,,Problemem nie jest sam problem. Problemem jest podejście do tego problemu''
niedziela, 13 października 2013
IV Rozdział
-Daj to piwo!- jęknął. Nie rozumiem tego popytu na alkohol... Przecież to 'samo zło' A piwo nawet nie jest smaczne. Ale... No o gustach się nie dyskutuje...
Co prawda pijanego nie powinno się jeszcze bardziej upijać, ale... jestem Włochem. W genach mam olewanie...
-Nie mam.
-To idź po...- Opluł się... Zgodziłem się, bo nie za bardzo chciałem patrzeć na Nathan'a takim stanie.
Sklep był na drugim końcu miasta. Mogłem iść do monopolowego za rogiem, ale... trzeba było zrobić zakupy... rozmyślenia normalnego obywatela.
Wsiadłem do swojego Hyundai'a ix35 i ruszyłem.
Poszedłem do kasy, wypakowałem zakupy na taśmę i poprosiłem sprzedawczynię o paczkę papierosów.
-Przepraszam, ale nie mogę Ci tego sprzedać.
-Dlaczego? - mój głos zniżył się o oktawę, a brwi wspięły się na czoło.
-Nieletnim nie sprzedajemy nikotyny i alkoholu.- Czy w moim życiu nie pojawia się bardzo często słowo alkohol, alkoholik itd? I czy aż tak młodo wyglądam!?
Zaśmiałem się i wyciągnąłem dowód. Jakoś tak moją uwagę przykuły szepty zniecierpliwionych klientów.
Na dowodzie jak byk było napisane 1990 rok. To chyba oznaczało, że jakiś czas temu skończyłem osiemnaście lat...
-No dobrze.- ulżyło jej kiedy zobaczyła mój dowód, grzecznie się uciszyła i podała mi porcję mojej ukochanej nikotyny
Wychodząc z supermarketu natrafiłem na przeszkodę w postaci Samuela Stana
-No hej.- przywitał się. Przy okazji poczęstowałem go. Dzięki niemu moje życie będzie dłuższe o te cztery minuty... czy jakoś tak...- Co tam?- Spytał zapalając fajkę
-No nic...
-A co u Ashley?
-Nie wiem. Nie śledzę jej.
-Buziaka Ci dała?- Zachichotał... Tak mi się zdaję, bo przez część mojego życia zastanawiałem się 'Jak się chichocze?' Doszedłem do wniosku, że może być to cichszy, spokojniejszy śmiech, lub taki bardziej stłumiony czy gardłowy.
-Nie. To nie podstawówka. Teraz ludzie się nie całują.
-Tak od razu idą do łóżka.
-A jak nie, to dają numer telefonu.
-A tobie, mój drogi przyjacielu, co zaoferowała?- Kurde! Czy tak trudno się tego domyśleć!?
-Dała mi swój numer.- Powiedziałem powoli i spokojnie, co nie graniczyło z tym co właśnie działo się w mojej głowie. Tak szczerze, to nawet po tak krótkim czasie miałem dosyć wypytywania się o Ashley.
-Podoba ci się?
Nic nie odpowiedziałem. Była fajna: ładna, miła, ale jej nie znałem. Od naszego pierwszego spotkania minął zaledwie jeden dzień (drugie to była tragedia, masakra). Nic specjalnego o tej dziewczynie nie mogłem powiedzieć.
-Nie wiem.- odpowiedziałem. sam figlarnie prychnął.-A co tam u Alex.-Zmieniłem temat.
Łypnął na mnie niepewnie tymi swoimi zielonymi oczami i przeczesał palcami zajebiaszczo kręcone kudły.
Mogłem się tylko domyślać co się dzieje. Może...
-Alex... Ona... w... w ciąży jest- Ben! Spostrzegawczy ty!
Ale Sam nie wiedział co o tym myśleć. To typ młodego, poważnego ( w pewnym stopniu) człowieka. Jego zdaniem facet mający dwadzieścia trzy lata to nie kandydat na potencjalnego ojca. Samuel to obraz nadzwyczajnego realizmu. Jak to powiadał? 'Zycie zaczyna się po trzydziestce... A może nawet trzydziestce piątce'. Tym samym posiadanie własnych pociech... Małych brzdąców, graniczy z rozpoczęciem tego dojrzalszego życia.
-Mam ci gratulować?
-Nie!- Odparł stanowczo- O niczym nie wiesz! Rozumiemy się?
-Oczywiście. Nic mi nie mówiłeś.- zaśmiałem się, czy też zachichotałem... Ale moja mina zbladła, uśmieszek zniknął kiedy sobie przypomniałem, że:
-Muszę znikać.
-Czemu?- posępniał.
-U mnie w salonie leży zalany w trupa kolega ze studiów. Ze swoim kotem! Jak ja nie lubię kotów!- Ostatnie zdanie wyszlochałem.
-Wiem brachu, wiem.- położył rękę na moim ramieniu w geście pocieszenia. Powaga sytuacji nie trwała długo, bo naraz obaj wybuchnęliśmy śmiechem. Co jest gorsze? Rozwydrzony, pijący i ćpający facet, czy wredny, wszędzie się wypróżniający, wiecznie śpiący i żrący, nieznośny kocur?
-To ja jadę. Wpadnij kiedyś. Nie będę musiał sam z nimi siedzieć.
-No spoko. Postaram się. Do zobaczenia.
-Cześć. Trzymaj się.
Wsiadł do swojego auta. Jego było o wiele droższe od mojego, chociaż, że w swój wcisnąłem trochę więcej kaski niż miałem zamiar. Planowałem kupić taniego busa, ale po długich namysłach uznałem, że potrzebuję czegoś mniejszego, ale także wydajnego, pojemnego i dość odjazdowego, więc wybrałem ten samochód. Jak już mówiłem: Zakup tego auta wyszczuplił trochę (ale tak tylko troszeczkę.O! Taką | | ciupeńkę ) mój portfel, ale najważniejsze jest to, że dobrze się spisuje i , że jestem z niego zadowolony. Także grzecznie wsiadłem do swojego Hyundaiusia i oddaliłem się z myślą o męczarniach jakie będzie dane mi przeżyć z Nathanem i 'synem'. Jak to miał w zwyczaju gadać.
*** *** *** *** *** *** *** *** ***
-Okej masz!- rzuciłem w Nat'a tym zimnym, ohydnym piwskiem.
-Dzięki. Jesteś dobrym człowiekiem- mruknął nie patrząc na mnie.
Chłopie! Uwierz mi, że nie jestem dobrym człowiekiem. Mieszkając ze mną będziesz chodził jak w zegarku. Tak. Srytyty. Ben zmęczony...
-Idę spać. Tobie też radzę.
