Musiałem zostać na noc w szpitalu w Pasco. Oczywiście poinformowałem Nathana, że nie będzie mnie na noc w domu. Nie miałam nic złamanego. Na szczęście... Choć moja diagnoza była inna. Dobrze, że nie graniczyła z prawdą tylko w moim przypadku, bo byłoby nie ciekawie gdybym okłamał pacjenta.
Wieczorem leżałem na łóżku w szpitalu oślepiany przez Facebooka, pisząc z Carly.
Carly: Siema dziadziuniu! Co słychować. ;*
Ja: Cześć gówniaro. Co 'słychować'? Leżę w szpitalu. + Czy na końcu drugiego zdania nie powinnaś dać znaku zapytania? Myślałem, że jesteś dobra z angielskiego! :D-Nie chciałem jej mówić o mojej sytuacji... No ale co mi tam? Nie przyjadą do mnie specjalnie z alaski.
Carly: O kuźde! Co Ci jest? Dlaczego jesteś w szpitalu!? Ben!!!???
Oj... Nie odpisała na moje zgryźliwe stwierdzenie, więc chyba ją przestraszyłem.
Ja: Mała. Nic mi nie jest. Taka tam... No...
Carly: Takie tam małe... CO? Co Ci się stało!?
Ja: Nie powiem Ci, bo powiesz Megan!- napisałem jej ze skrzywioną miną. Odpisała mi natychmiastowo.
Carly: NIE?- o raczyła dać odpowiedni znak interpunkcyjny.
Ja: Caps lock: wyzwól gniew! Oh... No pobiłem się + I tak wiem, że powiesz Megan.
Carly: Nie. Nie powiem mamie. :)
Wow! Carly Amy Griffin nie naskarży!?
Zacząłem odpisywać jej 'Dzięki', ale:
Carly: Tata już do Ciebie dzwoni!
I rzeczywiście. Ukazało mi się połączenie przychodzące. 'Don'
-Tak?- westchnąłem. Małe, wredne wścibskie babsko!
-Co ci jest?- mało brakowało, aby zaczął krzyczeć.
-No nic mi nie jest. Trochę tylko poobijany jestem. Nic wielkiego, Don. W tym pokoju leżą też inni ludzie i mam wrażenie, że im przeszkadzam.
Usłyszałem jego westchnięcie.
-Ben zadzwoń rano. Jak będzie u ciebie 11 albo 12.- mówił spokojniej. Zdążył się rozłączyć zanim mu odpowiedziałem. O kurczę! Jak mnie wszystko boli. Myślałem tylko o tym... No prawie tylko o tym. Po mojej głowie chodziło jeszcze zdanie: 'Z trzy dni umrzesz.' i za nic nie mogłem sprawić, żeby sobie 'poszło'.
Spać tez nie mogłem. Zmieńmy temat. Dobrze, że nie kazali mi zakładać tego głupiego, szpitalnego wdzianka. Wyglądałbym jak pajac.
Mój telefon za wibrował. (najwyraźniej jest ostatnimi czasy nadzwyczaj aktywny). SMS. Od Samuela.
- 'Dlaczego nie ma Cię w domu?'
Nie chciało mi się odpisywać. Opowiadać tego... Ale nie chciało mi się też wymyślać historyjek. Bolała mnie głowa, brzuch, plecy. Cholera! Wszystko mnie bolało. Z każdą chwilą coraz bardziej...
Ciekawe co u niego. Pozbierali się już? Alexandra nadal płacze? A Sam? Ciekawe jak się czują. A jebeć to! Odpiszę mu.
- 'Jutro Ci wszytko opowiem. Co u Ciebie?'
- 'Jestem u Ciebie... I czekam...'
Ale, że...? Dlaczego nie jest w domu!? Spojrzałem na zegarek w telefonie. Za piętnaście dwunasta.
- 'Co u mnie robisz? Na co czekasz?'
- 'Rozpaczam i czekam na Ciebie'
- 'Bo?'- wiem. Nie miała, ale za to jaka krótka wypowiedź pisemna.
- 'Bo się z Alex pokłóciłem! Nie chce mi się pisać o co! Jak wrócisz to Ci powiem. :/ Kurczę... Mogę zostać?'
- 'Jak musisz. Tylko wiesz. Nat to nie jest najciekawsza osoba. radzę nie dyskutować z nim za bardzo. A teraz idę spać. Dobranoc'
- 'Nara. ;**'
Uśmiechnąłem się do telefonu. Zazwyczaj kiedy wysyłał mi buziaczki myślałem 'Geej!!!', ale on chce mnie tylko pocieszyć. Widzicie? To jest kumpel. Czuje moje złe samopoczucie nawet przez SMS'y.
Odłożyłem telefon na szafkę i zamknąłem oczy. Au, au, AU! Jezusie jak boli! Zawołałbym pielęgniarkę, ale po co zawracać im tyłki. same mają już pewnie dość tych wszystkich przewrażliwionych na punkcie bólu ludzi. Wytrzymasz. Zaraz przejdzie.- pocieszałem się. Zaśnięcie było niemożliwe... Nie tylko przez ten walony ból. Był jeszcze dziadek... Jak można tak chrapać? Ludzie! Nie mogę gościa! Może i starsi ludzie mnie wzruszali, ale nie kiedy miałem dość wszystkiego.
Zaśpiewałem sobie w myślach piosenkę, która zawsze mnie usypiała... Kiss. While Your Lips sill red... Nie. Dupa! Nie zasnę.
-Panie Barnes.- usłyszałem czyjś głos. Otworzyłem oczy. Kurde! Jasno!- Dzień dobry.
Spojrzałem na pielęgniarkę. Ładna blondynka z niebieskimi oczami. Uśmiechnęła się do mnie.
-Kiedy pana wczoraj zobaczyłam myślałam, że z pańską twarzą będzie gorzej.- usiadła na skraju mojego łóżka.
-Czyli nie jest źle?- zachrypiałem.
-Jest dobrze. Ma pan kilka ran. Na wardze...-przyglądała się mojej twarzy- brwi i policzku. Zero siniaczków i opuchlizny. Tak prawie świeżutko!- Oh... może jeszcze słodziutko, mraśnie i tak dalej? Poczułem się jak małe dziecko lub wręcz przeciwnie. Jak ten dziadek obok mnie, który właśnie zajadał jakąś zupkę z torebki. Fuj.- Zje pan coś? Przynieść panu rosołek, zupeczkę jakąś?
-Nie. Dziękuję. Wolałbym już jechać już jechać do domu.- zaburczałem powoli się podnosząc. O w cholerę! Ból jeszcze większy niż wczoraj. Przecież za trzy dni... Już po mnie.
Podnosiłem się powoli. Blondynka wspierała moje ramię. Usiadłem w końcu, ciężko oddychając.
-Tableteczkę na ból?- kurcze. Kobieto przestań zdrabniać te słowa. Westchnąłem i pokiwałem głową, a ona ruszyła w stronę drzwi zawijając biodrami. Przy okazji spojrzała na mnie przez ramię puszczając do mnie perskie oko. Uniosłem brew i uśmiechnąłem się do niej. Pielęgniarka zadowolona z siebie przyspieszyła pewnie i zniknęła za rogiem. Hm... ładna... Nie koniecznie bystra. To pierwsza pielęgniarka jaką spotkałem, która nie wydawała się inteligenta.
Wróciła ze szklanką wody i porcją Paracetamolu.
-Dziękuję.- powiedziałem cicho i połknąłem tabletkę.
-To kiedy pan jedzie?- pochyliła się, by wziąć szklankę. Odwróciłem wzrok. Robiła to specjalnie, a ja próbowałem się nie uśmiechać.
-Zapewne za jakieś pół godziny, kiedy lek zacznie działać.
I takim właśnie sposobem, pół godziny po tej strasznej męczarni z blondi wróciłem do domu (Przed tym oczywiście zadzwoniłem do Griffin'ów. Megan zganiła mnie za bójkę.). Paracetamol sprawił, że ból stał się znośny. Na żebrach miałem dwa duże siniaki, nogi były w jeszcze gorszym stanie.
Przekręciłem kluczyk w drzwiach. Cisza. Pozabijali się?-pomyślałem. W salonie spał Nathan. A gdzie był Sam. Poszedłem do kuchni. I tam własnie siedział popijając kawę.
-Witam w moich skromnych progach.- mruknąłem.
-Cześć. Byłeś w szpitalu.- powiedział.
-Skąd wiesz?
-Ja wiem wszystko.- uśmiechnął się lekko.- A po drugie. Masz na twarzy rany, a lekarze są przewrażliwieni na punkcie zdrowia i higieny.- Nie odpowiedziałem mu. Robiłem tylko herbatę i czekałem aż zacznie opowiadać.- Pewnie chcesz, żebym ci już opowiadał. Tak więc... No pokłóciłem się z Alexandrą. No, bo ona...- zakrył twarz dłońmi.
-Zdradziła cię?- zgadywałem.
-Nie! Nie! Zrobiła coś o wiele gorszego!- westchnął i spojrzał na mnie. Jego wiecznie, żywe, zielone oczy zbledły. Wydawał się zmęczony i smutny.-Ona zrobiła to specjalnie! Jak mogła?!- w jego oczach pojawiły się łzy. Uniosłem brew, ale zachowałem współczujący wyraz twarzy. Każdy czułby się okropnie widząc przyjaciela w tak okropnym stanie.- Zabiła je specjalnie. Specjalnie zabiła moje dziecko.- O w mordę!- Przyznała mi się. Powiedziała mi to. Ale...
Głośne łkanie unosiło się po całym domu. Biedna Alex.
-Ja chciałam dobrze!- zawyła.- Ja myślałam, że on nie chce tego dziecka! Kiedy się dowiedział. Był zły. Ani razu nie powiedział mi, że chce być ojcem!
-Już cichutko. Będzie dobrze.- szepnęła. i przytuliłam ją do siebie.- On to zrozumie, tylko musi to przemyśleć, Alex.
Znam ją jeszcze za czasów mieszkania w Los Angeles. Tam się urodziłyśmy. Razem się wychowywałyśmy. To mi pierwszej wyznała, że podoba jej się Samuel. To ze mną płakała po podjęciu decyzji o wyprowadzeniu się do Kennewick. I choć nie widziałyśmy się trzy lata, to nadal uważałam ją za przyjaciółkę. Zawsze była wytrwała. Opuściła rodziców w wieku osiemnastu lat, żeby móc grać koncerty. I choć jej marzenie jeszcze się nie spełniło, to próbuje dalej. Ja miałam tyle szczęścia, że moja rodzina wyprowadziła się razem ze mną.
Z zamyślenia wyrwał mnie śmiech. Śmiech Alex. Popatrzyłam na nią marszcząc brwi. Ona się śmieje-pomyślałam... Do cholery jasnej! Dlaczego ona się śmieje!?
-Alexandra?- szepnęłam przerażona. Ona tylko nadal się śmiała, w cale nie zawracając na mnie uwagi.- Alex?- położyłem rękę na jej ramieniu. Uspokoiła się i tylko się uśmiechała. Albo aż się uśmiechała.
-Oh... Ashi.- spojrzała na mnie. Odgarnęłam jej bordowe włosy z czoła.- On mnie zostawi. Jak ja się boję.- i znowu chichot.- No ale co ja zrobię? Jestem po****dolona! Po co ja to zrobiłam?
-No właśnie. Jak...?
-Alkohol, papierosy, wysiłek.- westchnęła przytulając mnie.- Dlaczego jesteś dla mnie tata dobra? Przecież ja cię zostawiłam, słońce.
-Nie można rzucać wszystkiego, by uszczęśliwić jedną osobę. I nie zostawiłeś mnie, tylko dorosłaś.- odsunęłyśmy się od siebie. Oparła się z powrotem o ścianę, a ja wsparta na jej kolanach mówiłam dalej.- Alex. Nadal jesteś moja przyjaciółką. Jesteś dla mnie jak starsza siostra.
-Jejku. Ashi. Kocham cię!- ponownie się we mnie wtuliła. Tym razem siedziałyśmy tak dłużej.- Nie mogę już płakać, ale nadal jest mi cholernie smutno. jestem załamana, że masakra.- Oh... Nienawidziłam takiej składni zdań. Ale kto by się dziwił dziewczynie, która próbuje posługiwać się wzorcowym językiem angielskim. Nie bez powodu wybrałam amerykanistykę. .- Ej! Ashley!- spojrzałam na nią- Podoba ci się jakiś facet?
-A skąd takie pytanie?- zdziwiona uniosłam brwi.
-No tak... jakoś. Jesteś już dorosła. Musi ktoś ci się podobać.
-Lubię koty.- odparłam cicho patrząc na swoje dłonie próbując myśleć o swoim kocie. Nie o...
-Tak, Ashley!- zaśmiała się.- Wiem to. Proszę powiedz mi.
No i co jej miałam powiedzieć? Nie lubiłam mówić o sobie. No, bo po co? Sama nie wiedziałam co mam myśleć o tej całej sprawie z Benem. Z jednej strony nie był w moim typie. Taki mroczny i wulgarny, a z drugiej był ideałem. Taki słodki, miły. Do tego inny... A nie raz wydawał mi się nawet bezbronny. Wtedy miał przeszklone, błyszczące oczy.
Byłam przeszczęśliwa kiedy mama zaprosiła go na kolację. -Ja nie miałabym odwagi go zaprosić. Pewnie by pomyślał, że jestem jakąś perfidną gówniara.- Ale byłam jeszcze bardziej zadowolona kiedy przyszedł. Prawił komplementy, podarował kwiaty. I wtedy Ben stał się dla mnie kimś wartym zauważenia. Uznałam. 'Jezusie! Przecież on jest boski!'. Nigdy nie pomyślałabym, że jest człowiekiem kulturalnym, zmysłowym, nadzwyczaj inteligentnym, bo wtedy właśnie porozmawiałam z nim 'na serio'. Nie przez SMS'y, nie czułam się przy nim głupio. A wręcz przeciwnie. Czułam się wspaniale, bo rozmawiałam w końcu z kimś, kto orientował się w wielu dziedzinach. Ben to nie facet, który potrafi gadać tylko o samochodach, piwie i kobietach, ale nasza rozmowa polegała na głębszym poznaniu się. Religia, polityka, historia, muzyka, sztuka... Wszytko. To, że słucha metalu, wiedziałam. Disturbed. Dopóki mi o tym zespole nie powiedział, to pewnie nadal nie wiedziałabym o jego istnieniu. Evanescence sama lubiłam. Ale Mansona, to ja nie trawiłam, a Ben wręcz przeciwnie. I tym mnie przeraził. Bałam się, że ma podobne upodobania, co piosenkarz, ale uświadomił mnie, że to jego twórczość mu się podoba, a nie sposób życia i osobowość.
-Halo. Ziemia do Ashley! Żyjesz jeszcze?- Alex sprowadziła mnie na ziemię.
-Tak, tak.- otrząsnęłam się.
-Wybierasz pomiędzy Mattem Bomerem, a Alexem Pettyfer?- Zaśmiała się. Miło, że polepszyłam jej humor.
Co prawda Alex był w jego wieku...
-Nie... Ale obiecaj, że nikomu nie powiesz...- I BUM! Wtargnięcie na pole wyznań. Odwróciłam się. Samuel stał nad nami i patrzył na Alex ze zmarszczonymi brwiami. U jego boku stał Ben, który z kolei przyglądał się mi z góry z uniesiona brwią. No tak... przyjaciel Sama.
-Cześć Ashley.- uśmiechnął się do mnie Sam. Położyłam mu rękę na ramieniu. I wyszłam z ich mieszkania. zaraz po mnie wyszedł Ben.
-Cześć śliczna.- mruknął zamykając drzwi.
-Cześć mały. Co ci się stało?- miał kilka ran na twarzy i kuśtykał.
-'Mały'... - parsknął.- Taki... wypadek przy pracy.
-Pacjent cię pobił?- uśmiechnęłam się do niego i złączyłam nasze dłonie. Lekki powiew wiatru orzeźwił mnie i pozwolił odprężyć po wielogodzinnym siedzeniu przy płaczącej Alex i pocieszaniu jej.
-Nie... Ja...
-Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz.- odgarnęłam włosy z twarzy. Nie odpowiedział mi. Zauważyłam, że zaczął iść w miarę normalnie.- Co u Nathana?- zmieniłam temat.
-Spał do drugiej i potem wyszedł. Nie ingeruję w jego życie.
