami- które były pogryzione, podrapane. Podobnie jej brzuch.
    Niebo zrobiło się ciemne. Dookoła panował mrok. Nie było księżyca... Znaczy się... był ale tylko jego szczupły sierp.
-Spieprzaj.- warknęła strzepując moją dłoń.- Muszę znaleźć Benarda.
-W takim stanie?- zadrwiłem.
-Czuję się świetnie.
-O to się nie pytałem.- Ona będzie wredna dla mnie, ja będę tak samo nieuprzejmy dla niej. Zgromiła mnie wzrokiem i uniosła podbródek w celu pokazania mi, że wcale jej nie uraziłem. - Wstawaj. - wyciągnąłem do niej rękę.
-Powiedziałam, żebyś mnie zostawił?- zlekceważyła mój hojny gest.
-Nie. Powiedziałaś, żebym spieprzał.- Prychnęła lekceważąco.- Słuchaj, kobieto. Chcesz żyć, czy wolisz tu zostać?
-On po mnie wróci.
-Uzależniłaś się od niego, czy co?- mój głos uniósł się o oktawę.
-Kocham go.
   W odpowiedzi wybuchnąłem dzikim śmiechem. To co, że mnie to bolał. ta dziewczyna zwariowała.
-Najwyraźniej wybierasz samych złych ludzi.- uznałem nadal się śmiejąc.
-Słuchaj dupku! ja tylko z tobą spałam! Bern to coś innego. - kurde! Co? Bern? Tak słodziutko.
-Coś innego, powiadasz? No tak. Zrobił ci krzywdę. Jak możesz go kochać? W ogóle wiesz co znaczy kochać?- spojrzała na mnie urażona następnie jej twarz przybrała dzikiego wyrazu. Uderzyła mnie otwartą dłonią w policzek.
-Tak wiem! Ciebie tez skrzywdził, pier...
-Holuj się, mała.- warknąłem przyglądając się jej.- Tak skrzywdził mnie i jakoś mi się nie wydaje, żebym czół do niego coś innego oprócz nienawiści. Dziewczyno! Opanuj się! Spójrz co ci zrobił...
    Nie patrzyła na mnie. Co było tak interesującego w jej dłoniach?
-Mogłem zrobić jej to, co zrobiłem twojej siostrze.- powiedział Bernard. Stał bardzo blisko mnie. Tuż za mną. Jeżeli przyprowadził następnego ochroniarza, to już było po mnie.
-Berni!!!- uciszyła się Vittoria. Popatrzyłem na nią wściekły, jednak ona nie zwracała już na mnie żadnej uwagi. Prawie udało mi się ja przekonać. Niech cie szlag, Dionisi! Powoli podniosłem się z klęczek sprawdzając jaka będzie reakcja Bernarda. Nie zwrócił na mnie uwagi. Obejmował Vittorię wycierając mokrą chusteczką rany, które sam jej zadał. Może sobie odpuścił. Ruszyłem w stronę auta. Już otwierałem drzwi kierowcy...
-Gdzie się wybierasz Barnesa?- zastygłem bezruchu nie odwracając się do niego.- Jeszcze z tobą nie skończyłem szczeniaku.
-Berni. Naprawdę chcesz się go tak szybko pozbyć?- zachichotała Vittoria.- Myślałam, że lubisz się wykazać.
-Tak kochanieńka. Masz rację.- odwróciłem się w ich stronę oboje mi się przyglądali.- Jedź do domu. Za trzy dni chcę cię tu widzieć... Albo tego pożałujesz.- Był przerażający. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie blado najpierw upewniając się, czy Bernard nie widzi. na dzień dzisiejszy uratowała mi życie.
   Wsiadłem do samochodu z trudem łapiąc oddech. Czułem się coraz gorzej. Ból narastał z każdą chwilą. Kiedy zobaczyłem się w lusterku... O kurde! Cała prawą część twarzy miałem poobijaną. Ruszyłem w stronę Pasco. Droga o wiele dłuższa, ale wolałbym nie pokazywać się w szpitalu Kennewick. 



KONIEC X ROZDZIAŁU. Chciałam, żeby był ciekawszy niż reszta... I strasznie zależało mi na tym, żeby dodać go dzisiaj. Tak więc... Mam nadzieje, że się podobało. Zostawiam dla was 
Ben'a:
Ashley:
Vittorię:
Oraz tego skurkota...
Bernarda:
Aha chciałam jeszcze zostawić album, który świetnie pomagał w napisaniu tego rozdziału. :)




Obserwatorzy