-Ja sobie tu poleniuchuję, pooglądam. No- Mówił cicho.
- Robisz z siebie kompletnego durnia- mruknąłem tak, żeby nie usłyszał i zamknąłem się w swoim pokoju. Pierwsze co zobaczyłem to leżący na ziemi telefon. Pozbierałem jego części: Obudowę, baterię i klapkę. Włączyłem. Nic mu nie jest! Żyje! Ma się dobrze, a nawet świetnie o czym dał znać dźwięk nieodebranego połączenia i SMS od pewnej miłej osoby. Padłem się na łóżko i zamiast iść spać- Jak to miałem w zamiarze- odpisałem Ashley na wiadomość. Typu ' Hej. Jak się spało'. Albo czekała jak na szpilkach na moją odpowiedź, albo miała telefon akurat pod ręką, bo odpisała mi szybko. I tak spędziłem połowę dnia. Na czerpaniu limitu na darmowe SMS. Pisało się bardzo miło, więc nie pożałowałem.
Widok Bernard'a bijącego Susie przeraża mnie całkowicie... Nie mogę nic zrobić moje ręce stalowo są przywiązane do do belek. Za nic nie mogę się wydostać. Moje ciało wyczerpane, wygłodzone, bezsilne nie współpracuje z moimi zamierzeniami. Na chwilę tracę przytomność... Susanne leży na łóżku przytomna, lecz poobijana i zaszlochana. Po moich plecach przechodzi ostry ból spowodowany mocnym uderzeniem. Opiekun wpada w szał. Katuje mnie mając z tego beztroską zabawę. Po paru uderzeniach podchodzi do dziewczyny. Przyciska jej twarz do pościeli, owija sznur w okół jej szyi. Klęcząc za nią...
Krzyk wydobywający się z mojego gardła mógłby obudzić każdego mieszkającego ze mną osobnika. Każdego oprócz takiego pijanego. Musiałem zasnąć, bo przecież nic nie dzieje się dwa razy identycznie, tym bardziej jeśli biorą w tym wydarzeniu udział osoby już nieżyjące i miejmy nadzieję spoczywające w spokoju. Zazwyczaj na wspomnienie tego strasznego wydarzenia dopada mnie atak paniki, ale ostatnio nie koniecznie, a myślałem o tym bardzo często.
Telefon pokazywał dwie nieodebrane wiadomości. Obydwie od Ashley. Jena w odpowiedzi na moje pytanie, druga 'Miłych snów'. Ash... Twoje życzenie się nie spełniło, ale :
'Dziękuję :D' Odpisałem jej. Ta parogodzinna rozmowa spowodowała, że moje wyobrażenia o charakterze tej dziewczyny były jeszcze lepsze i do jej opisu doszło jeszcze parę dobrych jaki i tych gorszych, ale nie złych cech. Tych dobrych było więcej. Dziewczyna była dobra, uczynna, zwariowana, ale uparta. Mieszanka wprost wspaniała. Za pięć godzin czekała mnie sześciogodzinna, nocna zmiana w szpitalu.
13.10.2013
Mam nadzieję, że ten rozdział się spodobał. Nie zwlekałam już tak z jego dodaniem. :) O! 16:16 <3
Pozdrawiam miłego wieczoru! ;)
Zostawię Was z :
Nathan' em Xd
Co prawda pijanego nie powinno się jeszcze bardziej upijać, ale... jestem Włochem. W genach mam olewanie...
-Nie mam.
-To idź po...- Opluł się... Zgodziłem się, bo nie za bardzo chciałem patrzeć na Nathan'a takim stanie.
Sklep był na drugim końcu miasta. Mogłem iść do monopolowego za rogiem, ale... trzeba było zrobić zakupy... rozmyślenia normalnego obywatela.
Wsiadłem do swojego Hyundai'a ix35 i ruszyłem.
Poszedłem do kasy, wypakowałem zakupy na taśmę i poprosiłem sprzedawczynię o paczkę papierosów.
-Przepraszam, ale nie mogę Ci tego sprzedać.
-Dlaczego? - mój głos zniżył się o oktawę, a brwi wspięły się na czoło.
-Nieletnim nie sprzedajemy nikotyny i alkoholu.- Czy w moim życiu nie pojawia się bardzo często słowo alkohol, alkoholik itd? I czy aż tak młodo wyglądam!?
Zaśmiałem się i wyciągnąłem dowód. Jakoś tak moją uwagę przykuły szepty zniecierpliwionych klientów.
Na dowodzie jak byk było napisane 1990 rok. To chyba oznaczało, że jakiś czas temu skończyłem osiemnaście lat...
-No dobrze.- ulżyło jej kiedy zobaczyła mój dowód, grzecznie się uciszyła i podała mi porcję mojej ukochanej nikotyny
Wychodząc z supermarketu natrafiłem na przeszkodę w postaci Samuela Stana
-No hej.- przywitał się. Przy okazji poczęstowałem go. Dzięki niemu moje życie będzie dłuższe o te cztery minuty... czy jakoś tak...- Co tam?- Spytał zapalając fajkę
-No nic...
-A co u Ashley?
-Nie wiem. Nie śledzę jej.
-Buziaka Ci dała?- Zachichotał... Tak mi się zdaję, bo przez część mojego życia zastanawiałem się 'Jak się chichocze?' Doszedłem do wniosku, że może być to cichszy, spokojniejszy śmiech, lub taki bardziej stłumiony czy gardłowy.
-Nie. To nie podstawówka. Teraz ludzie się nie całują.
-Tak od razu idą do łóżka.
-A jak nie, to dają numer telefonu.
-A tobie, mój drogi przyjacielu, co zaoferowała?- Kurde! Czy tak trudno się tego domyśleć!?
-Dała mi swój numer.- Powiedziałem powoli i spokojnie, co nie graniczyło z tym co właśnie działo się w mojej głowie. Tak szczerze, to nawet po tak krótkim czasie miałem dosyć wypytywania się o Ashley.
-Podoba ci się?
Nic nie odpowiedziałem. Była fajna: ładna, miła, ale jej nie znałem. Od naszego pierwszego spotkania minął zaledwie jeden dzień (drugie to była tragedia, masakra). Nic specjalnego o tej dziewczynie nie mogłem powiedzieć.
-Nie wiem.- odpowiedziałem. sam figlarnie prychnął.-A co tam u Alex.-Zmieniłem temat.
Łypnął na mnie niepewnie tymi swoimi zielonymi oczami i przeczesał palcami zajebiaszczo kręcone kudły.
Mogłem się tylko domyślać co się dzieje. Może...
-Alex... Ona... w... w ciąży jest- Ben! Spostrzegawczy ty!