-Lubisz go w ogóle?
-Sam nie wiem.-odparł.- Kiedyś się tak od siebie nie różniliśmy. Wszystko się zmieniło kiedy skończył studia.
-Zmienił się?- och. Głupia sprawa. Wiem jak to jest kiedy ktoś, na kim ci zależy zmienia się całkowicie.
Znów nic nie odpowiedział. Może nie chciał o tym rozmawiać. Rozumiem.
I tak szliśmy w ciszy. Dlaczego nic nie mówił? Miałam wrażenie, że wyczerpały nam się tematy. Nie chciałam być dla niego tylko znajomą, koleżanką, którą poznał przypadkiem.
Myślał nad czymś intensywnie. Nie zwracał uwagi na otoczenie. Patrzył tylko przed siebie. Czym się tak martwił? Monolog w głowie... Zła rzecz. Chciałam się odezwać. Powiedzieć jego imię, ale się bałam. Może był zły. Ben. Ben. Benjamin. Żałowałam, że mnie nie słyszy.
-Benjamin.- szepnęłam. Na dźwięk mojego głosu zamrugał kilkukrotnie i spojrzał na mnie w końcu.
-Dawno nikt tak do mnie nie mówił. Przynajmniej nie wypowiadał mojego pełnego imienia takim tonem. - przyciągnął mnie do siebie i pocałował moje czoło.
-Wszystko w porządku? Martwię się.
-Nie masz o co, śliczna.- Objął mnie ramionami. To dobrze, bo było mi zimno.- Zimno. Nie?
W odpowiedzi pokiwałam głową.
-To chodź.- znów złapał mnie za rękę i poprowadził do samochodu. Jejciu! Pierwszy raz jechałam jego autem. Duże, wygodne i ciche. Zauważyłam, że Ben to uważny kierowca. Jechał powoli, zdając sobie sprawę z tego, że droga jest śliska, a do tego był duży ruch.
-Jaki jest twój ulubiony kolor?- zapytałam. Przecież nie wiem o nim podstawowych rzeczy.
-Nie zgadłabyś...- czekałam na jego odpowiedź. Uśmiechnął się ukazując proste zęby.- Czarny. A Twój?
Rzeczywiście. Nie zgadłabym.- pomyślałam.
-Mój... Chyba fioletowy. Lubię też czerwony, zielony, biały, beżowy, orchid i chociaż nie lubię różowego, to fuksja też jest ładna, a...
-Ashely- przerwał mi. Spojrzałam na niego.- Zdajesz sobie sprawę z tego, że orientuję się mniej więcej jak wygląda kolor beżowy, ale za cholerę nie wiem co to jest ten.. fu.. coś tam i to drugie.- zaśmiał się nie patrząc na mnie. I dobrze zwracał uwagę na jezdnie.
-Ben... Typowy facecie. To na 'fu' to fuksja. Taki ciemny różowy, a 'to drugie' to orchid, kolor storczyków, a storczyk, mój drogi, to taki jasno fioletowy kwiatek.
-Nie wiedziałem, że jestem aż takim debilem.- zaśmiał się.
-Nie jesteś debilem. Jesteś facetem.- powiedziałam cicho. Westchnął cicho i zrobił zbolałą minę, jednak zaśmiał się zmieniając bieg kiedy wyjeżdżaliśmy z Grfield Street na 27th Ave. Łatwiej byłoby pojechać po prostu wzdłuż dziesiątej, ale na głównej były zawsze straszne korki.
-Mogę zadać następne pytanie?- pokiwał głową patrząc uważnie na drogę.- Jaki jest twój ulubiony film?
-'Królowa Potępionych'.- odpowiedział bez zawahania. Hmm... Wampiry.- A twój? Tylko nie wymieniaj już kolorów.- zakpił.
-Tak jest. Psze pana. Mój ulubiony film to 'Wciąż ją kocham'- zastanowiłam się przez chwilkę.- Twoją pasją jest muzyka?
-Na pewno nie kolory.- Ale się czepił tych kolorów!- Tak, Ash. Moją pasją jest muzyka i jakby nie patrzeć pomaganie ludziom.
-Rozwiń swoją wypowiedź.
-Jak w szkole.- mruknął. - Rehabilitacje. Często pracuję z niepełnosprawnymi dziećmi. Wiem, że nie ma to nic wspólnego z moimi specjalizacjami... No... Może z ortopediom, ale chcę po prostu, by te dzieci miały lepszą przyszłość, żeby mogły polegać na sobie, a nie leżały całe życie przykute do łóżka i zdawały się na łaskę innych. Samodzielność, to moim zdaniem najlepsze co może człowieka spotkać... Może... Nie tyle co samodzielność ale niezależność. Widzisz. Muzyka jest dla mnie właśnie taką niezależnością. Kiedy gram, albo śpiewam jestem w tym całkowicie pogrążony i chrzanie świat zewnętrzny. Jestem ja, instrument i dźwięki. I czuję się wspaniale. Nie myślę o przeszłości i przyszłości, tylko o tym, co chcę przekazać w danej chwili. Na przykład metal i rock. Te dwa głośne rodzaje muzyki pozwalają się zamknąć i zamiast słuchać umysłu, czy czepialskich się ludzi, słucham darcia mordy, które jest przyjemniejsze niż 'Satanista! Satanista'- zrobił wysoki głos naśladujący starszą panią.- 'Taki to dopiero ma tupet się tak pokazywać!?' 'Jak tak można ciało szpecić?''Brudas!' i tak dalej i tak dalej.
-Tak. Każdy w takiej chwili wolałby krzyki, tym bardziej, że te krzyki ci nie przeszkadzają. Nie wiedziałam... Nie zdawałam sobie sprawy, że ludzie czepiają się tak bardzo bardziej... mrocznych osobowości. Nie byłam nigdy tego światkiem ani nigdy osobiście nie spotkałam się z dezaprobatom. Byłam grzecznym dzieckiem. Dobrze się uczyłam nie pakowałam się w kłopoty. Wszyscy chwalili zarówno moją urodę- prychnęłam. Nigdy nie uważałam się za jaką wybitnie piękną.- i umiejętności plastyczne oraz chęć uczenia się. Taka byłam. Nie potrafiłam się przeciwstawić i co osiągnęłam? Nic. Mieszkam z rodzicami i bratem, studiuję na marnej uczelni, o której mało kto słyszał. Za bycie grzeczną także nic się nie dostaje. Mój ojciec ma raka, matka przy okazji się załamała, a Jack'owi nikt nie raczył wytłumaczyć co się dzieje. Ja mu mówiłam głupoty o tym, że mama i tata są bardzo smutni, bo ich wszystko boli. Nie powiem przecież małemu dziecku...- zamknęłam oczy, aby zatrzymać łzy. Tak bardzo się bałam. Nie chciałam go stracić. Od taty bardziej cierpiała tylko mama, albo tata tak bardzo nie chciał pokazać jak bardzo jest mu ciężko-... że jego tata umiera.
-Ashi, słonko. Twój tata wygra tą całą bitwę o życie. To nadzwyczaj charyzmatyczny i wspaniały facet. Jeśli tylko będzie się regularnie leczył, badał i tak dalej, to uda mu się. ja w to wierzę i chciałbym, żebyś ty i twoja mama także uwierzyły.- szeptał uspokajająco. Takich słów własnie potrzebowałam. Ben podniósł mnie na duchu i pozwolił swobodnie wypłynąć zatrzymanym łzą z oczu, ale inne się nie pojawiły. Po tym co powiedział było mi o stokroć lepiej.- Wiesz. jeśli już mówimy o przeszłości, to zgodzę się z tobą. za bycie grzecznym i za dobre oceny w szkole, dostaje się szajs. Moje życie nie ułożyło się tak jak chciałem. Moje dzieci... Jeśli w ogóle będą... nie będą miały dziadka i babci z Włoch. Byłoby tak 'Łał! Tak egzotycznie!'- zaśmiał się, choć wiedziałam, że jemu nie jest wcale do śmiechu. Chociaż, że nie miałam zielonego pojęcia jak to jest stracić rodziców w tak młodym wieku, to próbowałam wczuć się w jego sytuacje i biorąc pod uwagę to, jak wielki jest mój ból gdy muszę oglądać chorego tatę, to potrafiłam zrozumieć i wyobrazić sobie jak okropny ból w sercu musi czuć Ben. Nic przecież nie zapełni pustki po najważniejszych osobach w życiu.- Też się dobrze uczyłem i także byłem bardzo grzecznym kujonkiem. Z tego całego twojego opisu, to mi brakowało tylko urody, bo przyznam się. Bylem szpetny.
-Nie wierzę!- zarzuciłam chcąc rozluźnić atmosferę.- Przecież z ciebie takie ciacho!
Zaśmiał się.
-Dzięki. Ty jesteś o tysiąc razy atrakcyjniejsza i ode mnie.- mruknął uwodzicielsko.
Poczułam, że moje policzki robią się ciepłe.
-Aby być seksownym i atrakcyjnym trzeba mieć pewne stosunki międzyludzkie za sobą.- szepnęłam sama do siebie.
Rozglądnęłam się dookoła kiedy auto się zatrzymało. Oh. Znajdowaliśmy się już pod blokiem Bena.
-Chcesz, żebym odwiózł cię do domu, czy chciałabyś spędzić ze mną trochę czasu?
-Trzeba przecież nadrobić jakoś ten stracony miesiąc. Nieprawdaż?
-Tak. Masz stuprocentową rację, mała.- uśmiechnął się pod nosem.
-Tak śmieszne, że aż wcale, mały.- powiedziałam to wyskoczyłam z auta w ostatniej chwili przypominając sobie, że jest wyższe od tych, którymi do tej pory jeździłam. Ben także opuścił auto. Poczekałam aż je zamknie i ruszyliśmy w stronę budynku. Wyciągnął ze spodni kartę i przejechał nią po czytniku. Wow! Nigdy nie mieszkałam w blogu. zawsze miewaliśmy domki rodzinne. Oh... Los Angeles. Tak bardzo tęsknię za ciepłym klimatem.
Szliśmy powoli. Znaczy się, ja szłam powoli, a Ben zatrzymywał się co chwilę by na mnie poczekać. Na drugim piętrze podszedł do drzwi mieszkania i przekręcił dwukrotnie kluczyk. Przepuścił mnie w drzwiach, a ja czekałam, aż on wejdzie.
-Zaprosiłbym cię do salonu, ale chwilowo robi za pokój Nathana, więc pewnie zajeżdża tam piwem i papierosami.
-Ty też palisz. Co nie?
-Tak, ale palę na balkonie, albo u siebie w pokoju. Zależy, czy chce mi się ruszać z miejsca.
Zaśmiałam się. Leniwy Ben. Nigdy bym nie pomyślała. Nie pytając go o zdanie ruszyłam do kuchni, jednak czułam, że podąża za mną. Usiadłam na miejscu, na którym siedziałam poprzednim razem.
-Napije się pani czegoś, panno Greene?
-Poproszę herbatę, Janie.- zaśmiałam się. Włoch poczochrał pieszczotliwie moje włosy i zabrał się za przygotowywanie herbaty. Mieszkanie miał małe i przytulne. Ściany w holu były koloru beżowego, więc nie dziwiłam się, że orientował się o jakim kolorze mówiłam. Wisiały tam dwa zdjęcia: piękny krajobraz: słonce, znikające za wodnym horyzontem. A drugi przedstawiał piękną, szczupłą ciemnowłosą pianistkę.
Kuchnia była blado-bordowa. Szafki z ciemnego drewna jeszcze bardziej pomniejszały male pomieszczenie. Takich miejsc własnie nie lubiłam. Małych, ciasnych i ciemnych.
Może i była mała i ciemna, ale za to duże okno z panoramą Kennewick rozświetlało to ponure wnętrze i wydawało się bardziej przytulne. No i to by było na tyle, jeśli chodzi o opisywanie domu Barnesa, bo reszty nie widziałam. a pytanie jeszcze było: Czy chciałam ją zobaczyć. Bałam się okropnie co wyniknie z tego naszego 'związku'. No, bo nie był przecież oficjalny. Ja chciałam spróbować i miałam wrażenie, że Ben również.
Zakończyłam rozmyślanie kiedy Postawiono przede mną kubek z ciepłą herbatą, tak idealną na grudniowe dni.
-Lubisz się malować?- zapytał znienacka.
-Maluję się.- odpowiedziałam.- I tak. chyba to lubię. A dlaczego pytasz?
Oparł głowę o ścianę. Westchnął i uśmiechnął się do mnie blado.
-Bo za tydzień święta, a ja nie wiem co ci kupić.- odparł lekko spłoszony.
-Nie musisz mi nic kupować. Nie lubię prezentów. Po co masz wydawać na mnie pieniądze, za które możesz kupić sobie coś sensownego? A po drugie, też nie wiem co ci kupić. Choć... Może i mam jakiś pomysł.
-Mi też coś przyszło do głowy...- zamruczał patrząc w okno- I nie chcę słuchać twoich sprzeciwów- pokiwał palcem kiedy zaczęłam otwierać usta. Rzeczywiście. Chciałam się sprzeciwić.
-Nikt ci nie każe mnie słuchać.- sprostowałam. Złożyłam ręce na piersi i oparłam się wygodnie.
-Foch?- zaśmiał się. Nic nie odpowiedziałam.- Ale... No przecież ja nic takiego nie powiedziałem.- nadal nic nie mówiłam.- Ashley? No weź!- jego głos skoczył o oktawę.- Specjalnie do ciebie wygoogluję jaki to jest kolor turkusowy.- mruknął. Mimo woli się zaśmiałam. - To jak?
-Wal się. Nie wymieniałam turkusowego.
-To co?- uśmiechnął się i przykucnął przede mną wspierając się na moich udach.- No daj buziaka.
Znowu się zaśmiałam. Po chwili zakłopotania schyliłam się i cmoknęłam go u usta.
- No ej!- zaprotestował.- Masz dziewiętnaście lat czy dziewięć?
Wywróciłam oczami i westchnęłam, a Ben czekał z uniesioną brwią.
Wstał i schylił się tak, aby jego twarz i moją dzieliło kilka centymetrów. Serce biło mi jak oszalałe! Dudumdudum. Głośne i szybkie. Czułam się jak dziecko, któremu chcą skraść buziaka [...]
OKEJ! Dalsza część za miesiąc. Kiepsko z internetami. ;D
,,Problemem nie jest sam problem. Problemem jest podejście do tego problemu''
poniedziałek, 5 maja 2014
piątek, 18 kwietnia 2014
Czytać Proszę!
Dla niewtajemniczonych. :D
Rozdziały na tym blogu pojawiać się będę piątego dnia każdego miesiąca. X rozdział pojawił 5 kwietnia, więc XI wstawię 5 maja itp.itd.
Tak, więc... Dzięki za uwagę i...
Rozdziały na tym blogu pojawiać się będę piątego dnia każdego miesiąca. X rozdział pojawił 5 kwietnia, więc XI wstawię 5 maja itp.itd.
Tak, więc... Dzięki za uwagę i...
WESOŁEGO JAJKA! :D
ZGON *.* Aaaa <3
sobota, 5 kwietnia 2014
X Rozdział
Dlaczego się tak szybko ode mnie odsunęła?
Spojrzała w bok zaciskając usta w cienką linię, a ja przejęty jej stanem skrzyżowałem ręce na piersi i tylko na nią patrzyłem. W końcu i ona zwróciła na mnie uwagę, ale jej oczy były straszne. Chyba chciała mnie zabić...
-Dlaczego...- uderzyła mnie w ramię- Nie...- znowu- Dzwoniłeś!?- teraz to całkowicie mnie okładała. Bawiło mnie to i niestety nie potrafiłem powstrzymać śmiechu. Ona z resztą też.
- Nie wiem... Przepraszam?- spojrzałem na nią z ukosa nadal się uśmiechając.
-Bawię cię?- zagryzła wargę (JEZU!), żeby się nie uśmiechnąć.
Odchrząknąłem, by się 'odweselić'.
-Nie. Skąd, że. Ty? Mnie? Nigdy!- przyciągnąłem ją do siebie.- Dlaczego jesteś smutna?
-Nie jestem smutna.- westchnęła cichutko. Nie chciała mi powiedzieć? Nastrój mi się od razu pogorszył. Jak już mówiłem ten dzień był do bani. Chociaż był poniedziałek, 16 grudnia i nie musiałem iść do pracy, to jednak każdy inny dzień byłby lepszy.- Mój tata ma raka.- zaszlochała.