Ale Sam nie wiedział co o tym myśleć. To typ młodego, poważnego ( w pewnym stopniu) człowieka. Jego zdaniem facet mający dwadzieścia trzy lata to nie kandydat na potencjalnego ojca. Samuel to obraz nadzwyczajnego realizmu. Jak to powiadał? 'Zycie zaczyna się po trzydziestce... A może nawet trzydziestce piątce'. Tym samym posiadanie własnych pociech... Małych brzdąców, graniczy z rozpoczęciem tego dojrzalszego życia.
-Mam ci gratulować?
-Nie!- Odparł stanowczo- O niczym nie wiesz! Rozumiemy się?
-Oczywiście. Nic mi nie mówiłeś.- zaśmiałem się, czy też zachichotałem... Ale moja mina zbladła, uśmieszek zniknął kiedy sobie przypomniałem, że:
-Muszę znikać.
-Czemu?- posępniał.
-U mnie w salonie leży zalany w trupa kolega ze studiów. Ze swoim kotem! Jak ja nie lubię kotów!- Ostatnie zdanie wyszlochałem.
-Wiem brachu, wiem.- położył rękę na moim ramieniu w geście pocieszenia. Powaga sytuacji nie trwała długo, bo naraz obaj wybuchnęliśmy śmiechem. Co jest gorsze? Rozwydrzony, pijący i ćpający facet, czy wredny, wszędzie się wypróżniający, wiecznie śpiący i żrący, nieznośny kocur?
-To ja jadę. Wpadnij kiedyś. Nie będę musiał sam z nimi siedzieć.
-No spoko. Postaram się. Do zobaczenia.
-Cześć. Trzymaj się.
Wsiadł do swojego auta. Jego było o wiele droższe od mojego, chociaż, że w swój wcisnąłem trochę więcej kaski niż miałem zamiar. Planowałem kupić taniego busa, ale po długich namysłach uznałem, że potrzebuję czegoś mniejszego, ale także wydajnego, pojemnego i dość odjazdowego, więc wybrałem ten samochód. Jak już mówiłem: Zakup tego auta wyszczuplił trochę (ale tak tylko troszeczkę.O! Taką | | ciupeńkę ) mój portfel, ale najważniejsze jest to, że dobrze się spisuje i , że jestem z niego zadowolony. Także grzecznie wsiadłem do swojego Hyundaiusia i oddaliłem się z myślą o męczarniach jakie będzie dane mi przeżyć z Nathanem i 'synem'. Jak to miał w zwyczaju gadać.
*** *** *** *** *** *** *** *** ***
-Okej masz!- rzuciłem w Nat'a tym zimnym, ohydnym piwskiem.
-Dzięki. Jesteś dobrym człowiekiem- mruknął nie patrząc na mnie.
Chłopie! Uwierz mi, że nie jestem dobrym człowiekiem. Mieszkając ze mną będziesz chodził jak w zegarku. Tak. Srytyty. Ben zmęczony...
-Idę spać. Tobie też radzę.
-Ja sobie tu poleniuchuję, pooglądam. No- Mówił cicho.
- Robisz z siebie kompletnego durnia- mruknąłem tak, żeby nie usłyszał i zamknąłem się w swoim pokoju. Pierwsze co zobaczyłem to leżący na ziemi telefon. Pozbierałem jego części: Obudowę, baterię i klapkę. Włączyłem. Nic mu nie jest! Żyje! Ma się dobrze, a nawet świetnie o czym dał znać dźwięk nieodebranego połączenia i SMS od pewnej miłej osoby. Padłem się na łóżko i zamiast iść spać- Jak to miałem w zamiarze- odpisałem Ashley na wiadomość. Typu ' Hej. Jak się spało'. Albo czekała jak na szpilkach na moją odpowiedź, albo miała telefon akurat pod ręką, bo odpisała mi szybko. I tak spędziłem połowę dnia. Na czerpaniu limitu na darmowe SMS. Pisało się bardzo miło, więc nie pożałowałem.
Widok Bernard'a bijącego Susie przeraża mnie całkowicie... Nie mogę nic zrobić moje ręce stalowo są przywiązane do do belek. Za nic nie mogę się wydostać. Moje ciało wyczerpane, wygłodzone, bezsilne nie współpracuje z moimi zamierzeniami. Na chwilę tracę przytomność... Susanne leży na łóżku przytomna, lecz poobijana i zaszlochana. Po moich plecach przechodzi ostry ból spowodowany mocnym uderzeniem. Opiekun wpada w szał. Katuje mnie mając z tego beztroską zabawę. Po paru uderzeniach podchodzi do dziewczyny. Przyciska jej twarz do pościeli, owija sznur w okół jej szyi. Klęcząc za nią...
Krzyk wydobywający się z mojego gardła mógłby obudzić każdego mieszkającego ze mną osobnika. Każdego oprócz takiego pijanego. Musiałem zasnąć, bo przecież nic nie dzieje się dwa razy identycznie, tym bardziej jeśli biorą w tym wydarzeniu udział osoby już nieżyjące i miejmy nadzieję spoczywające w spokoju. Zazwyczaj na wspomnienie tego strasznego wydarzenia dopada mnie atak paniki, ale ostatnio nie koniecznie, a myślałem o tym bardzo często.
Telefon pokazywał dwie nieodebrane wiadomości. Obydwie od Ashley. Jena w odpowiedzi na moje pytanie, druga 'Miłych snów'. Ash... Twoje życzenie się nie spełniło, ale :
'Dziękuję :D' Odpisałem jej. Ta parogodzinna rozmowa spowodowała, że moje wyobrażenia o charakterze tej dziewczyny były jeszcze lepsze i do jej opisu doszło jeszcze parę dobrych jaki i tych gorszych, ale nie złych cech. Tych dobrych było więcej. Dziewczyna była dobra, uczynna, zwariowana, ale uparta. Mieszanka wprost wspaniała. Za pięć godzin czekała mnie sześciogodzinna, nocna zmiana w szpitalu.
13.10.2013
Mam nadzieję, że ten rozdział się spodobał. Nie zwlekałam już tak z jego dodaniem. :) O! 16:16 <3
Pozdrawiam miłego wieczoru! ;)
Zostawię Was z :
Nathan' em Xd
Alex:
No i tradycyjnie naszego bohatera, ale z Samem :D
piątek, 11 października 2013
III Rozdział
Wymieniałem się z Ashley numerami. Nie wiem za co go dostałem.... Za to, że zniszczyłem jej ciuch. tak czy inaczej: Schlebiało mi to!
Wróciłem do domu około 3 nad ranem. W holu stało pełno kartonów, których nie miałem czasu rozpakować. W moim pokoju z resztą też było ich sporo: Ciuchy, pościel, zdjęcia, pamiątki i inne pierdoły. na dnie jednego z pudeł leży SIG 9 mm. A w składziku gdzie jest już totalny rozpiźdźel Odpoczywa sobie Marlin.
Zrobiłem sobie późną kolację, wziąłem prysznic i glebłem się na łóżko. Nie było najwygodniejsze, ale wygodny wydawał się nawet beton o 3 nad ranem... Teraz już w pół do 4... Zasnąłem błyskawicznie, ale szósta rano!!! Budzik ustawiony... No ożeż jebany!!! Najgorsze było to, że nie mogłem go wyłączyć, bo się zawiesił!!! Z nerwów złapałem go i z całej siły rzuciłem w kąt. jak ja nienawidzę swojego życia!!! Na cholerę ja jeszczę istnieję... ... ... ... Tak! Brawo debilu!Obudził Cię budzik, a ty rozpaczasz nad sensem swojej egzystencji, która przez to wydawała się jeszcze bardziej bezsensowna! Przez tego jebacza nie mogłem już zasnąć, chociaż byłem całkowicie śpiący! Skierowałem kurs na kuchnię, by tam przywitać jeden z siedmiu cudów świata (?) kawę.
Delektowanie się tym napojem Bogów przerwał mi odgłos przewracających się stalowych prętów w moim składziku. Z kamiennym wyrazem twarzy podszedłem do jednego z pudeł i wziąłem moją hantle. Moja dłoń znalazła się na klamce, kiedy ją przekręciłem drzwi się uchyliły, a to co zobaczyłem w środku załamało mnie całkowicie.
Nathan- Mój były współlokator, z którym studiowałem. Po studiach wyprowadziłem się do Kennewick, więc straciłem z nim kontakt. Życie z tym człowiekiem było jedną z najtrudniejszych na świecie. Imprezuje, zaprasza na noc dziewczyny ( co najmniej dwie na jedną noc...) i ma kota. Z którym teraz leżał zalany w trupa. Buszował kocur.
Nie wiem: jak można skończyć nauki ścisłe i nic z tym nie robić. Nat z tego co wiem: pracuje na stacji benzynowej, bo nie chce mu się starać. I najwyraźniej wyrzucili go z mieszkania. Znając go nie płacił czynszu.
Nathan był alkoholikiem. Do tego ćpał. Nie wiem co...
Kiedy chciałem podnieść nieprzytomnego starego znajomego, jego głupi kot prychnął na mnie i podrapał moją dłoń.
-Wykurwiaj idioto!- warknąłem
-Nie wyzywaj mojego syna!- zabełkotał dotykając mojego ramienia.
-Tak, tak. a teraz chodź.
-A kot?
Westchnąłem. Zjem go- pomyślałem.
-Będzie cały czas w domu. Chodź położysz się.
Nathan nijak nie pomagał mi zawlec siebie do salonu, a kot plątał się pod nogami jakby miał w dupie wiatraczek.
Zmęczony wziąłem w końcu na ręce upitego i zaniosłem tam gdzie w danym momencie było jego miejsce.
-A masz piwo?
-Dobrze wiesz, że nie piję.
-No ale... Piwko to witaminy, a jakie czyni cuda...
Wywróciłem oczami i przestałem go słuchać. Nie za bardzo interesowało mnie jakie alkohol czyni cuda. Jeśli potrafi teleportować do składzików w Kennewick... to można nazwać to cudem.
Włączyłem poranne CNN.
Nic ciekawego... lub raczej nowego: Napady, śmierć, skandal. To co zawsze w Stanach. We Włoszech nie często można było spotkać tak kompetentnych dziennikarzy jak tutaj. Tam większa część społeczeństwa nie wtrącała się w sprawy innych. Włochy to kraj bez seryjnych morderców- Może w pewnym sensie
Bo oni byli, są... są na całym świecie, ale- kiedy zabijali nie często ponosili jakiekolwiek konsekwencje. Taki już kraj. Obojętny na cudze sprawy. Może z jednej strony to dobrze. Ma się własne życie i nikt ci się nie wtrąca, ale z drugiej... W razie potrzeby nie ma kto pomóc, bo właściwie nikogo nie interesuj, że cierpisz. Chrzanią wszystko i patrzą na swój własny tyłek.
-Ben... - pewnie wołał mnie już od dość dłuższego czasu, bo był wyraźnie zniecierpliwiony.
-No co? - mruknąłem
... ... ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ...
11.10.2013
Okej. Jest późno.(dzisiaj wstałam o szóstej :D) Krótki. Wiem, ale za jakiś czas będzie nowy. I z następnym rozdziałem nie będę zwlekać tak długo jak z tym... Okej...
Tu zastawiam Ashley:
Wróciłem do domu około 3 nad ranem. W holu stało pełno kartonów, których nie miałem czasu rozpakować. W moim pokoju z resztą też było ich sporo: Ciuchy, pościel, zdjęcia, pamiątki i inne pierdoły. na dnie jednego z pudeł leży SIG 9 mm. A w składziku gdzie jest już totalny rozpiźdźel Odpoczywa sobie Marlin.
Zrobiłem sobie późną kolację, wziąłem prysznic i glebłem się na łóżko. Nie było najwygodniejsze, ale wygodny wydawał się nawet beton o 3 nad ranem... Teraz już w pół do 4... Zasnąłem błyskawicznie, ale szósta rano!!! Budzik ustawiony... No ożeż jebany!!! Najgorsze było to, że nie mogłem go wyłączyć, bo się zawiesił!!! Z nerwów złapałem go i z całej siły rzuciłem w kąt. jak ja nienawidzę swojego życia!!! Na cholerę ja jeszczę istnieję... ... ... ... Tak! Brawo debilu!Obudził Cię budzik, a ty rozpaczasz nad sensem swojej egzystencji, która przez to wydawała się jeszcze bardziej bezsensowna! Przez tego jebacza nie mogłem już zasnąć, chociaż byłem całkowicie śpiący! Skierowałem kurs na kuchnię, by tam przywitać jeden z siedmiu cudów świata (?) kawę.
Delektowanie się tym napojem Bogów przerwał mi odgłos przewracających się stalowych prętów w moim składziku. Z kamiennym wyrazem twarzy podszedłem do jednego z pudeł i wziąłem moją hantle. Moja dłoń znalazła się na klamce, kiedy ją przekręciłem drzwi się uchyliły, a to co zobaczyłem w środku załamało mnie całkowicie.
Nathan- Mój były współlokator, z którym studiowałem. Po studiach wyprowadziłem się do Kennewick, więc straciłem z nim kontakt. Życie z tym człowiekiem było jedną z najtrudniejszych na świecie. Imprezuje, zaprasza na noc dziewczyny ( co najmniej dwie na jedną noc...) i ma kota. Z którym teraz leżał zalany w trupa. Buszował kocur.