Przytuliłem ją jeszcze mocniej. Biedna Ashi. Zaszlochała jeszcze głośniej, trzęsła się.
-Chodź. Napijesz się herbaty. Nie płacz, słonko. - potarłem jej ramię i zmusiłem do ruszenia się z miejsca.
Przetarła oczy chusteczką sprawdzając czy nie rozmazał jej się makijaż.
Rak. To jedna z najgorszych rzeczy jakie mogą przydarzyć się człowiekowi. Wiele osób umiera na tą własnie okropną chorobę. Nigdy bym nie pomyślał, że pan Greene jest chory. To tak wspaniały i żywiołowy człowiek, że nie było tego po nim widać. Wyzdrowieje. Jego rodzina musi w to wierzyć. Raka można wyleczyć, a Charlie go pokona. Jestem tego pewien.
Ashley spojrzała na chusteczkę i jęknęła zauważając na niej czarny ślad.
-Nie rozmazałaś się.- oznajmiłem. Jesteś piękna... Dlaczego nie powiedziałem tego na głos? Tchórz. czego się boisz bekso? Ja pierdzielę... Muszę zakończyć kłótnie z moim umysłem, bo przerodzi się to w psychozę.
Przepuściłem Ashley w drzwiach.
-Usiądź.- poprosiłem kiedy znaleźliśmy się w kuchni. Rozglądała się po pomieszczeniu z lekkim uśmiechem na twarzy. O czym myślała?
-A co u ciebie? - spytała patrząc jak zalewam herbatę. Spojrzałem na nią. O szlag!!!
-O kurwa! Auu!- Jęknąłem z bólu. Wrzątek z czajnika bardzo szybko znalazł się na mojej ręce parząc tatuaż wilka. Zanim zdążyłem coś zrobić Ashley pociągnęła mnie na krzesło. przyłożyła do mojej ręki zimną mokrą ściereczkę. Ulga!- Ja... Ja to sam zrobię.- mruknąłem odsuwając rękę, ale ona przyciągnęła ją do siebie z powrotem łapiąc za przedramię. syknąłem z bólu.
Poruszyła tylko figlarnie brwiami.
-On się na mnie dziwnie patrzy.- oznajmiła przyglądając się tatuażowi.
-Ale na pewno cię lubi. Ma taki dziwny wyraz mordki , bo nie słuchał się babci, a mówiła mu 'nie rób takich min, bo ci tak zostanie'. Biedny. Pewnie mu tak nie wygodnie...
Wybuchnęła śmiechem i znów na mnie spojrzała. ( Duże oczy!)
-Dlaczego wilk?- spytała nadal z uśmiechem na twarzy. Usiadła na krześle na przeciwko mnie.
-Wilk symbolizuje... dzikiego ducha... Reprezentuje wolność, lojalność, energię, chęć bycia wolnym od ograniczeń... - zastanowiłem się chwilkę. jakby to ująć?- ograniczeń współczesnego świata.
-A innym się po prostu kojarzy z ładnym zwierzątkiem. Jakie masz jeszcze tatuaże?
-Czaszkę na szyi, Ditę Von Teese na ramieniu...
-Pokaż mi! - podjudziła się. Ściągnąłem brwi. Tak bardzo lubi Ditę? Zsunąłem kurtkę i podciągnąłem rękaw ukazując najlepszy i największy tatuaż jaki miałem.
-Lubisz Burleskę?- Dotknęła mojej skóry przyglądając się dziełu Lizz Cookie z uwielbieniem.
-Tak. Ale Dita... Nie pokazuje tylko siebie i swojego tańca, ale także swoją wspaniałą grę aktorską. Bo na tym właśnie polega burleska. Jest zmysłowa, piękna. Burleska to nie striptiz, tylko...
-Teatr.- dokończyła spoglądając mi w oczy- Jesteś inny.
-Już mi to mówiłaś.- przygryzłem wargę. Nic mi nie odpowiedziała. Tylko jej szare oczy przyglądały się moim czarnym. Pochyliłem się lekko dając jej do zrozumienia, ze mam zamiar ją pocałować. Ona jednak przesunęła się na bok muskając wargami mój policzek. Co? Dlaczego?
- To co z tymi tatuażami? To wszystko?
Zamrugałem kilkukrotnie.
-A wolałabyś, żeby to był koniec z wymienianiem?
-Nie. Lubię tatuaże. Każda ilość jest spoko.- 'Spoko'. Dziwnie to brzmi w jej ustach.
-Mam jeszcze trzy na środkowym palcu...
-Tak. Skrzyżowane piszczele ciekawy...
Parsknąłem śmiechem.
-Taa. I na barku napis 'I fell apart, but got back up again' i... to wszystko.- chyba się zarumieniałem.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
-Miały być trzy. Jeszcze jeden.
Może go kiedyś sama zobaczysz... Potrząsnąłem szybko głową, żeby odgonić tą głupią myśl.
-Nie jest to najciekawsze miejsce na tatuaż.- odparłem, a ona odruchowo spojrzała na moje spodnie. Zaśmiałem się. Chyba każdy by pomyślał, że jest tam.- Na pachwinie mam wytatuowane piórko.- Ten tatuaż jest moim największym błędem... No ale nie moja wina...
-Dlaczego piórko i dlaczego tam?- znowu jej wzrok przeniósł się na dół. Nie patrz się tam!
-Nie wiem i nie wiem. To tylko dla tego, że jakiś salon tatuażu był czynny w noc z 20 na 21 czerwca w 2011 roku.- Oh... Z moich dwudziestych pierwszych urodzin nie pamiętam nic kompletnie. Kiedy się obudziłem tak strasznie bolała mnie pachwina, że myślałem, że coś mi się stało. Kiedy stanąłem przed lustrem i zobaczyłem ten głupi tatuaż (który nie był mały) zaraz pognałem opieprzyć Nathana. ( No on zaplanował to wszystko. Ten cały wieczór.) I do końca swoich dni będę się zastanawiał co ja wtedy robiłem, z kim rozmawiałem i robiłem inne rzeczy (nie mówię tu o konkretach )
-Okej... Zgaduję, że były to twoje urodziny.- parsknęła przesuwając palcem po uchu kubka.
-Dobrze zgadujesz.- przytaknąłem jej podchodząc do lodówki.- Zjesz coś?
-A co masz?
-Ehm... Mięso. Dużo mięsa.-burknąłem. Nie, że byłem wegetarianinem, ale tyle zwierzyny, to ja jeszcze w lodowce nie miałem. Jej zawartość zaczęła tak wyglądać od kiedy zaczął mieszkać tutaj Nathan. Który jadł praktycznie rzecz biorąc tylko mięso, jajka i tłuste rzeczy.
-Sam sobie jedz trupa.- Ooo!
-Wegetarianka?- I dobrze!
-Taak. No bo, to przecież kiedyś żyło. Nie?
-No racja. To prawie jak kanibalizm.- Czyli Wayne Static jest prawie kanibalem? - To zaraz zrobię coś zdrowego, smacznego i bezmięsnego do przekąszenia. Okej?
-Okej.- Była uśmiechnięta, ale wyglądała na zdziwioną. Co ją tak zdziwiło?
Po piętnastu minutach dwie porcje sałatki owocowej były gotowe.
Ashley skosztowała i oniemiała.
-Boże! To jest pyszne!- delektowała się każdym kęsem. I znów nie powiem... Schlebiało mi to.- Kto cię nauczył to przyrządzać?
-Mama. Ogółem mama nauczyła mnie gotować. Ona była wspaniałą kucharką... I piosenkarką. A tata był świetnym pianistą. To przez nich zacząłem interesować się muzyką.
-Dlaczego mówisz w czasie przeszłym?- ściągnęła brwi przerywając na chwilę jedzenie.
-Oni nie żyją. Długa historia, której nie chcę teraz opowiadać. kiedy indziej ci wytłumaczę.
-Przykro mi.- jej mina zbladła. Nie lubiłem współczucia. To takie przygnębiające, kiedy ktoś ma lepiej... wiem. Egoistyczna myśl.- Co do muzyki, to słyszałam jak śpiewasz. Przewspaniale. Grasz na fortepianie?
-Tak gram na fortepianie, ale to mieszkanie nie pomieści nawet pianina, więc mam gitary.
-Ile grasz?- wyglądała na szczerze zaciekawioną.
-Na fortepianie od kiedy skończyłem siedem lat,a na gitarze od trzynastki.
Westchnęła przyglądając się swoim dłoniom.
-Chłopak z gitarą...- lekko się uśmiechnęła. ...byłby dla mnie para. Ta! Chciałbyś.
Nagle usłyszałem otwierające się drzwi. Wyszedłem z kuchni i zobaczyłem Nathana. Widać było, że 'nie był sobą'. Oczy miał podkrążone i cały czas pociągał nosem. Efekty ćpania.
-Cześć.-mruknął wesoły. Znowu był pijany.
-Idź sprzątnij to, co zostawiłeś w salonie na stole.- warknąłem wskazując drzwi pomieszczenia.
-A co ja... Aaa. Tak...- zaśmiał się- To zrobię później. Najpierw się napije wody. No, bo przecież wiesz... kac i te - pociągnął nosem- sprawy.
-Nie najpierw to sprzątniesz.
-Jezu! nadwrażliwy jesteś! Chcesz to sam posprzątaj!
Ruszył w stronę kuchni, ale zatarasowałem mu drogę. Wkurzył mnie. Niech słucha.
-Słuchaj, palancie. Nie jestem twoim sprzątaczem, kucharzem, niańką dla tego walonego kota i chłopcem na posyłki. Nie będę za Ciebie niczego robić. Nie będę sprzątał po tobie ciuchów, żarcia, naczyń i tym bardziej prochów! Sam sobie gotuj i kupuj piwo! A kota, to możesz zamknąć w klatce albo kupić do chuja kuwetę!- Nie krzyczałem. Mówiłem tylko trochę podniesionym głosem.- Idź sprzątnij to świństwo albo się stąd wynoś!
Patrzył na mnie wściekły, ale ruszył do salonu i zaczął zbierać ze stołu proszek. Odetchnąłem i wróciłem do kuchni.
-Przepraszam.
-Nie no. Spoko. Każdy ma granice cierpliwości. To Nathan, tak?- Ah... No rzeczywiście opowiadałem jej o nim. W odpowiedzi pokiwałem tylko głową. Moim zdaniem trochę przesadziłem, ale kiedy Nathan wparował zaćpany do domu, to po prostu... No nie mogłem!!!-Wiedziałeś, że ćpa?
-No... Tak...
-I zgodziłeś się, by z tobą zamieszkał?- przerwała mi
-Był moim przyjacielem. Nie potrafiłem go tak po prostu wygonić. Myślałem, że zmienił trochę swoje nawyki od czasu studiów, ale się najwyraźniej myliłem. On nie zarabia... Nie mogę go zmotywować.
-Uda ci się. Jesteś bardzo charyzmatyczny.- Ja? Charyzmatyczny? Najwyraźniej Ashley odkrywa moje cechy... O których sam nie mam pojęcia.
Do kuchni wszedł Nathan. Dawno był u fryzjera, bo włosy sięgały mu prawie do żuchwy.
Spojrzał na Ashley i uśmiechnął się zalotnie.
-Ashley to Nathan... Nat poznaj Ashley.
Ashi podała mu dłoń, którą on ucałował. Mi się to nie spodobało, a Ashley się nawet tego nie spodziewała.
-Miło mi poznać.- jego oczy znalazły się na przeciwko jej.- Co tak atrakcyjna kobieta robi u Barnesa?
-Przyszłam go odwiedzić.- Ashley się zarumieniła, a ten... skur...kot przejechał dłonią po jej ramieniu. Nagle poczułem na dłoni silne ukłucie. Za mocno ścisnąłem szklankę, która po naciskiem pękła i jej kawałeczki wbiły się w moją skórę. Ashley spojrzała na mnie wielkimi, przerażonymi oczami. Ignorując ich wstałem, wyrzuciłem naczynie do kosza.
-Daj mi rękę.- powiedziała za moimi plecami.
-Nie, Ashley.
-Ben! Co ci dzisiaj jest?- zwróciłem wzrok w jej stronę. Bawiło ją to. Widząc jej uśmiech sam parsknąłem rozbawiony. To pewnie przez ciebie i tego zaćpanego durnia, który cię dotyka.
-Nie wiem. Ale cieszę się, że to cię bawi.- mówiłem nadal uśmiechnięty.- Rozmawiaj sobie z Nathanem. Ja się sobą zajmę.
-Aaa- szepnęła.- Więc o to ci chodzi.- Przybliżyła usta do mojego ucha.- Jesteś zazdrosny?
-Nie.- zaprzeczyłem mało wiarygodnie na co ona jeszcze bardziej się roześmiała. Ujęła moją dłoń i zaczęła wybierać kawałki szkła. - Mam dwie ręce. Mogę to sam robić.
-Fuj. Krew.- mruknęła puszczają moją uwagę mimo uszu. Już dawno uznałem, że jest uparta, ale wiem także ponad wszelką wątpliwość, że chce mi tylko pomóc, choć tej pomocy nie potrzebowałem. Zacząłem przyglądać się jej twarzy. Była skupiona, a brwi miała zmarszczone. Jej usta złączone były w cienką linię. Otworzyła je jednak kiedy jej buzia zaczęła nabierać zielonego odcienia.
-Wystarczy ci. Zrobiłaś się zielona. Siadaj. - wolną ręką pociągnąłem ją na dół. Gdyby chciała mogłaby mnie zabić wzrokiem.- Bardzo ci dziękuję, ale nie chcę żebyś mi tu zemdlała. Naprawdę. Poradzę sobie, mała.- Szlag! Powiedziałem 'mała'.
-Hę?- oburzyła się teatralnie.
-Ashley- poprawiłem się. W odpowiedzi usłyszałem parsknięcie.
Sięgnąłem do szafki nad kuchenką i wyciągnąłem wodę utlenioną, gazę oraz bandaż. Wypłukałem rękę z ciemnej krwi. Woda utleniona nieprzyjemnie piekła rany. Gaza i bandaż nie dawały największej swobody i wygody jednak chroniły skaleczenie przed środowiskiem zewnętrznym i zapobiegały zakażeniu.
Nie przejmując się tym, że Nathan zajął moje miejsce zagadując głęboko Ashley pogawędką o muzyce.-Dowiedziałem się już wcześniej, że lubiła Katy Perry, jej ulubiony i ukochany zespół 'ever' to Kings Of Leon. Podobał jej się bardzo Matt Bomer. Niestety jest gejem, jest stary i ma trojkę dzieci... Ale z tym Matt'em Bomer'em odszedłem od tematu.- Wytarłem ze stołu kropelki krwi, kiedy zadzwonił telefon Ashley. Wyciągnęła go z kieszeni i dopiero w tamtym momencie zorientowałem się, że to nie dźwięk połączenia przychodzącego, ale powiadomienia. Wszędzie unosiła się piosenka 'Use Somebody' Z repertuaru Kings of Leon.
-Muszę lecieć.- oznajmiała wstając i chowając telefon do kieszeni.
-Mogę...- zaczął Nathan. O nie, nie, nie, nie! Ja już wiem co on chciał powiedzieć. Nie!
-Mogę Cię odprowadzić.- przerwałem mu. Ashley podeszła do mnie i pocałowała w usta. Znowu ona podjęła pierwszy krok! Oddałem pocałunek nie dotykając jej dłońmi. Opierałem się o szafkę kuchenną, a ona o mój tors.
-Nie musisz.- odsunęła się ode mnie.- Nie mam daleko. Do zobaczenia.- puściła do mnie perskie oko a Natowi pomachała na pożegnanie.
-Cześć.- Odpowiedzieliśmy.
Kiedy wyszła spojrzałem na Nathan'a drwiąco. To takie zadowalające kiedy ma zakłopotana mnie i nie wie co powiedzieć. Dlatego nie podrywa się czyichś gości. znowu muzyczka. Tym razem z mojego telefonu Convergence z repertuaru 30 Seconds To Mars. SMS w języku włoskim:
,,Dzień Dobry Panie Barnes. Ja wiem. Nie chcesz mnie widzieć. Nienawidzisz mnie. Ale musisz się ze mną spotkać. Muszę się z tobą rozmówić. Nie zrobię ci krzywdy.''