Nie wiem: jak można skończyć nauki ścisłe i nic z tym nie robić. Nat z tego co wiem: pracuje na stacji benzynowej, bo nie chce mu się starać. I najwyraźniej wyrzucili go z mieszkania. Znając go nie płacił czynszu.
Nathan był alkoholikiem. Do tego ćpał. Nie wiem co...
Kiedy chciałem podnieść nieprzytomnego starego znajomego, jego głupi kot prychnął na mnie i podrapał moją dłoń.
-Wykurwiaj idioto!- warknąłem
-Nie wyzywaj mojego syna!- zabełkotał dotykając mojego ramienia.
-Tak, tak. a teraz chodź.
-A kot?
Westchnąłem. Zjem go- pomyślałem.
-Będzie cały czas w domu. Chodź położysz się.
Nathan nijak nie pomagał mi zawlec siebie do salonu, a kot plątał się pod nogami jakby miał w dupie wiatraczek.
Zmęczony wziąłem w końcu na ręce upitego i zaniosłem tam gdzie w danym momencie było jego miejsce.
-A masz piwo?
-Dobrze wiesz, że nie piję.
-No ale... Piwko to witaminy, a jakie czyni cuda...
Wywróciłem oczami i przestałem go słuchać. Nie za bardzo interesowało mnie jakie alkohol czyni cuda. Jeśli potrafi teleportować do składzików w Kennewick... to można nazwać to cudem.
Włączyłem poranne CNN.
Nic ciekawego... lub raczej nowego: Napady, śmierć, skandal. To co zawsze w Stanach. We Włoszech nie często można było spotkać tak kompetentnych dziennikarzy jak tutaj. Tam większa część społeczeństwa nie wtrącała się w sprawy innych. Włochy to kraj bez seryjnych morderców- Może w pewnym sensie
Bo oni byli, są... są na całym świecie, ale- kiedy zabijali nie często ponosili jakiekolwiek konsekwencje. Taki już kraj. Obojętny na cudze sprawy. Może z jednej strony to dobrze. Ma się własne życie i nikt ci się nie wtrąca, ale z drugiej... W razie potrzeby nie ma kto pomóc, bo właściwie nikogo nie interesuj, że cierpisz. Chrzanią wszystko i patrzą na swój własny tyłek.
-Ben... - pewnie wołał mnie już od dość dłuższego czasu, bo był wyraźnie zniecierpliwiony.
-No co? - mruknąłem
... ... ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ...
11.10.2013
Okej. Jest późno.(dzisiaj wstałam o szóstej :D) Krótki. Wiem, ale za jakiś czas będzie nowy. I z następnym rozdziałem nie będę zwlekać tak długo jak z tym... Okej...
Tu zastawiam Ashley:
Oczywiście Ben'a:
I Samuela, który miał mieć na imię Robert, ta jak ma na imię aktor , na którego podstawie opisuję Sam'a, ale... No <ŁAP>
Do zobaczenia i dobranoc. :)
niedziela, 29 września 2013
II Rozdział
-Przepraszam.- odezwała się dziewczyna, kiedy miałem zapalać następnego papierosa. Znajdowałem się teraz na bardziej opustoszałej ulicy Kennewick.
- Nie gniewam się - była ode mnie o wiele niższa, ale wysoka. To ja byłem przerośnięty. Miała szare, duże oczy, brązowe włosy. Jej twarz była drobna i perześliczna. Piękna wydawała się zajmować mniej miejsca, niż było to jej dane.
-Miałam taką nadzieję- przerwała na chwilę i spojrzała w górę na moją twarz- Chciałam się tylko spytać...Gdzie znajduje się Uniwersytet Kennewic? Dostałam złą lokalizację, bo nie wydaje mi się, żeby był na tej ulicy- rozejrzała się dookoła.
-Nie. Uniwersytet Kennedie'go jest na ulicy o tej samej nazwie. W centrum miasta.
-To trochę się przejdę.
-Mógłbym panią odprowadzić.
-Nie dziękuję.- I wtedy przypomniałem sobie ja ja wyglądam. Tatuaże, czarne ciuchy, fajka w dłoni. Na pewno będzie chciała ze mną iść.
-Jestem Ben- mój ryj wyprzedził mózg, który się chyba dzisiaj naprawdę spóźniał.
-Ashley- wyciągnęła do mnie dłoń. Uścisnąłem ją przy okazji wyrzucając pata. Muszę rzucić palenie... Kiedyś.
-Miło mi. Co studiujesz?- Spytałem... Tym razem udzieliłem się świadomie. Najwyraźniej mózg łapał zasięg.
-Amerykanistykę. A Ty?
-Studiuję medycynę.
-O! I jaka specjalność, panie doktorze?
-Ortopedia.- Wymruczałem po nosem.
Mój telefon zadzwonił.
-Przepraszam.
-Nie gniewam się- zacytowała mnie.
Obdarzyłem ją najpiękniejszym uśmiechem jaki mama z tatą mi podarowali.
-Halo?- odebrałem.
-Ben! Metalowy kutafonie! Gdzie Ty!- Było go chyba słychać na końcu ulicy, wiec odsunąłem telefon od ucha.
-Minęła już godzina?
-Ta! nawet półtorej!- tak jakoś ból gardła mu przeszedł. Mam nadzieję, że się bardzo wysila.
-Kurcze Sam. Przepraszam!
-Co ty robiłeś tak długo?-Na serio był nie źle wkurzony.
-Palił fajki...- oznajmiła Ashley
-Aaa... Laski wyrywałeś?- od razu wrócił mu humorek.
-Weź spieprzaj.- przekrzyczałem jego durnowato-durnowaty śmiech i się rozłączyłem- Muszę znikać. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.
-Do zobaczenia... A ile masz lat?- spytała trochę zakłopotana
-Dwadzieścia trzy.
-Wyglądasz starzej, dlatego pyta,. Trochę więcej niż ja.- Uniosłem brwi w niemym 'Ile?'- Mam dziewiętnaście
-Fajny wiek.- Sprostowałem- Miłego wieczoru.
-Nawzajem.- Pomachała na pożegnanie, a ja puściłem do niej perskie oko. Jej policzki zalały się rumieńcem.
Wow! Miła, ładna... naprawdę mi się spodobała. Ktoś od wielu, wielu lat naprawdę mi się spodobał.
- Nie gniewam się - była ode mnie o wiele niższa, ale wysoka. To ja byłem przerośnięty. Miała szare, duże oczy, brązowe włosy. Jej twarz była drobna i perześliczna. Piękna wydawała się zajmować mniej miejsca, niż było to jej dane.
-Miałam taką nadzieję- przerwała na chwilę i spojrzała w górę na moją twarz- Chciałam się tylko spytać...Gdzie znajduje się Uniwersytet Kennewic? Dostałam złą lokalizację, bo nie wydaje mi się, żeby był na tej ulicy- rozejrzała się dookoła.
-Nie. Uniwersytet Kennedie'go jest na ulicy o tej samej nazwie. W centrum miasta.
-To trochę się przejdę.
-Mógłbym panią odprowadzić.
-Nie dziękuję.- I wtedy przypomniałem sobie ja ja wyglądam. Tatuaże, czarne ciuchy, fajka w dłoni. Na pewno będzie chciała ze mną iść.
-Jestem Ben- mój ryj wyprzedził mózg, który się chyba dzisiaj naprawdę spóźniał.
-Ashley- wyciągnęła do mnie dłoń. Uścisnąłem ją przy okazji wyrzucając pata. Muszę rzucić palenie... Kiedyś.
-Miło mi. Co studiujesz?- Spytałem... Tym razem udzieliłem się świadomie. Najwyraźniej mózg łapał zasięg.
-Amerykanistykę. A Ty?
-Studiuję medycynę.
-O! I jaka specjalność, panie doktorze?
-Ortopedia.- Wymruczałem po nosem.
Mój telefon zadzwonił.
-Przepraszam.
-Nie gniewam się- zacytowała mnie.
Obdarzyłem ją najpiękniejszym uśmiechem jaki mama z tatą mi podarowali.
-Halo?- odebrałem.
-Ben! Metalowy kutafonie! Gdzie Ty!- Było go chyba słychać na końcu ulicy, wiec odsunąłem telefon od ucha.
-Minęła już godzina?
-Ta! nawet półtorej!- tak jakoś ból gardła mu przeszedł. Mam nadzieję, że się bardzo wysila.
-Kurcze Sam. Przepraszam!
-Co ty robiłeś tak długo?-Na serio był nie źle wkurzony.
-Palił fajki...- oznajmiła Ashley
-Aaa... Laski wyrywałeś?- od razu wrócił mu humorek.
-Weź spieprzaj.- przekrzyczałem jego durnowato-durnowaty śmiech i się rozłączyłem- Muszę znikać. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.
-Do zobaczenia... A ile masz lat?- spytała trochę zakłopotana
-Dwadzieścia trzy.
-Wyglądasz starzej, dlatego pyta,. Trochę więcej niż ja.- Uniosłem brwi w niemym 'Ile?'- Mam dziewiętnaście
-Fajny wiek.- Sprostowałem- Miłego wieczoru.
-Nawzajem.- Pomachała na pożegnanie, a ja puściłem do niej perskie oko. Jej policzki zalały się rumieńcem.
Wow! Miła, ładna... naprawdę mi się spodobała. Ktoś od wielu, wielu lat naprawdę mi się spodobał.
* * *
W barze siedziała już dość spora liczba osób. Wszedłem na zaplecze.
-No heej!- powiedział Sam szczerze ucieszony.- No co tam?
-Nic. Chodźmy grać- odpowiedziałem ponuro.
-Nic mi nie opowiesz?
- Uno: Nie mam o czym ci opowiadać. Due: Później. A teraz weź swój szanowny culo na scenę!
Idąc tam, Samuel śmiał się w niebo głosy i zawołał 'Wiedziałem!'
To był mój pierwszy występ przed szerszą publicznością i taką, która nie składała się z personelu baru.
Plan był taki: Gramy jeden utwór, idę pomóc tej jednej, biednej kelnereczce, utwór, kelner: Itd:.
Wszedłem an scenę.
-'My own summer'- Szepnął Andre. Deftones :)
Przytaknąłem głową w geście zrozumienia i przywitałem się z gośćmi. Chłopcy i Alex zaczęli grać. Andre na gitarze elektrycznej, Alex na basie, a Sam: perkusja. Piosenka była wolna, ale podczas śpiewania refrenu musiałem wysilić swoje struny głosowe, musiałem się troszkę nakrzyczeć. Za to zwrotki dały mi odetchnąć.
Skończyliśmy, widownia zabiła brawo... Pobiegłem szybko ubrać tą jebaną koszulę. Na dodatek białą i ruszyłem obsługiwać zgraję wykwintniaków ale i tych alkoholików. Kobiety i niektórzy faceci byli mili, ale ci...hm... menelo-podobni dawali w kość.
Kiedy jeden z nich wyzwał mnie od pedałów ruszyłem w jego stronę, aby wytknąć mu, że jest tępym chujem, ale przeszkodziło mi w tym drobne ciałko, na które wylałem wyjebanego w kosmos rozmiarami, różowego drinka.
-O kuuwa! Przepraszam!- spojrzałem na poszkodowanego osobnika... płci żeńskiej... o imieniu Ashley.,
- Znaczy się... O... kurczę. Przepraszam
-Nie gniewam się - popatrzyła na swoją bluzkę, która była niegdyś niebieska.
-Chodź- wziąłem ją za rękę i pociągnąłem na zaplecze. Z tą wpadką było trochę 'halo!', bo nie przesadzałem z rozmiarami napoju. Na serio był zarąbiście wielki. Nie wiem kto produkuje dwudziestopięcio centymetrowe szklanki, ale na prawdę musiał mieć poprzewracane w makówce. W całej sytuacji ucierpiały jeszcze jej włosy.- Dam Ci coś na przebranie.
-Ben. Co jest?- Sam zachrypiał wkraczając 'na plan'. Tak szczerze to byłem uradowany z tego, że się pojawił, bo tak na prawdę to ie miałem zielonego pojęcia co jej dać.
Jego wzrok wędrował z mnie na Ashley, z Ashley na mnie.
-Jestem chujowym kelnerem- stwierdziłem i poczułem jak na moje policzki spływa ciepło.
-Nie... To ja nie patrzyłam gdzie idę.
-Okej. Mniejsza- odchrząknął- No to Curse... Daj pani koszulę, bo wziąłeś ostatnią...
-To co to...
-Nie przerywaj mi. Ubierz swój T-shirt, a pani daj koszulę. Nie sądzę, żebyś miał zamiar wracać w tym do domu.
-Może ja się potaplam w gównie- mruknąłem pod nosem.
-Słucham?
-Nie powiedziałem nic specjalnego...
Patrzył na mnie wyczekująco, a ja uświadomiłem sobie dopiero teraz, że mam ściągnąć koszulę. Tu, w tej chwili, w tym pomieszczeniu, przy tych dwóch osobach, a mojemu durnemu móżdżkowi przyszły na myśl poharatane plecy. Dzięki mózgu!
Nikt z kim jeszcze utrzymuję kontakty nie widział tych czerwonych pasów na tylnej części mojego tułowia.