Sranie w banie! Ale pójdę... Co mi tam. Dwudziesto(prawie)cztero wojskowy przeciwko psycholowi po czterdziestce.
W SMS'ie, który dostałem po zgodzeniu się na spotkanie była zamieszczona lokalizacja. Zmartwiło mnie to, że będę musiał spotkać się z nim poza miastem i czułem tutaj jakiś podstęp, więc byłem przygotowany na wszystko. Koszulkę ubrałem za długą, bym mógł zakryć SIG'a 9mm. Lepiej bym się czół z AK-47 albo X-9 SWAT... No ale gdzie to schowasz? Właśnie plusem bycia w wojsku było to, że miałem okazję używać tych najlepszych broni. Ah... Co to były za czasy.
Autostrada 82 łączyła Kennewick z miastem Umatilla w stanie Oregon Jednak przedtem trzeba by było przejechać przez McNary Wildlife Nature Area. A jest to rezerwat dzikiej natury, więc nawet jeśli chciałbym szybko uciec w tamtą stronę, to nie mógłbym, bo możliwym by było, że zabiłbym beztrosko jakieś zwierzę. Czego nie chciałem. Dla własnego dobra nie powinienem myśleć o najgorszym. Może nie będę musiał uciekać, bić się i sięgać do kabury przy spodniach.
Przy zjeździe na drogę 397 zatrzymałem się i wysiadłem z auta. Przy bardzo trzęsących się nogach samochód z wysokim zawieszeniem nie jest najlepszy. Wyskakując z niego ledwo złapałem równowagę. Weź głęboki wdech. Czekaj na Bernarda. W razie czego nie uciekaj z powrotem do Kennewick. Przez 397 też nie mógłbym jechać, bo wyszłoby na to samo... Skierowałbym się do Pasco.
Usłyszałem za plecami chrupanie żwiru pod czyimiś butami. Odwróciłem się powoli. O kurde. Nie zmienił się. Nadal był chudy, włosy miał nadal ciemne, ale doszło wiele siwych odcieni. Stałem patrząc na niego... z wyrzutem? Przerażeniem? Moja twarz na pewno nie została bez wyrazu. Bernardo Dionisi. Kiedyś nadpobudliwy, przerażający, władczy. Teraz trzęsący się z zimna, spokojny, opanowany, bezbronny. Choć mogły to być tylko pozory. Wpatrywał się we mnie z życzliwym uśmiechem. Dlaczego nic nie mówił? Chciał się ze mną rozmówić.
-No mów.- odezwałem się.
Przekręcił głowę bardzo szybko. Wyglądało to jak jakiś skurcz... Albo coś w tym rodzaju. Tak czy siak wyglądało to przerażająco.
-Benjamin Barnesa.- szepnął robiąc krok w moją stronę. Ja zaś cofnąłem się o dwa.
-Ben Barnes.- poprawiłem go przyglądając się spadającemu na asfalt śniegowi. Po moim ciele przeszedł chłodny dreszcz. Z zimna?
-Ben. Jak milo Cię widzieć.- Jego ton był za ciepły. Za słodki. Nigdy tak się do mnie nie zwracał.
-Bez wzajemności.- odrapałem nadal na niego nie patrząc. Uu... Chłodno. Skrzyżowałem ręce na piersi. Długi sweter nie dawał dostatecznego ciepła.
-Zmieniłeś się.- zauważył.- Czyżby zawładnęła tobą ciemność?
W końcu na niego spojrzałem. Jego wzrok był zmartwiony, czuły. Przeszywał całego mnie.
-Żałoba.- w mojej głowie pojawiły się tysiące wyzwisk, które mógłbym wypowiedzieć, które były prawdą i nie mógłby uznać ich za bezpodstawne.
-Chłopcze. Wszystko się kiedyś kończy.
-Nie musiało się kończyć tak szybko! Jak można zabrać komuś rodzinę? Jak można nie mieć wyrzutów sumienia? I masz jeszcze czelność zwracać się do mnie! Przyjechałeś do Stanów, żeby mnie wykończyć?
-Ben...
-Czy chcesz mnie zabić?!- ja nie krzyczałem ja się darłem.- Mogłem iść na policję! Mogłem cię zabić i nadal mogę to zrobić! Teraz w tej chwili, ale wiedz, że nie chce być taki jak ty. Nie chcę być mordercą. Nie chce być jeszcze gorszym człowiekiem.- z każdym słowem mój głos stawał się coraz cichszy.
-Ale ty jesteś złym człowiekiem. Wiesz to.- zdawałem sobie z tego sprawę.- Ja też to wiem. Wiedzieli to Kathriene i Alejandro. Wiedziała to Susanne.
-Jak śmiesz wymawiać ich imiona?- Nie uważali mnie za złego człowieka. Przecież byłem dla nich ważny...
-Pozwolisz, że będę wymieniać dalej.- odpowiedział mi.- Wiedziała to Vittoria.- Co ona ma do tego?- Ale nie wie tego Ashley.-Co? - Nie wie Samuel, Alexandra, Andre i Griffin'i.
-Skąd ty to wszystko wiesz?
-Znam cię lepiej niż ty sam, Ben.
-Nie znasz mnie. Nic o mnie nie wiesz. NIC! Rozumiesz?! Jestem złym człowiekiem. Zgodzę się z tobą! Ale ty jesteś o stokroć gorszy. Nic nie znaczysz! Nie boję się ciebie!
-Ja bym się tam go bała.- odparła jakaś dziewczyna. Była wysoka. Niewyższa ode mnie. Miała płowe włosy ciemniejsze u nasady. Nidy bym jej nie rozpoznał, gdyby nie jej czekoladowe, błyszczące oczy i pełne usta. Vittoria. Nadal była słodka. Była jeszcze piękniejsza. Już prawie ucieszyłem się na jej widok, kiedy podeszła do Bernarda i pocałowała go namiętnie w usta. Auć... Nie był to przyjemny widok. Zacząłem głębiej oddychać spuszczając wzrok... No nieźle. Długo to trwa. Nagle Vittoria krzyknęła 'Bernard'. Spojrzałem na nich dyskretnie. Pociągnął ją mocno za włosy następnie odsunął z jej ramienia bluzkę i ugryzł ja tak mocno, że z rany zaczęła mocno lecieć krew. Nie zmienił się. Wcale! Odepchnął od siebie płaczącą z bólu dziewczynę i wytarł usta rękawem.
-Dobra młody.- zwrócił się do mnie.- Nie będę się z tobą cackać. Musi cie wreszcie spotkać, to co spotkało resztę.
-Dawaj.- oparłem próbując nie zwracać uwagi na trzymającą się za ramię włoszkę. Biedna kobieta
-Nie- powiedziała cicho. Bernard znów zrobił te przerażając obrót głową. Zwrócił się w jej stronę i kopnął z całej siły w brzuch. Zawyła padając na ziemię. Łkała błagając go o litość.
Poczułem na mojej ręce czyjś dotyk. Odwróciłem się w jego stronę i niespodziewanie dostałem w twarz pięścią. Następnie napastnik chciał mnie kopnąć, ale ja w porę odsunąłem się na bok. Mogłem zablokować atak jednak nie byłem pewien czy mi to wyjdzie. Był ode mnie szerszy w barkach i miał większą masę ciała. Przeważałem nad nim tylko wzrostem i szybkością, bo było po nim ewidentnie widać, że jego masa przeszkadza mu w szybszym poruszaniu się. Odsunął się ode mnie o kilka kroków by rozpędzić się i wykonać skok w moją stronę. Korzystając z posiadania ciężkich glanów wymierzyłem mocnego kopniaka w jego podbrzusze. Krzyknął z bólu i na chwile stracił równowagę niestety ponownie ją łapiąc. Następnego ciosu nie zdążyłem uniknąć. Poczułem silny ból żeber. Przewidywałem złamanie. Wziąłem się w garść. Chwila nieuwagi przeciwnika... Runąłem na niego zwalając go na żwir. Usiadłem na jego nogach nie dając mu możliwości ruszenia nimi. Zanim zdążył owinąć swoje dłonie wokół mojej szyi zacząłem okładać jego twarz serią mocnych uderzeń pięścią. Zepchnął mnie. Najwyraźniej zorientował się, że zostawił uraz na moich żebrach. Ryknąłem z bólu i wylądowałem obok samochodu uderzając potylicą w metal. Auu!!
Łohohoho! Gościu się zmęczył. Zebrałem w sobie wszystkie siły, by wstać. zaszedłem go od tyłu uderzając z całej siły o pięściami w skronie. Padł na ziemię. Nie ruszał się, więc mój plan wypalił. Zemdlał.
Odetchnąłem ciężko tym samym sprawiając sobie ból. Tak. Były złamane. Rozejrzałem się dookoła nikogo nie było oprócz leżącego pod moimi nogami 'gostka' i opierającej się o drzewo Vittorii. Przeciągnąłem 'gostka' na pobocze i podszedłem do dziewczyny. Dotknąłem je policzka. Nie miała poobijanej twarzy, ale gorzej było z ramionami- które były pogryzione, podrapane. Podobnie jej brzuch.
Niebo zrobiło się ciemne. Dookoła panował mrok. Nie było księżyca... Znaczy się... był ale tylko jego szczupły sierp.
-Spieprzaj.- warknęła strzepując moją dłoń.- Muszę znaleźć Benarda.
-W takim stanie?- zadrwiłem.
-Czuję się świetnie.
-Nie pytałem.- Ona będzie wredna dla mnie, ja będę tak samo nieuprzejmy dla niej. Zgromiła mnie wzrokiem i uniosła podbródek w celu pokazania mi, że wcale jej nie uraziłem. - Wstawaj. - wyciągnąłem do niej rękę.
-Powiedziałam, żebyś mnie zostawił?- zlekceważyła mój hojny gest.
-Nie. Powiedziałaś, żebym spieprzał.- Prychnęła lekceważąco.- Słuchaj, kobieto. Chcesz żyć, czy wolisz tu zostać?
-On po mnie wróci.
-Uzależniłaś się od niego, czy co?- mój głos uniósł się o oktawę.
-Kocham go.
W odpowiedzi wybuchnąłem dzikim śmiechem. To co, że mnie to bolał. ta dziewczyna zwariowała.
-Najwyraźniej wybierasz samych złych ludzi.- uznałem nadal się śmiejąc.
-Słuchaj dupku! Ja tylko z tobą spałam! Bern to coś innego. - kurde! Co? Bern? Tak słodziutko.
-Coś innego, powiadasz? No tak. Zrobił ci krzywdę. Jak możesz go kochać? W ogóle wiesz co znaczy kochać?- spojrzała na mnie urażona następnie jej twarz przybrała dzikiego wyrazu. Uderzyła mnie otwartą dłonią w policzek.
-Tak wiem! Ciebie tez skrzywdził, pier...
-Holuj się, mała.- warknąłem przyglądając się jej.- Tak skrzywdził mnie i jakoś mi się nie wydaje, żebym czuł do niego coś innego oprócz nienawiści. Dziewczyno! Opanuj się! Spójrz co ci zrobił...
Nie patrzyła na mnie. Co było tak interesującego w jej dłoniach?
-Mogłem zrobić jej to, co zrobiłem twojej siostrze.- powiedział Bernard. Stał bardzo blisko mnie. Tuż za mną. Jeżeli przyprowadził następnego ochroniarza, to już było po mnie.
-Berni!!!- uciszyła się Vittoria. Popatrzyłem na nią wściekły, jednak ona nie zwracała już na mnie żadnej uwagi. Prawie udało mi się ja przekonać. Niech cie szlag, Dionisi! Powoli podniosłem się z klęczek sprawdzając jaka będzie reakcja Bernarda. Nie zwrócił na mnie uwagi. Obejmował Vittorię wycierając mokrą chusteczką rany, które sam jej zadał. Może sobie odpuścił. Ruszyłem w stronę auta. Już otwierałem drzwi kierowcy...
-Gdzie się wybierasz Barnesa?- zastygłem bezruchu nie odwracając się do niego.- Jeszcze z tobą nie skończyłem szczeniaku.
-Berni. Naprawdę chcesz się go tak szybko pozbyć?- zachichotała Vittoria.- Myślałam, że lubisz się wykazać.
-Tak kochanieńka. Masz rację.- odwróciłem się w ich stronę oboje mi się przyglądali.- Jedź do domu. Za trzy dni chcę cię tu widzieć... Albo tego pożałujesz.- Był przerażający. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie blado najpierw upewniając się, czy Bernard nie widzi. na dzień dzisiejszy uratowała mi życie.
Wsiadłem do samochodu z trudem łapiąc oddech. Czułem się coraz gorzej. Ból narastał z każdą chwilą. Kiedy zobaczyłem się w lusterku... O kurde! Cała prawą część twarzy miałem poobijaną. Ruszyłem w stronę Pasco. Droga o wiele dłuższa, ale wolałbym nie pokazywać się w szpitalu Kennewick.
05.04.2014
KONIEC X ROZDZIAŁU. Chciałam, żeby był ciekawszy niż reszta... I strasznie zależało mi na tym, żeby dodać go dzisiaj. Tak więc... Mam nadzieje, że się podobało. Zostawiam dla was
Ben'a:
Spojrzała w bok zaciskając usta w cienką linię, a ja przejęty jej stanem skrzyżowałem ręce na piersi i tylko na nią patrzyłem. W końcu i ona zwróciła na mnie uwagę, ale jej oczy były straszne. Chyba chciała mnie zabić...
-Dlaczego...- uderzyła mnie w ramię- Nie...- znowu- Dzwoniłeś!?- teraz to całkowicie mnie okładała. Bawiło mnie to i niestety nie potrafiłem powstrzymać śmiechu. Ona z resztą też.
- Nie wiem... Przepraszam?- spojrzałem na nią z ukosa nadal się uśmiechając.
-Bawię cię?- zagryzła wargę (JEZU!), żeby się nie uśmiechnąć.
Odchrząknąłem, by się 'odweselić'.
-Nie. Skąd, że. Ty? Mnie? Nigdy!- przyciągnąłem ją do siebie.- Dlaczego jesteś smutna?
-Nie jestem smutna.- westchnęła cichutko. Nie chciała mi powiedzieć? Nastrój mi się od razu pogorszył. Jak już mówiłem ten dzień był do bani. Chociaż był poniedziałek, 16 grudnia i nie musiałem iść do pracy, to jednak każdy inny dzień byłby lepszy.- Mój tata ma raka.- zaszlochała.
Przytuliłem ją jeszcze mocniej. Biedna Ashi. Zaszlochała jeszcze głośniej, trzęsła się.
-Chodź. Napijesz się herbaty. Nie płacz, słonko. - potarłem jej ramię i zmusiłem do ruszenia się z miejsca.
Przetarła oczy chusteczką sprawdzając czy nie rozmazał jej się makijaż.
Rak. To jedna z najgorszych rzeczy jakie mogą przydarzyć się człowiekowi. Wiele osób umiera na tą własnie okropną chorobę. Nigdy bym nie pomyślał, że pan Greene jest chory. To tak wspaniały i żywiołowy człowiek, że nie było tego po nim widać. Wyzdrowieje. Jego rodzina musi w to wierzyć. Raka można wyleczyć, a Charlie go pokona. Jestem tego pewien.
Ashley spojrzała na chusteczkę i jęknęła zauważając na niej czarny ślad.
-Nie rozmazałaś się.- oznajmiłem. Jesteś piękna... Dlaczego nie powiedziałem tego na głos? Tchórz. czego się boisz bekso? Ja pierdzielę... Muszę zakończyć kłótnie z moim umysłem, bo przerodzi się to w psychozę.
Przepuściłem Ashley w drzwiach.
-Usiądź.- poprosiłem kiedy znaleźliśmy się w kuchni. Rozglądała się po pomieszczeniu z lekkim uśmiechem na twarzy. O czym myślała?
-A co u ciebie? - spytała patrząc jak zalewam herbatę. Spojrzałem na nią. O szlag!!!
-O kurwa! Auu!- Jęknąłem z bólu. Wrzątek z czajnika bardzo szybko znalazł się na mojej ręce parząc tatuaż wilka. Zanim zdążyłem coś zrobić Ashley pociągnęła mnie na krzesło. przyłożyła do mojej ręki zimną mokrą ściereczkę. Ulga!- Ja... Ja to sam zrobię.- mruknąłem odsuwając rękę, ale ona przyciągnęła ją do siebie z powrotem łapiąc za przedramię. syknąłem z bólu.