-No umięśniony jesteś! Rozbieraj się- popędził mnie wesoło
-Tak ci na tym zależy?- podpuściłem przyjaciela, który w odpowiedzi wywrócił tylko oczami. tak czy inaczej nie chętnie zacząłem rozpinać guziki. Jak najdyskretniej się dało snąłem przy ścianie, aby ani Samuel, ani Ashley nie zobaczyli pleców.
Podałem dziewczynie ciuch. Przez parę krótkich sekund wpatrywała się w moje Obnażone Ciało ;)
Zastanawiałem się czy powodem były mięśnie, czy malutkie wypukłe blizny koloru bardzo cielistego. Tak czy siak szybko się ocknęła i poszła do łazienki.
-Znasz ją?- Spytał Samuel
- Tak. Poznałem ją dzisiaj na przerwie po próbie.- odparłem zniecierpliwiony- Podasz mi koszulkę. Proszę.
-Sam nie możesz?
Wpatrywałem się tępo w podłogę. Moje zachowanie musiało mu się wydawać dziwne... I głupie, bo koszulka leżała parę metrów na stole przede mną. Uniósł brwi w niemym 'No co?' Przeszedł mnie dreszcz, ale ruszyłem po tą cholerną koszulkę. Schyliłem się i poczułem na sobie wzrok Samuela.
-Co ci się stało?- dotknął dłonią moich pleców.
Zareagowałem nadzwyczaj szybko:
-Nie dotykaj!- warknąłem odsuwając się, tym samym strzepując z siebie jego dłoń.
-Sorry- uniósł ręce do góry jak to się zazwyczaj odruchowo robi. Włożyłem na siebie T-shirt i przez resztę wieczoru nie patrzyłem na Sam'a. Nie próbował wypytywać się o blizny, ale wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał mu o tym powiedzieć.Był moim najlepszym przyjacielem. Miał przecież prawo wiedzieć co mi jest.. Nigdy nie powiedziałem mu skąd moja depresja. Wiedział tylko, że moi rodzice i siostra umarli bardzo dawno temu. ( No... Może nie aż tak bardzo.)
29.09.2013
Okej! Uniwersytet jest wymyślony, bo w Kennewick nie ma uczelni. Proszę następny rozdział :) Może jakiś gif?
-Ben. Co jest?- Sam zachrypiał wkraczając 'na plan'. Tak szczerze to byłem uradowany z tego, że się pojawił, bo tak na prawdę to ie miałem zielonego pojęcia co jej dać.
Jego wzrok wędrował z mnie na Ashley, z Ashley na mnie.
-Jestem chujowym kelnerem- stwierdziłem i poczułem jak na moje policzki spływa ciepło.
-Nie... To ja nie patrzyłam gdzie idę.
-Okej. Mniejsza- odchrząknął- No to Curse... Daj pani koszulę, bo wziąłeś ostatnią...
-To co to...
-Nie przerywaj mi. Ubierz swój T-shirt, a pani daj koszulę. Nie sądzę, żebyś miał zamiar wracać w tym do domu.
-Może ja się potaplam w gównie- mruknąłem pod nosem.
-Słucham?
-Nie powiedziałem nic specjalnego...
Patrzył na mnie wyczekująco, a ja uświadomiłem sobie dopiero teraz, że mam ściągnąć koszulę. Tu, w tej chwili, w tym pomieszczeniu, przy tych dwóch osobach, a mojemu durnemu móżdżkowi przyszły na myśl poharatane plecy. Dzięki mózgu!
Nikt z kim jeszcze utrzymuję kontakty nie widział tych czerwonych pasów na tylnej części mojego tułowia.
-No umięśniony jesteś! Rozbieraj się- popędził mnie wesoło
-Tak ci na tym zależy?- podpuściłem przyjaciela, który w odpowiedzi wywrócił tylko oczami. tak czy inaczej nie chętnie zacząłem rozpinać guziki. Jak najdyskretniej się dało snąłem przy ścianie, aby ani Samuel, ani Ashley nie zobaczyli pleców.
Podałem dziewczynie ciuch. Przez parę krótkich sekund wpatrywała się w moje Obnażone Ciało ;)
Zastanawiałem się czy powodem były mięśnie, czy malutkie wypukłe blizny koloru bardzo cielistego. Tak czy siak szybko się ocknęła i poszła do łazienki.
-Znasz ją?- Spytał Samuel
- Tak. Poznałem ją dzisiaj na przerwie po próbie.- odparłem zniecierpliwiony- Podasz mi koszulkę. Proszę.
-Sam nie możesz?
Wpatrywałem się tępo w podłogę. Moje zachowanie musiało mu się wydawać dziwne... I głupie, bo koszulka leżała parę metrów na stole przede mną. Uniósł brwi w niemym 'No co?' Przeszedł mnie dreszcz, ale ruszyłem po tą cholerną koszulkę. Schyliłem się i poczułem na sobie wzrok Samuela.
-Co ci się stało?- dotknął dłonią moich pleców.
Zareagowałem nadzwyczaj szybko:
-Nie dotykaj!- warknąłem odsuwając się, tym samym strzepując z siebie jego dłoń.
-Sorry- uniósł ręce do góry jak to się zazwyczaj odruchowo robi. Włożyłem na siebie T-shirt i przez resztę wieczoru nie patrzyłem na Sam'a. Nie próbował wypytywać się o blizny, ale wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał mu o tym powiedzieć.Był moim najlepszym przyjacielem. Miał przecież prawo wiedzieć co mi jest.. Nigdy nie powiedziałem mu skąd moja depresja. Wiedział tylko, że moi rodzice i siostra umarli bardzo dawno temu. ( No... Może nie aż tak bardzo.)
29.09.2013
Okej! Uniwersytet jest wymyślony, bo w Kennewick nie ma uczelni. Proszę następny rozdział :) Może jakiś gif?
Albo Dwa :D
Okeeej. Too next :D
środa, 25 września 2013
I Rozdział
Dobra zaczynamy! Nie gadamy od rzeczy. Miłego czytania.
-Koniec?- odezwałem się od mikrofonu podczas próby. Tworzę zespół z Moim przyjacielem Sam'em, jego żoną Alex i współpracownikiem, a także naszym dobrym kolegom: Andre.-Marzenie!- odparł sam- To była próba.
-No wieem!
-I jeszcze występ...
-Nie. Nie chce mi się już drzeć do tego mikrofonu.
-Jak Ci płacę...- ŻE CO?
-Ale Samuel... Ty mi właśnie nie płacisz.- upomniałem go trochę rozkojarzony. Andre i Alexandra wybuchnęli śmiechem, ale nie wierzyłem w to, żeby śmiali się z naszej rozmowy. Mi się to śmieszne nie wydawało i chyba takie nie było.
-Oj no! Weź to zrób dla starego przyjaciela.
Wywróciłem oczami.
-Okej. Ben.-ciągnął dalej kładąc rękę na moim ramieniu.- Prowadzę bar, nie mogę śpiewać. No proszę!
-W porządku. Coś mam jeszcze zrobić?- spytałem kiwając się z niecierpliwienia na boki. Co prawda: Nie miałem nic zaplanowanego na dzisiejszy wieczór, ale niedawno zacząłem staż w szpitalu. Zarywałem tam nocki, a nawet potrafiło mnie nie być całą dobę. Nawiasem mówiąc: staż początkującego ortopedy był ciężką pracą.
-Potrzebuje kelnera - powiedział przyjaciel cicho
-Oszalałeś!?
-Ben, może poderwiecie jakąś laskę.
-Ta na pewno.- serio w to nie wierzyłem- Na co polecą?
-Na te geste, brązowe włosy- serio? Musiał mnie dotykać?- Włosko-brązowe oka.
-Oczy- poprawiłem.
-Nie ważne. i te tatuaże.
Cisza...
-Chłopie... Teraz lecą na takich uczuciowych mięśniaków.. Jesteś włoochem... Ideał!
-Nie jestem mięśniakiem. jako osiemnasto czy tam dziewiętnastolatek nie okazywałem ani grama uczucia. CHŁOPIE. Jestem mało uczuciowy i niestabilny psychicznie.
-Dobrze. Curse: Przepraszam. Zostaniesz? Pomożesz mi?
-No tak. Tak tylko sobie narzekam
-Dziękuję - zachrypiał. Śpiewać nie mógł z powodu przeziębienia. -jestem Ci na prawdę wdzięczny. Jedź do domu. Ogarnij się...
-Jestem ogarnięty. Co chcesz?-zdziwiłem się.
-No wiesz... Załóż coś kolorowego. Ściągnij te ciężkie trapery...
-To są raczej glany.-Znów go poprawiłem
-Nieważne... No wyglądaj trochę bardziej optymistycznie!
-Eh... Sam- Może i byliśmy przyjaciółmi. nawet bardzo dobrymi, ale od początku nie przypadła mu do gustu ta cała moja czerń, czaszka na szyi, czy skrzyżowane piszczele na środkowym palcu.. Taki już jestem. Człowieczą wersją Ponurego Żniwiarza.
-Nie skorzystam z twojej propozycji. Przykro mi.
-Tylko próbowałem - żachnął się
-Ale tak czy siak skorzystam z innej twojej propozycji.
-Jakiej?
-Widzimy się za godzinę. - powiedziałem na odchodnym. Wyszedłem na zewnątrz. Nie miałem zamiaru wracać do domu. Mieszkanie było puste. Nowokupione. Nie miałem za bardzo czasu, żeby nim gospodarować.
Na dworze było co prawda chłodno, ale skórzane kurtki bardzo dobrze zatrzymywały ciepło.
Usiadłem na ławce w parku i wyciągnąłem paczkę papierosów. Nie miałem pojęcia czy przechodniom to przeszkadzało, ale... Chuj wam w dupę . Stany Zjednoczone: Wolny kraj! Nikt mi nie zabroni palić! Ale po minach starych, zrzędliwych dewotek było widać, że miały na to ochotę. Padło również parę cichych komentarzy: 'Taki młody a pali.' albo 'Niszczy sobie życie.'
Moje życie już jest zniszczone. Dowodzą o tym proste blizny na plecach i brak najbliższej rodziny.
Kiedy miałem piętnaście lat, moi rodzice umarli podczas snu za sprawą jakiegoś debila, który rozpuścił po całym domu gaz kuchenny, a tym debilem był przyjaciel moich rodziców, Bernard. Policja uznała to za wypadek. Nie zrobili nic. Bernard. Gościu zaadoptował mnie i moją siostrę, Susanne. De facto: ją też zabił. Jakiś rok później. Kiedy ja miałem szesnaście, a Susie 14 lat. Przywiązał mnie do czegoś tam tak, żebym patrzył w jego stronę kiedy gwałcił moją siostrę i podczas tej sadystycznej pedofilii udusił ją pasem, albo sznurem. Nie pamiętam. Byłem wtedy tak osłabiony, że nie mogłem nic zrobić i przez to mam do siebie żal. Gdybym był silniejszy, na sto procent bym go powstrzymał. Ale tego nie zrobiłem i to jest najgorsze.
Oczywiście policja znów nic nie uczyniła. Bernard upozorował śmierć Susanne tak, aby wyglądało to tak, jakby popełniła samobójstwo. I tak też policja uznała. Nie sprawdzili jej ciała, nie rozpoczęli dochodzenia. Po prostu uwierzyli w to, co zobaczyli. A potem nie mogło być już gorzej. Zabójca mnie katował. Stąd blizny na moich plecach. Opuściłem drugą klasę liceum, potem udało się, zaliczyłem dwa lata w jeden jebany rok. Kiedy uciekłem do mojego Kata. Potem z Włoch wyemigrowałem do Stanów, a tam parę dni po przylocie złożyłem podanie na uniwersytet.
Z zamyślenia wyrwał mnie udawany kaszel jednej ze starszych pań i wymówiona przez nią skarga:
-Co za smród.
Już kończyłem, więc grzecznie zgasiłem papierosa i wstałem łypiąc lekceważąco na babcię, która rzuciła niepotrzebny komentarz, po czym z taka samą 'grzecznością' parsknąłem.
-Bezczelny!-oburzyła się jakby teatralnie.
-To pani jest bezczelna. Nie szanuje pani czyichś upodobań.
-A kto pozwolił Ci tutaj palić!?
-A kto mi zabronił? I od kiedy jestem z panią na 'ty'?
-Chamska gówniarzeria!!!
-Przepraszam bardzo! ja pani nie obrażam, więc proszę nie obrażać mnie! I to tylko dla tego, że palę, czy noszę się jak się noszę. I to nie pani sprawa czy zniszczę swoje życie! - przerwałem a chwilę swoją zdeterminowano - płynną i burzliwą wypowiedź, bo zastanawiałem się czy powiedzieć to co właśnie przyszło mi do głowy. I tak. Zdecydowałem się - A to niby młodsze pokolenie nie posiada kultury osobistej. Do widzenia - powiedziałem, wziąłem swoj plecak i odwróciłem się dumnie ruszając przed siebie.
Wiem co możecie sobie o mnie pomyśleć: Chamski, niewychowany... Co prawda chamski to ja jestem. Dla tych którzy mnie nie szanują. Niewychowany? Od piętnastki wychowywałem się sam!
Mam nadzieję, że się podobało. jak czytasz (ale wątpię, żeby ktoś to czytał) to komentuj. Dziękuję za uwagę. Dobranoc :) 15.09.2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.gif)