Poruszyła tylko figlarnie brwiami.
-On się na mnie dziwnie patrzy.- oznajmiła przyglądając się tatuażowi.
-Ale na pewno cię lubi. Ma taki dziwny wyraz mordki , bo nie słuchał się babci, a mówiła mu 'nie rób takich min, bo ci tak zostanie'. Biedny. Pewnie mu tak nie wygodnie...
Wybuchnęła śmiechem i znów na mnie spojrzała. ( Duże oczy!)
-Dlaczego wilk?- spytała nadal z uśmiechem na twarzy. Usiadła na krześle na przeciwko mnie.
-Wilk symbolizuje... dzikiego ducha... Reprezentuje wolność, lojalność, energię, chęć bycia wolnym od ograniczeń... - zastanowiłem się chwilkę. jakby to ująć?- ograniczeń współczesnego świata.
-A innym się po prostu kojarzy z ładnym zwierzątkiem. Jakie masz jeszcze tatuaże?
-Czaszkę na szyi, Ditę Von Teese na ramieniu...
-Pokaż mi! - podjudziła się. Ściągnąłem brwi. Tak bardzo lubi Ditę? Zsunąłem kurtkę i podciągnąłem rękaw ukazując najlepszy i największy tatuaż jaki miałem.
-Lubisz Burleskę?- Dotknęła mojej skóry przyglądając się dziełu Lizz Cookie z uwielbieniem.
-Tak. Ale Dita... Nie pokazuje tylko siebie i swojego tańca, ale także swoją wspaniałą grę aktorską. Bo na tym właśnie polega burleska. Jest zmysłowa, piękna. Burleska to nie striptiz, tylko...
-Teatr.- dokończyła spoglądając mi w oczy- Jesteś inny.
-Już mi to mówiłaś.- przygryzłem wargę. Nic mi nie odpowiedziała. Tylko jej szare oczy przyglądały się moim czarnym. Pochyliłem się lekko dając jej do zrozumienia, ze mam zamiar ją pocałować. Ona jednak przesunęła się na bok muskając wargami mój policzek. Co? Dlaczego?
- To co z tymi tatuażami? To wszystko?
Zamrugałem kilkukrotnie.
-A wolałabyś, żeby to był koniec z wymienianiem?
-Nie. Lubię tatuaże. Każda ilość jest spoko.- 'Spoko'. Dziwnie to brzmi w jej ustach.
-Mam jeszcze trzy na środkowym palcu...
-Tak. Skrzyżowane piszczele ciekawy...
Parsknąłem śmiechem.
-Taa. I na barku napis 'I fell apart, but got back up again' i... to wszystko.- chyba się zarumieniałem.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
-Miały być trzy. Jeszcze jeden.
Może go kiedyś sama zobaczysz... Potrząsnąłem szybko głową, żeby odgonić tą głupią myśl.
-Nie jest to najciekawsze miejsce na tatuaż.- odparłem, a ona odruchowo spojrzała na moje spodnie. Zaśmiałem się. Chyba każdy by pomyślał, że jest tam.- Na pachwinie mam wytatuowane piórko.- Ten tatuaż jest moim największym błędem... No ale nie moja wina...
-Dlaczego piórko i dlaczego tam?- znowu jej wzrok przeniósł się na dół. Nie patrz się tam!
-Nie wiem i nie wiem. To tylko dla tego, że jakiś salon tatuażu był czynny w noc z 20 na 21 czerwca w 2011 roku.- Oh... Z moich dwudziestych pierwszych urodzin nie pamiętam nic kompletnie. Kiedy się obudziłem tak strasznie bolała mnie pachwina, że myślałem, że coś mi się stało. Kiedy stanąłem przed lustrem i zobaczyłem ten głupi tatuaż (który nie był mały) zaraz pognałem opieprzyć Nathana. ( No on zaplanował to wszystko. Ten cały wieczór.) I do końca swoich dni będę się zastanawiał co ja wtedy robiłem, z kim rozmawiałem i robiłem inne rzeczy (nie mówię tu o konkretach )
-Okej... Zgaduję, że były to twoje urodziny.- parsknęła przesuwając palcem po uchu kubka.
-Dobrze zgadujesz.- przytaknąłem jej podchodząc do lodówki.- Zjesz coś?
-A co masz?
-Ehm... Mięso. Dużo mięsa.-burknąłem. Nie, że byłem wegetarianinem, ale tyle zwierzyny, to ja jeszcze w lodowce nie miałem. Jej zawartość zaczęła tak wyglądać od kiedy zaczął mieszkać tutaj Nathan. Który jadł praktycznie rzecz biorąc tylko mięso, jajka i tłuste rzeczy.
-Sam sobie jedz trupa.- Ooo!
-Wegetarianka?- I dobrze!
-Taak. No bo, to przecież kiedyś żyło. Nie?
-No racja. To prawie jak kanibalizm.- Czyli Wayne Static jest prawie kanibalem? - To zaraz zrobię coś zdrowego, smacznego i bezmięsnego do przekąszenia. Okej?
-Okej.- Była uśmiechnięta, ale wyglądała na zdziwioną. Co ją tak zdziwiło?
Po piętnastu minutach dwie porcje sałatki owocowej były gotowe.
Ashley skosztowała i oniemiała.
-Boże! To jest pyszne!- delektowała się każdym kęsem. I znów nie powiem... Schlebiało mi to.- Kto cię nauczył to przyrządzać?
-Mama. Ogółem mama nauczyła mnie gotować. Ona była wspaniałą kucharką... I piosenkarką. A tata był świetnym pianistą. To przez nich zacząłem interesować się muzyką.
-Dlaczego mówisz w czasie przeszłym?- ściągnęła brwi przerywając na chwilę jedzenie.
-Oni nie żyją. Długa historia, której nie chcę teraz opowiadać. kiedy indziej ci wytłumaczę.
-Przykro mi.- jej mina zbladła. Nie lubiłem współczucia. To takie przygnębiające, kiedy ktoś ma lepiej... wiem. Egoistyczna myśl.- Co do muzyki, to słyszałam jak śpiewasz. Przewspaniale. Grasz na fortepianie?
-Tak gram na fortepianie, ale to mieszkanie nie pomieści nawet pianina, więc mam gitary.
-Ile grasz?- wyglądała na szczerze zaciekawioną.
-Na fortepianie od kiedy skończyłem siedem lat,a na gitarze od trzynastki.
Westchnęła przyglądając się swoim dłoniom.
-Chłopak z gitarą...- lekko się uśmiechnęła. ...byłby dla mnie para. Ta! Chciałbyś.
Nagle usłyszałem otwierające się drzwi. Wyszedłem z kuchni i zobaczyłem Nathana. Widać było, że 'nie był sobą'. Oczy miał podkrążone i cały czas pociągał nosem. Efekty ćpania.
-Cześć.-mruknął wesoły. Znowu był pijany.
-Idź sprzątnij to, co zostawiłeś w salonie na stole.- warknąłem wskazując drzwi pomieszczenia.
-A co ja... Aaa. Tak...- zaśmiał się- To zrobię później. Najpierw się napije wody. No, bo przecież wiesz... kac i te - pociągnął nosem- sprawy.
-Nie najpierw to sprzątniesz.
-Jezu! nadwrażliwy jesteś! Chcesz to sam posprzątaj!
Ruszył w stronę kuchni, ale zatarasowałem mu drogę. Wkurzył mnie. Niech słucha.
-Słuchaj, palancie. Nie jestem twoim sprzątaczem, kucharzem, niańką dla tego walonego kota i chłopcem na posyłki. Nie będę za Ciebie niczego robić. Nie będę sprzątał po tobie ciuchów, żarcia, naczyń i tym bardziej prochów! Sam sobie gotuj i kupuj piwo! A kota, to możesz zamknąć w klatce albo kupić do chuja kuwetę!- Nie krzyczałem. Mówiłem tylko trochę podniesionym głosem.- Idź sprzątnij to świństwo albo się stąd wynoś!
Patrzył na mnie wściekły, ale ruszył do salonu i zaczął zbierać ze stołu proszek. Odetchnąłem i wróciłem do kuchni.
-Przepraszam.
-Nie no. Spoko. Każdy ma granice cierpliwości. To Nathan, tak?- Ah... No rzeczywiście opowiadałem jej o nim. W odpowiedzi pokiwałem tylko głową. Moim zdaniem trochę przesadziłem, ale kiedy Nathan wparował zaćpany do domu, to po prostu... No nie mogłem!!!-Wiedziałeś, że ćpa?
-No... Tak...
-I zgodziłeś się, by z tobą zamieszkał?- przerwała mi
-Był moim przyjacielem. Nie potrafiłem go tak po prostu wygonić. Myślałem, że zmienił trochę swoje nawyki od czasu studiów, ale się najwyraźniej myliłem. On nie zarabia... Nie mogę go zmotywować.
-Uda ci się. Jesteś bardzo charyzmatyczny.- Ja? Charyzmatyczny? Najwyraźniej Ashley odkrywa moje cechy... O których sam nie mam pojęcia.
Do kuchni wszedł Nathan. Dawno był u fryzjera, bo włosy sięgały mu prawie do żuchwy.
Spojrzał na Ashley i uśmiechnął się zalotnie.
-Ashley to Nathan... Nat poznaj Ashley.
Ashi podała mu dłoń, którą on ucałował. Mi się to nie spodobało, a Ashley się nawet tego nie spodziewała.
-Miło mi poznać.- jego oczy znalazły się na przeciwko jej.- Co tak atrakcyjna kobieta robi u Barnesa?
-Przyszłam go odwiedzić.- Ashley się zarumieniła, a ten... skur...kot przejechał dłonią po jej ramieniu. Nagle poczułem na dłoni silne ukłucie. Za mocno ścisnąłem szklankę, która po naciskiem pękła i jej kawałeczki wbiły się w moją skórę. Ashley spojrzała na mnie wielkimi, przerażonymi oczami. Ignorując ich wstałem, wyrzuciłem naczynie do kosza.
-Daj mi rękę.- powiedziała za moimi plecami.
-Nie, Ashley.
-Ben! Co ci dzisiaj jest?- zwróciłem wzrok w jej stronę. Bawiło ją to. Widząc jej uśmiech sam parsknąłem rozbawiony. To pewnie przez ciebie i tego zaćpanego durnia, który cię dotyka.
-Nie wiem. Ale cieszę się, że to cię bawi.- mówiłem nadal uśmiechnięty.- Rozmawiaj sobie z Nathanem. Ja się sobą zajmę.
-Aaa- szepnęła.- Więc o to ci chodzi.- Przybliżyła usta do mojego ucha.- Jesteś zazdrosny?
-Nie.- zaprzeczyłem mało wiarygodnie na co ona jeszcze bardziej się roześmiała. Ujęła moją dłoń i zaczęła wybierać kawałki szkła. - Mam dwie ręce. Mogę to sam robić.
-Fuj. Krew.- mruknęła puszczają moją uwagę mimo uszu. Już dawno uznałem, że jest uparta, ale wiem także ponad wszelką wątpliwość, że chce mi tylko pomóc, choć tej pomocy nie potrzebowałem. Zacząłem przyglądać się jej twarzy. Była skupiona, a brwi miała zmarszczone. Jej usta złączone były w cienką linię. Otworzyła je jednak kiedy jej buzia zaczęła nabierać zielonego odcienia.
-Wystarczy ci. Zrobiłaś się zielona. Siadaj. - wolną ręką pociągnąłem ją na dół. Gdyby chciała mogłaby mnie zabić wzrokiem.- Bardzo ci dziękuję, ale nie chcę żebyś mi tu zemdlała. Naprawdę. Poradzę sobie, mała.- Szlag! Powiedziałem 'mała'.
-Hę?- oburzyła się teatralnie.
-Ashley- poprawiłem się. W odpowiedzi usłyszałem parsknięcie.
Sięgnąłem do szafki nad kuchenką i wyciągnąłem wodę utlenioną, gazę oraz bandaż. Wypłukałem rękę z ciemnej krwi. Woda utleniona nieprzyjemnie piekła rany. Gaza i bandaż nie dawały największej swobody i wygody jednak chroniły skaleczenie przed środowiskiem zewnętrznym i zapobiegały zakażeniu.
Nie przejmując się tym, że Nathan zajął moje miejsce zagadując głęboko Ashley pogawędką o muzyce.-Dowiedziałem się już wcześniej, że lubiła Katy Perry, jej ulubiony i ukochany zespół 'ever' to Kings Of Leon. Podobał jej się bardzo Matt Bomer. Niestety jest gejem, jest stary i ma trojkę dzieci... Ale z tym Matt'em Bomer'em odszedłem od tematu.- Wytarłem ze stołu kropelki krwi, kiedy zadzwonił telefon Ashley. Wyciągnęła go z kieszeni i dopiero w tamtym momencie zorientowałem się, że to nie dźwięk połączenia przychodzącego, ale powiadomienia. Wszędzie unosiła się piosenka 'Use Somebody' Z repertuaru Kings of Leon.
-Muszę lecieć.- oznajmiała wstając i chowając telefon do kieszeni.
-Mogę...- zaczął Nathan. O nie, nie, nie, nie! Ja już wiem co on chciał powiedzieć. Nie!
-Mogę Cię odprowadzić.- przerwałem mu. Ashley podeszła do mnie i pocałowała w usta. Znowu ona podjęła pierwszy krok! Oddałem pocałunek nie dotykając jej dłońmi. Opierałem się o szafkę kuchenną, a ona o mój tors.
-Nie musisz.- odsunęła się ode mnie.- Nie mam daleko. Do zobaczenia.- puściła do mnie perskie oko a Natowi pomachała na pożegnanie.
-Cześć.- Odpowiedzieliśmy.
Kiedy wyszła spojrzałem na Nathan'a drwiąco. To takie zadowalające kiedy ma zakłopotana mnie i nie wie co powiedzieć. Dlatego nie podrywa się czyichś gości. znowu muzyczka. Tym razem z mojego telefonu Convergence z repertuaru 30 Seconds To Mars. SMS w języku włoskim:
,,Dzień Dobry Panie Barnes. Ja wiem. Nie chcesz mnie widzieć. Nienawidzisz mnie. Ale musisz się ze mną spotkać. Muszę się z tobą rozmówić. Nie zrobię ci krzywdy.''
Sranie w banie! Ale pójdę... Co mi tam. Dwudziesto(prawie)cztero wojskowy przeciwko psycholowi po czterdziestce.
W SMS'ie, który dostałem po zgodzeniu się na spotkanie była zamieszczona lokalizacja. Zmartwiło mnie to, że będę musiał spotkać się z nim poza miastem i czułem tutaj jakiś podstęp, więc byłem przygotowany na wszystko. Koszulkę ubrałem za długą, bym mógł zakryć SIG'a 9mm. Lepiej bym się czół z AK-47 albo X-9 SWAT... No ale gdzie to schowasz? Właśnie plusem bycia w wojsku było to, że miałem okazję używać tych najlepszych broni. Ah... Co to były za czasy.
Autostrada 82 łączyła Kennewick z miastem Umatilla w stanie Oregon Jednak przedtem trzeba by było przejechać przez McNary Wildlife Nature Area. A jest to rezerwat dzikiej natury, więc nawet jeśli chciałbym szybko uciec w tamtą stronę, to nie mógłbym, bo możliwym by było, że zabiłbym beztrosko jakieś zwierzę. Czego nie chciałem. Dla własnego dobra nie powinienem myśleć o najgorszym. Może nie będę musiał uciekać, bić się i sięgać do kabury przy spodniach.
Przy zjeździe na drogę 397 zatrzymałem się i wysiadłem z auta. Przy bardzo trzęsących się nogach samochód z wysokim zawieszeniem nie jest najlepszy. Wyskakując z niego ledwo złapałem równowagę. Weź głęboki wdech. Czekaj na Bernarda. W razie czego nie uciekaj z powrotem do Kennewick. Przez 397 też nie mógłbym jechać, bo wyszłoby na to samo... Skierowałbym się do Pasco.
Usłyszałem za plecami chrupanie żwiru pod czyimiś butami. Odwróciłem się powoli. O kurde. Nie zmienił się. Nadal był chudy, włosy miał nadal ciemne, ale doszło wiele siwych odcieni. Stałem patrząc na niego... z wyrzutem? Przerażeniem? Moja twarz na pewno nie została bez wyrazu. Bernardo Dionisi. Kiedyś nadpobudliwy, przerażający, władczy. Teraz trzęsący się z zimna, spokojny, opanowany, bezbronny. Choć mogły to być tylko pozory. Wpatrywał się we mnie z życzliwym uśmiechem. Dlaczego nic nie mówił? Chciał się ze mną rozmówić.
-No mów.- odezwałem się.
Przekręcił głowę bardzo szybko. Wyglądało to jak jakiś skurcz... Albo coś w tym rodzaju. Tak czy siak wyglądało to przerażająco.
-Benjamin Barnesa.- szepnął robiąc krok w moją stronę. Ja zaś cofnąłem się o dwa.
-Ben Barnes.- poprawiłem go przyglądając się spadającemu na asfalt śniegowi. Po moim ciele przeszedł chłodny dreszcz. Z zimna?
-Ben. Jak milo Cię widzieć.- Jego ton był za ciepły. Za słodki. Nigdy tak się do mnie nie zwracał.
-Bez wzajemności.- odrapałem nadal na niego nie patrząc. Uu... Chłodno. Skrzyżowałem ręce na piersi. Długi sweter nie dawał dostatecznego ciepła.
-Zmieniłeś się.- zauważył.- Czyżby zawładnęła tobą ciemność?
W końcu na niego spojrzałem. Jego wzrok był zmartwiony, czuły. Przeszywał całego mnie.
-Żałoba.- w mojej głowie pojawiły się tysiące wyzwisk, które mógłbym wypowiedzieć, które były prawdą i nie mógłby uznać ich za bezpodstawne.
-Chłopcze. Wszystko się kiedyś kończy.
-Nie musiało się kończyć tak szybko! Jak można zabrać komuś rodzinę? Jak można nie mieć wyrzutów sumienia? I masz jeszcze czelność zwracać się do mnie! Przyjechałeś do Stanów, żeby mnie wykończyć?
-Ben...
-Czy chcesz mnie zabić?!- ja nie krzyczałem ja się darłem.- Mogłem iść na policję! Mogłem cię zabić i nadal mogę to zrobić! Teraz w tej chwili, ale wiedz, że nie chce być taki jak ty. Nie chcę być mordercą. Nie chce być jeszcze gorszym człowiekiem.- z każdym słowem mój głos stawał się coraz cichszy.
-Ale ty jesteś złym człowiekiem. Wiesz to.- zdawałem sobie z tego sprawę.- Ja też to wiem. Wiedzieli to Kathriene i Alejandro. Wiedziała to Susanne.
-Jak śmiesz wymawiać ich imiona?- Nie uważali mnie za złego człowieka. Przecież byłem dla nich ważny...
-Pozwolisz, że będę wymieniać dalej.- odpowiedział mi.- Wiedziała to Vittoria.- Co ona ma do tego?- Ale nie wie tego Ashley.-Co? - Nie wie Samuel, Alexandra, Andre i Griffin'i.
-Skąd ty to wszystko wiesz?
-Znam cię lepiej niż ty sam, Ben.
-Nie znasz mnie. Nic o mnie nie wiesz. NIC! Rozumiesz?! Jestem złym człowiekiem. Zgodzę się z tobą! Ale ty jesteś o stokroć gorszy. Nic nie znaczysz! Nie boję się ciebie!
-Ja bym się tam go bała.- odparła jakaś dziewczyna. Była wysoka. Niewyższa ode mnie. Miała płowe włosy ciemniejsze u nasady. Nidy bym jej nie rozpoznał, gdyby nie jej czekoladowe, błyszczące oczy i pełne usta. Vittoria. Nadal była słodka. Była jeszcze piękniejsza. Już prawie ucieszyłem się na jej widok, kiedy podeszła do Bernarda i pocałowała go namiętnie w usta. Auć... Nie był to przyjemny widok. Zacząłem głębiej oddychać spuszczając wzrok... No nieźle. Długo to trwa. Nagle Vittoria krzyknęła 'Bernard'. Spojrzałem na nich dyskretnie. Pociągnął ją mocno za włosy następnie odsunął z jej ramienia bluzkę i ugryzł ja tak mocno, że z rany zaczęła mocno lecieć krew. Nie zmienił się. Wcale! Odepchnął od siebie płaczącą z bólu dziewczynę i wytarł usta rękawem.
-Dobra młody.- zwrócił się do mnie.- Nie będę się z tobą cackać. Musi cie wreszcie spotkać, to co spotkało resztę.
-Dawaj.- oparłem próbując nie zwracać uwagi na trzymającą się za ramię włoszkę. Biedna kobieta
-Nie- powiedziała cicho. Bernard znów zrobił te przerażając obrót głową. Zwrócił się w jej stronę i kopnął z całej siły w brzuch. Zawyła padając na ziemię. Łkała błagając go o litość.
Poczułem na mojej ręce czyjś dotyk. Odwróciłem się w jego stronę i niespodziewanie dostałem w twarz pięścią. Następnie napastnik chciał mnie kopnąć, ale ja w porę odsunąłem się na bok. Mogłem zablokować atak jednak nie byłem pewien czy mi to wyjdzie. Był ode mnie szerszy w barkach i miał większą masę ciała. Przeważałem nad nim tylko wzrostem i szybkością, bo było po nim ewidentnie widać, że jego masa przeszkadza mu w szybszym poruszaniu się. Odsunął się ode mnie o kilka kroków by rozpędzić się i wykonać skok w moją stronę. Korzystając z posiadania ciężkich glanów wymierzyłem mocnego kopniaka w jego podbrzusze. Krzyknął z bólu i na chwile stracił równowagę niestety ponownie ją łapiąc. Następnego ciosu nie zdążyłem uniknąć. Poczułem silny ból żeber. Przewidywałem złamanie. Wziąłem się w garść. Chwila nieuwagi przeciwnika... Runąłem na niego zwalając go na żwir. Usiadłem na jego nogach nie dając mu możliwości ruszenia nimi. Zanim zdążył owinąć swoje dłonie wokół mojej szyi zacząłem okładać jego twarz serią mocnych uderzeń pięścią. Zepchnął mnie. Najwyraźniej zorientował się, że zostawił uraz na moich żebrach. Ryknąłem z bólu i wylądowałem obok samochodu uderzając potylicą w metal. Auu!!
Łohohoho! Gościu się zmęczył. Zebrałem w sobie wszystkie siły, by wstać. zaszedłem go od tyłu uderzając z całej siły o pięściami w skronie. Padł na ziemię. Nie ruszał się, więc mój plan wypalił. Zemdlał.
Odetchnąłem ciężko tym samym sprawiając sobie ból. Tak. Były złamane. Rozejrzałem się dookoła nikogo nie było oprócz leżącego pod moimi nogami 'gostka' i opierającej się o drzewo Vittorii. Przeciągnąłem 'gostka' na pobocze i podszedłem do dziewczyny. Dotknąłem je policzka. Nie miała poobijanej twarzy, ale gorzej było z ramionami- które były pogryzione, podrapane. Podobnie jej brzuch.
Niebo zrobiło się ciemne. Dookoła panował mrok. Nie było księżyca... Znaczy się... był ale tylko jego szczupły sierp.
-Spieprzaj.- warknęła strzepując moją dłoń.- Muszę znaleźć Benarda.
-W takim stanie?- zadrwiłem.
-Czuję się świetnie.
-Nie pytałem.- Ona będzie wredna dla mnie, ja będę tak samo nieuprzejmy dla niej. Zgromiła mnie wzrokiem i uniosła podbródek w celu pokazania mi, że wcale jej nie uraziłem. - Wstawaj. - wyciągnąłem do niej rękę.
-Powiedziałam, żebyś mnie zostawił?- zlekceważyła mój hojny gest.
-Nie. Powiedziałaś, żebym spieprzał.- Prychnęła lekceważąco.- Słuchaj, kobieto. Chcesz żyć, czy wolisz tu zostać?
-On po mnie wróci.
-Uzależniłaś się od niego, czy co?- mój głos uniósł się o oktawę.
-Kocham go.
W odpowiedzi wybuchnąłem dzikim śmiechem. To co, że mnie to bolał. ta dziewczyna zwariowała.
-Najwyraźniej wybierasz samych złych ludzi.- uznałem nadal się śmiejąc.
-Słuchaj dupku! Ja tylko z tobą spałam! Bern to coś innego. - kurde! Co? Bern? Tak słodziutko.
-Coś innego, powiadasz? No tak. Zrobił ci krzywdę. Jak możesz go kochać? W ogóle wiesz co znaczy kochać?- spojrzała na mnie urażona następnie jej twarz przybrała dzikiego wyrazu. Uderzyła mnie otwartą dłonią w policzek.
-Tak wiem! Ciebie tez skrzywdził, pier...
-Holuj się, mała.- warknąłem przyglądając się jej.- Tak skrzywdził mnie i jakoś mi się nie wydaje, żebym czuł do niego coś innego oprócz nienawiści. Dziewczyno! Opanuj się! Spójrz co ci zrobił...
Nie patrzyła na mnie. Co było tak interesującego w jej dłoniach?
-Mogłem zrobić jej to, co zrobiłem twojej siostrze.- powiedział Bernard. Stał bardzo blisko mnie. Tuż za mną. Jeżeli przyprowadził następnego ochroniarza, to już było po mnie.
-Berni!!!- uciszyła się Vittoria. Popatrzyłem na nią wściekły, jednak ona nie zwracała już na mnie żadnej uwagi. Prawie udało mi się ja przekonać. Niech cie szlag, Dionisi! Powoli podniosłem się z klęczek sprawdzając jaka będzie reakcja Bernarda. Nie zwrócił na mnie uwagi. Obejmował Vittorię wycierając mokrą chusteczką rany, które sam jej zadał. Może sobie odpuścił. Ruszyłem w stronę auta. Już otwierałem drzwi kierowcy...
-Gdzie się wybierasz Barnesa?- zastygłem bezruchu nie odwracając się do niego.- Jeszcze z tobą nie skończyłem szczeniaku.
-Berni. Naprawdę chcesz się go tak szybko pozbyć?- zachichotała Vittoria.- Myślałam, że lubisz się wykazać.
-Tak kochanieńka. Masz rację.- odwróciłem się w ich stronę oboje mi się przyglądali.- Jedź do domu. Za trzy dni chcę cię tu widzieć... Albo tego pożałujesz.- Był przerażający. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie blado najpierw upewniając się, czy Bernard nie widzi. na dzień dzisiejszy uratowała mi życie.
Wsiadłem do samochodu z trudem łapiąc oddech. Czułem się coraz gorzej. Ból narastał z każdą chwilą. Kiedy zobaczyłem się w lusterku... O kurde! Cała prawą część twarzy miałem poobijaną. Ruszyłem w stronę Pasco. Droga o wiele dłuższa, ale wolałbym nie pokazywać się w szpitalu Kennewick.
05.04.2014
KONIEC X ROZDZIAŁU. Chciałam, żeby był ciekawszy niż reszta... I strasznie zależało mi na tym, żeby dodać go dzisiaj. Tak więc... Mam nadzieje, że się podobało. Zostawiam dla was
Ben'a:
Ashley:
Vittorię:
Oraz tego skurkota...
Bernarda:
Aha chciałam jeszcze zostawić album, który świetnie pomagał w napisaniu tego rozdziału. :)
piątek, 7 marca 2014
IX Rozdział
[Grudzień]
Wokalista Static-X znów zaczął drzeć się wniebogłosy! Odebrałem telefon.
-Sam...-nie skończyłem, gdyż ten zaczął ostro nawijać.
-Kuźwa! Ben! Przyjedź tu! Nie mam pojęcia co robić!- mówił nie wyraźnie, jego głos był spanikowany.
-Dobrze. Już jadę, ale powiedz co się dzieje.- Oczy miałem wielkie. ręce mi się trzęsły. Bałem się o niego. Jest w tarapatach? Coś się stało? Tyle pytań cisnęło mi się na usta, ale nie chciałem nic mówić.
-Tyle krwi. Człowieku kałuża po prostu. Nie wiem co się dzieje! Boję się! Tak się boję!- ze szlochem rozłączył się. Moje zdenerwowanie było w zenicie. Z trudem (wielkim, wielkim, przeogromnym trudem) trafiłem kluczykami w stacyjkę.
Jechałem ostrożnie, a w głośnikach słychać było głos dziennikarza prowadzącego poranne wiadomości, ale choć próbowałem, to nie mogłem go zrozumieć. To tak jakbym ze zdenerwowania zapomniał języka angielskiego.
Zjechałem na parking pod blokiem w którym mieszkali Stan'owie. Zadzwoniłem na domofon.
-Ben.- Mruknąłem. Sam, albo Alex otworzyli bez słowa. Szybko wbiegłem do ich mieszkania nie pukając. - Co się tu dzieje!?- nikogo nie było w holu.
-Chodź tu!- krzyknął Sam z łazienki. Ale, że niby do kibla!? Wszedłem do środka, także nie pukając. Wokół szlochającej Alexandry rozlana była kałuża krwi.- Kurde Ben! Pomóż! Co jej jest!? CO jest do cholery!?- był nie źle poddenerwowany, a jego krzyk jeszcze bardziej denerwował biedną kobietę, siedzącą na zimnych kafelkach.
-Nie krzycz.- szepnąłem i przykucnąłem przy jego żonie.- Alex.- Nadal mówiłem spokojnym szeptem. Gestem wskazałem Samuelowi, żeby ją zabrał. Kiedy wstała i zobaczyła małe, zniekształcone ciałko leżące we krwi, jej szloch przerodził się krzyk i łkanie. Na ten widok po policzkach spłynęły mi łzy. Ona już wiedziała co się dzieje, ale jej mąż był tak rozkojarzony, rozdrażniony i zdezorientowany, że nie był w stanie się domyśleć. Stał tylko obejmując mocno załamaną kobietę i tuląc ją do swojej klatki piersiowej. Wpatrywał się tępo to we mnie, to w stracony płód.- Sam.- zacząłem.- Przykro mi, ale... wasze... wasze...- cholerne łzy. Nie spływajcie zostańcie na swoim miejscu!- dziecko...- nie dałem rady nic więcej powiedzieć. Patrząc na przyjaciela pokręciłem głową i patrzyłem jak i u niego pobudza się ból i strata potomka. Już nie próbował być silny. Jego smutek dosięgnął zenitu. Zaczął płakać, jeszcze mocniej przyciągając do siebie Alex. Nie potrafiłem patrzeć się na to bez wyciśnięcia tony łez. Usiedli na kafelkowej posadzce, nie mogąc się pogodzić z tym, co się właśnie wydarzyło.- Posprzątam.- mruknąłem. Mój głos zrobił się bardzo chrypliwy od nadmiaru emocji i łez. Może to żałosne, bo nie dotyczyło mnie, ale działa się krzywda mojemu najlepszemu kumplowi. Człowiekowi, który pomagał mi w każdej sytuacji. Pocieszał w trudnych chwilach i słuchał każdego mojego wyżalenia. Nawet kiedy odbierał moje nocne telefony, emanował spokojem.
Wiedziałem gdzie, co się znajduje w ich domu. Z mopem i wiadrem zabrałem się za wycieranie krwi, uważając przy tym na nie żywy płód. Po posprzątaniu owinąłem go w chusteczkę i położyłem na szafce.
-Schowajcie je do jakiegoś pudelka i najlepiej zakopcie. Jedźcie do szpitala. Przykro mi.- mówiłem.
-Nie!- usłyszałem ich chórny krzyk kiedy otwierałem drzwi łazienki. Odwróciłem się raptownie.- Zostań.- szepnął Sam.- Zostań z nami..
-Ja się pójdę przebrać.- powiedziała. No tak. Jej spódnica z białej zrobiła się biało-czerwona. Poszła do swojego pokoju ( z pomocą męża, oczywiście), a poszedłem do salonu i usiadłem na obitej białym materiałem kanapie. Sam zaraz usiadł obok mnie.
-Dlaczego?- wiedziałem, że chodzi mu o stan Alex. Słychać było jak ona rozmawia z kimś przez telefon. Pewnie z matką albo przyjaciółką.
-Nie wiem- opowiedziałem szczerze.- Musielibyście jechać do lekarza, ale radzę to zrobić jak już się trochę uspokoicie.
-Wiesz... Na początku nie chciałem tego dziecka. Leciał już trzeci miesiąc... A ja już dawno byłem do niego przekonany. Tak świetnie się słuchało jak Alex wymyślała imiona. Nie raz wyobrażałem sobie jak gram z synem w piłkę, jak uczę córkę jeździć na rowerze. I pewnie bycie rodzicem to supersprawa, ale najwyraźniej nie dla mnie.
-Hej. Sam. Przestań. To, że teraz nie wypaliło, nie oznacza, że nie możecie spróbować jeszcze raz. Jedno niepowodzenie nie niesie za sobą prawdopodobieństwa drugiego.
-Skąd możesz to wiedzieć?
-Uczę się o tym, brachu.- obdarzył mnie bladym uśmiechem. Położyłem dłoń na jego ramieniu. Nic nie mówiliśmy. O niby o czym mieliśmy rozmawiać w tamtej chwili. Bardzo mnie urzekło, że jednak chciał tego dziecka, że nagle zechciał być tatom.
-Ben...- szepnął po chwili spojrzałem na niego. Przyglądał mi się ze zmartwioną miną. Uniosłem brwi.- Co...Eh... Ci się... stało w plecy.- O nie! Tylko nie to! Wybrał najgorszą chwilę z możliwych. Kiedy kiedy przypomniał o bliznach każda z nich zaczęła przeszkadzać. Od łopatek do dolnej części pleców, po każdej ciemno czerwonej szramie przeszedł dreszcz, ale to był taki bardzo nieprzyjemny dreszcz.
Patrzyłem na niego tępo. Co mam mu niby powiedzieć prawdę? Ha! To chyba jakaś kpina. Ale przecież sam uznałem, że trzeba mu o tym powiedzieć. Zwierzanie się mojemu psychiatrze chyba nie wystarczająco pomaga. No bo jaki jest sens jest w zwierzaniu się komuś, kogo się nie zna?
-Wiesz, że moi rodzice nie żyją?- przytaknął ruchem głowy. No nic. Powiem mu prawdę.- I wiesz, że nie żyje moja siostra. Miała wtedy czternaście lat. Wpadłem w depresję...
-Zrobiłeś sobie krzywdę!?- uniósł się. Czy taki musiał być własnie sposób na odwrócenie uwagi od tej tragedii.
-Nie! Nie taką. Nie jestem debilem! Nie chłostałbym się po plecach.
-Nie taką?- zdziwił się. 'Łapiąc za słówka'
-Odpowiadam teraz na inne pytanie.- odwróciłem jego uwagę od masochizmu. Skupmy się na sadyzmie.- Moi rodzice nie zginęli w wypadku.- uniósł zdziwiony brew. No przecież tak mu wmawiałem. To znaczy mówiłem mu to, co wmówili sobie wtajemniczeni.- Zostali zamordowani przez swojego przyjaciela. W nocy. Dzięki niemu... Przez niego zasnęli i już się nie obudzili.- Jego oczy były ogromne z przerażenia. Niecodziennie słyszy się takie życzy.- Temu człowiekowi uszło to na sucho...- mówiłem dalej, ale Was nie będę zamęczał tą opowieścią, którą już dobrze znacie.
A on dalej się patrzył. Nic nie mówił. Wcale. W ogóle. Nic! Objął mnie mocno ramieniem. Kurcze! Nigdy mnie nie przytulał i czułem się... Nieswojo? Tak szczerze, to podniosło mnie to na... duchu? Można tak powiedzieć. Nie? Chyba lepszym wydałoby się stwierdzenie... na psychice, czy... coś.
-Kurcze... Stary. Nie miałem pojęcia. Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej?
-A co w ogóle dało, że ci powiedziałem?- warknąłem wstając.- To przecież nic nie zmieni!- A ja się dziwiłem, kiedy usłyszałem, że włosi dużo machają rękoma. I muszę przyznać, że to chyba jednak prawda.
-Okej. Ben! Ogarnij.- uspokajał mnie.
-Nie mów tak. Możesz mówić 'uspokój się', 'Już nie krzycz' albo 'siadaj', ale nigdy 'Ogarnij', bo mnie jasny szlag trafi!- Warczałem patrząc na niego z góry. Kto w ogóle wymyślił to głupie słowo!? Albo lepiej powinienem zapytać: 'Dlaczego ludzie tak często go używają?' No bo... Kiedy jest czegoś nadmiar... przesyt, to staje się to irytujące i zaczyna robić się nudne i niepożądane... Że niektórych to nie frustruje!
-Dobra. Uspokój się, nie krzycz i siadaj.- wywróciłem oczami, ale zrobiłem to, o co mnie poprosił.- Życie jest do bani.- Zakrył twarz rękoma.
-W tej chwili twoje bardziej.- mruknąłem.
-Dzięki. Bardzo mi pomogłeś.- sarkastycznym tonem dał mi do zrozumienia, że tą uwagę mogłem zachować dla siebie.
-To przepraszam, że nie jestem mistrzem w pocieszaniu.
Wsparłem się na białej poduszce i zacząłem się wpatrywać w okno. Na dworze było okropnie brzydko. Padał śnieg, niebo było blade i nie przepuszczało ciepłych odcieni słońca... Za którym okropnie tęskniłem. Mógłbym teraz wrócić do Włoch albo wyjechać do Grecji czy nawet do innego stanu USA : Floryda, California , ale za bardzo się przyzwyczaiłem do Kennewick. Ludzie są tutaj są bardzo... przyjemni. Bardzo polubiłem niektóre osobistości i jak na razie nie mam zamiaru zrywać z nimi kontaktu. Sam, Andre, Ashi (Długo się z nią nie widziałem.), Alex. Właśnie Alex. Co ta kobieta musiała przezywać. Wyjście z takiego dołka to ciężka sprawa. Biedna dziewczyna... Żeby coś takiego przeżyć - Utratę kogoś bliskiego - trzeba być na prawdę silnym. I Alex po tym względem jest godna podziwu. Musiała podjąć W życiu wiele ważnych decyzji. Swoją edukację porzuciła dla muzyki. Planowała iść na prawo i zostać adwokatem, a przyszło jej grać w barze 'Stan'( Bardzo banalna nazwa, ale pasuje.), ale jeśli to lubi, to czemu nie? Chociaż wierzę w to, że Ona, Sam i Andre zrobią kiedyś karierę muzyczną.
-To on jeszcze żyje?- jego mina wyrażała ogromne zdziwienie. Dziwne... Chyba na prawdę próbował odepchnąć od siebie myśl, że na razie nie zapowiada się na to, że zostanie ojcem.
-Tak. Żyje i co gorsza ma się świetnie.- znowu cisza. To już chyba koniec przesłuchania.
-Okaleczanie się pomaga?- spytał.
-A skąd mam to wiedzieć? Nie wiem, ale to durne...
-Oj już nie kręć. Myślisz, że nie widziałem twojej reki, a po drugie sam powiedziałeś, że zrobiłeś sobie krzywdę.- Kurcze. Samuel jednak potrafi słuchać i myśleć logicznie.
-Nie.
-Co nie?- trochę się uniósł.
-Nie, nie pomaga. Nawet nie próbuj tego robić, bo ci nogi z... Nie będę ci prawił morałów... Albo i będę. Musisz zabrać Alex do lekarza.
-Po co?- Patrzył na mnie wielkimi jak spodki oczami. Bardzo głupie pytanie.
-Jak to 'Po co'? Musicie się dowiedzieć co jest powodem... poronienia. Ja już będę leciał. Trzymaj się i na prawdę weź ją do lekarza. To konieczne.
Wyszedłem i ubrałem kurtkę. Na dworze było już cieplej, ale nadal zimno.
Wsiadłem do samochodu i ruszyłem z powrotem do domu. W radiu już nie wiadomości, a jak na razie świetna muzyka. Evanescence- 'Sweet Sacrifice'. Ogółem sam zespół był świetny, a Amy Lee... jest śliczna, tak. Wiem. 'Co ty za głupoty wygadujesz?' Ale wystarczy się jej przyjrzeć. Ma duże szare oczy, pełne usta i wspaniałe kruczoczarne włosy. Do tego ze wszystkim efektownie kontrastowała się jasna porcelanowa skóra, a na dodatek Amy nie wyglądała na swoje 32 lata. Niestety z genialnego Evanescence zmienili piosenkę na coś z repertuaru Rihanny, której szczerze mówiąc nie nie trawiłem.
Do domu wszedłem po cichu... Nie wiem dlaczego tak jakoś wyszło, ale może to i dobrze, bo to, co zobaczyłem po wtargnięciu do salonu bardzo mi się nie spodobało. Na małym stoliku z ciemnego drewna leżał woreczek z białym proszkiem. Zauważyłem jeszcze ślady po kilku kreskach z tego proszku stworzonych. Nathan brał.
-Nathan!- zawołałem- Nat!-żadnej odpowiedzi.
Pobiegłem do łazienki. Ani po nim śladu. A może w sypialniach. Nic. Nie było go. Jak można wyjść zaćpanym z domu? Może mu się stać krzywda. - To była jedyna myśl, która w tamtej chwili krążyła po mojej głowie. Siedząc na podłodze w holu myślałem tylko o tym.
Obok mnie przysiadł kocur (wyleciało mi z głowy jak on miał na imię) i przyglądał mi się uważnie.
-I co sie patrzysz?- burknąłem mrożąc kota wzrokiem.- Po co ja się ciebie pytam. I tak mi nie odpowiesz. Jesteś tak głupim stworzeniem, że nie wiesz co się teraz dzieje.- Mówiłem do niego! Mówiłem do kota! Dopadła mnie jakaś nerwica. Nie mogą c już wytrzymać tępego wzroku zwierzęcia (?) poszedłem do siebie do pokoju... I jak na złość dzwoni telefon. Nie spojrzałem na ekran. A obiecałem, że będę to robić.
-Halo.- warknąłem. Nie miałem zamiaru używać tak okropnego głosu.
-Przepraszam. Nie wiedziałam, że przeszkadzam.- odezwała się osoba po drugiej stronie.
-Nie. Nie. Nie! Nie przeszkadzasz Ashley.- Nieźle się za nią stęskniłem.- Co u ciebie?
-Nic ciekawego.- Miała strasznie smutny głos.
-Coś się stało? Mogę ci jakoś pomóc?
-Po prosu się ze mną spotkaj.- odparła. Mruknąłem tylko przytakująco.- W parku. Chciałabym się z tobą zobaczyć.
Rozłączyła się. Szybko wybiegłem z mieszkania i ruszyłem w stronę parku.
-Gdzie się pan tak spieszy, Panie Barnes?- spoglądnąłem rozkojarzony na panią Hussian. Była to jedyna miła,starsza pani, którą znalem. Była strasznie niska. Jej siwe włosy wydawały się matowe w szarym świetle okropnego dnia. Wyprowadzała właśnie swojego pieska... Chyba mieszaniec. Zawsze witał mnie skacząc i szczekając. I tak było i tym razem.
-Na spotkanie.- odpowiedziałem głaszcząc rudego pieska. Uśmiechnęła się, a zmarszczki w okół jej oczu pogłębiły się nadając jej miłej twarzy jeszcze milszego wyrazu. Nie wiem dlaczego, ale tacy ludzie mnie wzruszali. Starsi, mili i bezbronni...- Jak się pani dzisiaj czuje? Wygląda pani olśniewająco.
-Dziękuje ci, chłopcze. Idź. Jeśli ci zależy to idź.- uniosłem brew. Skąd... A mniejsza.
-Do... do widzenia.- odpowiedziałem jąkając się i ruszyłem znów w stronę parku.
Ashley siedziała na ławce. Włosy upięte w wysokiego koka odsłaniały uszy, w których tkwiły słuchawki. Ciekawe czego słucha... Najbardziej w jej wyglądzie zauważalne były cienie pod oczami. Co ją tak wykończyło. Podszedłem bliżej i wreszcie mnie zaważyła. Podeszła do mnie z bladym śmiechem na twarzy. Kiedy widziałem ją miesiąc temu, wydawała się być szczęśliwa.
-Cześć Ashi.- szepnąłem.
-Hej.- głos się jej załamał. Wtuliła się we mnie. Objąłem ją wplątując palce w jej włosy. Ten dzień był naprawdę do bani.
07.03.2014
Okej. No to koniec następnego rozdziału. Ja wiem. Wszystko wiem. Nie dość, że dodaję rozdziały z miesięcznymi przerwami, to jeszcze się bezczelnie ociągam. No rozumiem. Ale jest. Krótki, ale jest. ma nadzieję, że się podobał. Jesli to czytasz komentuj. Komentarze bardzo pomagają. Naprawdę.
:) :3
-Ben...- szepnął po chwili spojrzałem na niego. Przyglądał mi się ze zmartwioną miną. Uniosłem brwi.- Co...Eh... Ci się... stało w plecy.- O nie! Tylko nie to! Wybrał najgorszą chwilę z możliwych. Kiedy kiedy przypomniał o bliznach każda z nich zaczęła przeszkadzać. Od łopatek do dolnej części pleców, po każdej ciemno czerwonej szramie przeszedł dreszcz, ale to był taki bardzo nieprzyjemny dreszcz.
Patrzyłem na niego tępo. Co mam mu niby powiedzieć prawdę? Ha! To chyba jakaś kpina. Ale przecież sam uznałem, że trzeba mu o tym powiedzieć. Zwierzanie się mojemu psychiatrze chyba nie wystarczająco pomaga. No bo jaki jest sens jest w zwierzaniu się komuś, kogo się nie zna?
-Wiesz, że moi rodzice nie żyją?- przytaknął ruchem głowy. No nic. Powiem mu prawdę.- I wiesz, że nie żyje moja siostra. Miała wtedy czternaście lat. Wpadłem w depresję...
-Zrobiłeś sobie krzywdę!?- uniósł się. Czy taki musiał być własnie sposób na odwrócenie uwagi od tej tragedii.
-Nie! Nie taką. Nie jestem debilem! Nie chłostałbym się po plecach.
-Nie taką?- zdziwił się. 'Łapiąc za słówka'
-Odpowiadam teraz na inne pytanie.- odwróciłem jego uwagę od masochizmu. Skupmy się na sadyzmie.- Moi rodzice nie zginęli w wypadku.- uniósł zdziwiony brew. No przecież tak mu wmawiałem. To znaczy mówiłem mu to, co wmówili sobie wtajemniczeni.- Zostali zamordowani przez swojego przyjaciela. W nocy. Dzięki niemu... Przez niego zasnęli i już się nie obudzili.- Jego oczy były ogromne z przerażenia. Niecodziennie słyszy się takie życzy.- Temu człowiekowi uszło to na sucho...- mówiłem dalej, ale Was nie będę zamęczał tą opowieścią, którą już dobrze znacie.
A on dalej się patrzył. Nic nie mówił. Wcale. W ogóle. Nic! Objął mnie mocno ramieniem. Kurcze! Nigdy mnie nie przytulał i czułem się... Nieswojo? Tak szczerze, to podniosło mnie to na... duchu? Można tak powiedzieć. Nie? Chyba lepszym wydałoby się stwierdzenie... na psychice, czy... coś.
-Kurcze... Stary. Nie miałem pojęcia. Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej?
-A co w ogóle dało, że ci powiedziałem?- warknąłem wstając.- To przecież nic nie zmieni!- A ja się dziwiłem, kiedy usłyszałem, że włosi dużo machają rękoma. I muszę przyznać, że to chyba jednak prawda.
-Okej. Ben! Ogarnij.- uspokajał mnie.
-Nie mów tak. Możesz mówić 'uspokój się', 'Już nie krzycz' albo 'siadaj', ale nigdy 'Ogarnij', bo mnie jasny szlag trafi!- Warczałem patrząc na niego z góry. Kto w ogóle wymyślił to głupie słowo!? Albo lepiej powinienem zapytać: 'Dlaczego ludzie tak często go używają?' No bo... Kiedy jest czegoś nadmiar... przesyt, to staje się to irytujące i zaczyna robić się nudne i niepożądane... Że niektórych to nie frustruje!
-Dobra. Uspokój się, nie krzycz i siadaj.- wywróciłem oczami, ale zrobiłem to, o co mnie poprosił.- Życie jest do bani.- Zakrył twarz rękoma.
-W tej chwili twoje bardziej.- mruknąłem.
-Dzięki. Bardzo mi pomogłeś.- sarkastycznym tonem dał mi do zrozumienia, że tą uwagę mogłem zachować dla siebie.
-To przepraszam, że nie jestem mistrzem w pocieszaniu.
Wsparłem się na białej poduszce i zacząłem się wpatrywać w okno. Na dworze było okropnie brzydko. Padał śnieg, niebo było blade i nie przepuszczało ciepłych odcieni słońca... Za którym okropnie tęskniłem. Mógłbym teraz wrócić do Włoch albo wyjechać do Grecji czy nawet do innego stanu USA : Floryda, California , ale za bardzo się przyzwyczaiłem do Kennewick. Ludzie są tutaj są bardzo... przyjemni. Bardzo polubiłem niektóre osobistości i jak na razie nie mam zamiaru zrywać z nimi kontaktu. Sam, Andre, Ashi (Długo się z nią nie widziałem.), Alex. Właśnie Alex. Co ta kobieta musiała przezywać. Wyjście z takiego dołka to ciężka sprawa. Biedna dziewczyna... Żeby coś takiego przeżyć - Utratę kogoś bliskiego - trzeba być na prawdę silnym. I Alex po tym względem jest godna podziwu. Musiała podjąć W życiu wiele ważnych decyzji. Swoją edukację porzuciła dla muzyki. Planowała iść na prawo i zostać adwokatem, a przyszło jej grać w barze 'Stan'( Bardzo banalna nazwa, ale pasuje.), ale jeśli to lubi, to czemu nie? Chociaż wierzę w to, że Ona, Sam i Andre zrobią kiedyś karierę muzyczną.
-To on jeszcze żyje?- jego mina wyrażała ogromne zdziwienie. Dziwne... Chyba na prawdę próbował odepchnąć od siebie myśl, że na razie nie zapowiada się na to, że zostanie ojcem.
-Tak. Żyje i co gorsza ma się świetnie.- znowu cisza. To już chyba koniec przesłuchania.
-Okaleczanie się pomaga?- spytał.
-A skąd mam to wiedzieć? Nie wiem, ale to durne...
-Oj już nie kręć. Myślisz, że nie widziałem twojej reki, a po drugie sam powiedziałeś, że zrobiłeś sobie krzywdę.- Kurcze. Samuel jednak potrafi słuchać i myśleć logicznie.
-Nie.
-Co nie?- trochę się uniósł.
-Nie, nie pomaga. Nawet nie próbuj tego robić, bo ci nogi z... Nie będę ci prawił morałów... Albo i będę. Musisz zabrać Alex do lekarza.
-Po co?- Patrzył na mnie wielkimi jak spodki oczami. Bardzo głupie pytanie.
-Jak to 'Po co'? Musicie się dowiedzieć co jest powodem... poronienia. Ja już będę leciał. Trzymaj się i na prawdę weź ją do lekarza. To konieczne.
Wyszedłem i ubrałem kurtkę. Na dworze było już cieplej, ale nadal zimno.
Wsiadłem do samochodu i ruszyłem z powrotem do domu. W radiu już nie wiadomości, a jak na razie świetna muzyka. Evanescence- 'Sweet Sacrifice'. Ogółem sam zespół był świetny, a Amy Lee... jest śliczna, tak. Wiem. 'Co ty za głupoty wygadujesz?' Ale wystarczy się jej przyjrzeć. Ma duże szare oczy, pełne usta i wspaniałe kruczoczarne włosy. Do tego ze wszystkim efektownie kontrastowała się jasna porcelanowa skóra, a na dodatek Amy nie wyglądała na swoje 32 lata. Niestety z genialnego Evanescence zmienili piosenkę na coś z repertuaru Rihanny, której szczerze mówiąc nie nie trawiłem.
Do domu wszedłem po cichu... Nie wiem dlaczego tak jakoś wyszło, ale może to i dobrze, bo to, co zobaczyłem po wtargnięciu do salonu bardzo mi się nie spodobało. Na małym stoliku z ciemnego drewna leżał woreczek z białym proszkiem. Zauważyłem jeszcze ślady po kilku kreskach z tego proszku stworzonych. Nathan brał.
-Nathan!- zawołałem- Nat!-żadnej odpowiedzi.
Pobiegłem do łazienki. Ani po nim śladu. A może w sypialniach. Nic. Nie było go. Jak można wyjść zaćpanym z domu? Może mu się stać krzywda. - To była jedyna myśl, która w tamtej chwili krążyła po mojej głowie. Siedząc na podłodze w holu myślałem tylko o tym.
Obok mnie przysiadł kocur (wyleciało mi z głowy jak on miał na imię) i przyglądał mi się uważnie.
-I co sie patrzysz?- burknąłem mrożąc kota wzrokiem.- Po co ja się ciebie pytam. I tak mi nie odpowiesz. Jesteś tak głupim stworzeniem, że nie wiesz co się teraz dzieje.- Mówiłem do niego! Mówiłem do kota! Dopadła mnie jakaś nerwica. Nie mogą c już wytrzymać tępego wzroku zwierzęcia (?) poszedłem do siebie do pokoju... I jak na złość dzwoni telefon. Nie spojrzałem na ekran. A obiecałem, że będę to robić.
-Halo.- warknąłem. Nie miałem zamiaru używać tak okropnego głosu.
-Przepraszam. Nie wiedziałam, że przeszkadzam.- odezwała się osoba po drugiej stronie.
-Nie. Nie. Nie! Nie przeszkadzasz Ashley.- Nieźle się za nią stęskniłem.- Co u ciebie?
-Nic ciekawego.- Miała strasznie smutny głos.
-Coś się stało? Mogę ci jakoś pomóc?
-Po prosu się ze mną spotkaj.- odparła. Mruknąłem tylko przytakująco.- W parku. Chciałabym się z tobą zobaczyć.
Rozłączyła się. Szybko wybiegłem z mieszkania i ruszyłem w stronę parku.
-Gdzie się pan tak spieszy, Panie Barnes?- spoglądnąłem rozkojarzony na panią Hussian. Była to jedyna miła,starsza pani, którą znalem. Była strasznie niska. Jej siwe włosy wydawały się matowe w szarym świetle okropnego dnia. Wyprowadzała właśnie swojego pieska... Chyba mieszaniec. Zawsze witał mnie skacząc i szczekając. I tak było i tym razem.
-Na spotkanie.- odpowiedziałem głaszcząc rudego pieska. Uśmiechnęła się, a zmarszczki w okół jej oczu pogłębiły się nadając jej miłej twarzy jeszcze milszego wyrazu. Nie wiem dlaczego, ale tacy ludzie mnie wzruszali. Starsi, mili i bezbronni...- Jak się pani dzisiaj czuje? Wygląda pani olśniewająco.
-Dziękuje ci, chłopcze. Idź. Jeśli ci zależy to idź.- uniosłem brew. Skąd... A mniejsza.
-Do... do widzenia.- odpowiedziałem jąkając się i ruszyłem znów w stronę parku.
Ashley siedziała na ławce. Włosy upięte w wysokiego koka odsłaniały uszy, w których tkwiły słuchawki. Ciekawe czego słucha... Najbardziej w jej wyglądzie zauważalne były cienie pod oczami. Co ją tak wykończyło. Podszedłem bliżej i wreszcie mnie zaważyła. Podeszła do mnie z bladym śmiechem na twarzy. Kiedy widziałem ją miesiąc temu, wydawała się być szczęśliwa.
-Cześć Ashi.- szepnąłem.
-Hej.- głos się jej załamał. Wtuliła się we mnie. Objąłem ją wplątując palce w jej włosy. Ten dzień był naprawdę do bani.
07.03.2014
Okej. No to koniec następnego rozdziału. Ja wiem. Wszystko wiem. Nie dość, że dodaję rozdziały z miesięcznymi przerwami, to jeszcze się bezczelnie ociągam. No rozumiem. Ale jest. Krótki, ale jest. ma nadzieję, że się podobał. Jesli to czytasz komentuj. Komentarze bardzo pomagają. Naprawdę.
:) :3
niedziela, 23 lutego 2014
CZYTAĆ PROSZĘ!
Jest taki mały problem. Następny rozdział nie skończył się jeszcze pisać. (No, bo wszystko robi się samo.:D) i jak na razie nie ma jak się skończyć. Tak więc Ben Wąs najmocniej przeprasza i obiecuje, że Kiedy tylko będzie mógł, to wróci i opowie wszystko.
Oraz mam nadzieję, że Wszystkie Kochane Osóbki, które fatygują się aby cztać Moje wypociny nie opuszczą Mnie i będą cierpliwe. Dziękuję i dobranoc. :)
niedziela, 26 stycznia 2014
VIII Rozdział
-Doktorze!- Emma, pielęgniarka, położyła swoja rękę na moim ramieniu. Odwróciłem się w jej stronę.- Przepraszam, że się tak brzydko zapytam, ale ma pan problemy ze słuchem?
-Nie.- zaśmiałem się.- Bardziej... Nie jestem przyzwyczajony do 'Doktorze' bardziej pasuje mi Ben, więc proszę mówić mi Ben.
-Ale...
-Jestem Ben. Jeszcze nie jestem doktorem.- powiedziałem dobitnie.- O co chodzi?
-Mały chłopiec ze skręconą kostką. Nie słucha się mnie, a żaden inny nie ma czasu. Pomoże mi Pan...- Uniosłem brew. Pan?- Ben.
-Tak... Ehm... Chodźmy.
W gabinecie siedział mały zapłakany blondasek. Miał z pięć lat. Obok niego siedziała... Ashley. Spojrzała na mnie, a ja na nią bardzo spłoszony.
-Ehm... Dzień dobry.- zająknąłem się.
-Dzień dobry- odpowiedziała Ashley.- Skręcił kostkę.- oznajmiła. Przytaknąłem i przykucnąłem przy krzesełku chłopczyka.
-Jak masz na imię?- spytałem. Spojrzał na mnie. Miał takie same oczy jak piękna kobieta siedząca obok niego.
-Jack.- Jęknął obolały.
-Dobrze. Jack. Wiem, że cię boli, ale musimy zrobić zdjęcie twojej nóżki, żeby zobaczyć co się dokładnie z nią stało. Idziemy?
Źle, że Emma zaprowadziła ich do tej sali. Sala do RTG była trochę dalej.
-Znaczy się pójdę ja i twoja... mama?- uśmiechnąłem się do Ashley, a potem do Jack'a.
-Siostla!- ożywił się po czym zaśmiał głośno.
-Okej! Facet!- wziąłem go ostrożnie na ręce nie chcąc urazić jego nogi. Przeszedłem z Ashley u boku i z jej bratem na rękach do odpowiedniego pomieszczenia, kładąc na stół.- Teraz się nie ruszaj.- rozkazałem włączając rentgen. Hmm...hmm... Nie jest tak źle, pomyślałem.
-Kostka będzie wymagała usztywnienia i rehabilitacji.
-Aż tak źle?- spytała przerażona Ashley.
-Nie. Rehabilitacja jest konieczna w większości przypadków.
Zająłem się kostką, po czym delikatnie opatrzyłem malutką stópkę.
-Becie dobrze?- spytał mały.
-Już jest dobrze ,Jack. Jak to się stało?
-Ymm... Bawił się z dziećmi i wpadł na pomysł, żeby skoczyć z murku, ale źle wylądował.- powiedziała opierając się o biurko.- Ja nawet nie wiem jak? Nigdy nic takiego się nie zdarzyło. On nawet często nie choruje. Kiedy najczęściej dzieje się coś takiego?- nagle spojrzała na mnie zaciekawiona.
- Staw skokowy, czyli potocznie kostka, jest niezwykle podatny na urazy. Skręcenie jest wynikiem złego ułożenia stopy na podłożu. To jest bardzo, bardzo częste. Nie masz czym się martwić.Uraz twojego brata to uraz graniczący między skręceniem lekkim, a drugiego stopnia, choć można je nazwać bardziej lekkim.
-Jejku. Ben, dziękuję.
-Taka moja przyszła praca.- wzruszyłem ramionami.
Wstała i uniosła powoli Jack'a
-Byłeś bardzo grzeczny,- pochwaliłem - więc w nagrodę dostaniesz coś słodkiego. Co ty na to?- poruszył energicznie głową. Wyciągnąłem z torby Mars'a i Snickers'a.-Wybieraj!- I wybrał. Snickers'a.
-Dziekuje plosze pana.- mruknął. Skinąłem mu służbowo głową. Telefon Ashley zadzwonił.
-Tak...U lekarza... No, skręcił kostkę...Teraz nie... Tak...No, przepraszam!- oburzyła się.- Tak... Lekarz.--osoba po drugiej stronie się uniosła.-Ben... Tak mamo, ten... Yhm... Co?!... Ale...Eh, Dobra.- odsunęła aparat do ucha i spojrzała na mnie.- Moja mama.- podała mi słuchawkę i odeszła na bok z chłopczykiem.
-Dzień dobry.- Powiedziałem cicho. Tylko szybko. Jesteś w pracy. Ponaglał mnie umysł.
-Witam. Proszę pana. Ezzi nie mówiła, że jesteś lekarzem, a mówi o tob... A mniejsza.- Mówi o mnie? Plus dla mojego ego.- Może przyjdziesz dzisiaj do nas na kolację. W ramach podziękowania.
-Ja...Nie... Nie jestem jescze... Nie mogę...
-Możesz! Panie Barnes, proszę.- Jej głos był tak przyjemny. Tak uspokajający. Tak jak głos Megan.
-Jeśli... Nikt nie będzie miał nic przeciwko...
-Nie będzie. Dzisiaj o 6. Do widzenia.- Rozłączyła się.
Następny dzień bez glanów? Następny dzień ukazywania tatuaży? Następny dzień bez papierosów? Następny dzień z Ashley! Oddałem jej telefon.
-Co jest?
-Twoja mama zaprosiła mnie na kolacje.- popatrzyła na mnie zdziwiona, ale zaraz się rozpromieniła.
-Extra! To my pójdziemy. Pa pa.
-Do zobaczenia wieczorem, Ezzi.
-Weź... A mniejsza.- Po mamusi.- Cześć.-Wyszła cicho zamykając za sobą drzwi.
Dwie godziny później siedziałem w domu pijąc kawę. Carly siedziała u siebie w pokoju, a Nathan'a nadal nie było. Niedługo wróci. Mógłbym się teraz denerwować. Zastanawiać się czy ochrzanić go kiedy wróci, ale nie! To dorosły człowiek. Nie mam prawa go pilnować i najwyraźniej jestem nadzwyczaj przewrażliwiony. Może to dlatego, że nieraz wrócił z poobijaną mordą.
Pomyślałem o muzyce. Muzyka. Wstałem i ruszyłem do swojego pokoju i ująłem w ręce gitarę.
-Maniac Messiah.- zamruczałem pociągając parokrotnie struny szukając dobrego dźwięku.- Destrucion Is His game... A beautiful liar... Love... For Him is pain- Nic lepszego nie wymyśliłeś?- The themles is now burning... Our faith caught up in flames... I need a new direction...Because... I lost my way... All we need is Faith, All we need is faight. Faight is all we need.- Nie... Może coś bardziej wesołego. Ile można układać piosenki o bólu i nie szczęściu? A może...- I... picked up my guitar...tried to write you a song...- Zapisałem. Głupotę, ale ją zapisałem.- But... Every word...I wrote just sounded wrong...- I zamierzałem to zapisywać.- Love... Another four letter word... I said... Love You... You even said love... me... But is that all is... takes... Is it mean to be... Love... I wanna make sure... Y...You loved. True love... Never... dies... - Kiedy skończyłem układać, zagrałem całe :
I picked up my guitar
Tried to write you a song
But every word I wrote just sounded wrong
Love
Another four letter word
I said I love you
You even said you love me
But is that all it takes
Is it meant to be
Love
I wanna make sure you loved
True love
Never lies
Just look into my eyes
I must be mad
To give up what we had
You know I never wanted to make you sad
Love
It was right there in front of me
I can write you a song about forever together
For better or worse
Rich or poor or whatever
Real love
That much I guarantee
True love
Sometimes cries
Just look into my eyes
Even if you think that it's goodbye
Tell me what to do and I will try
Nothing more important than you and I
Our love will never die
Even if you tell me it's goodbye
Look into my eyes for my reply
Oh, if it's goodbye
Love will never die
-Kurde! Jaki syf!- burknąłem drażniąc struny.
-A mi się podoba. Jest takie... słodkie.- Powiedziała Carly opierając się o framugę drzwi.
-Jeśli jeszcze raz powiesz, że coś związanego ze mną jest słodkie, to uduszę i ukatrupię. Nie jestem słodki. Nigdy przenigdy. Koniec kropka! Fine!- Nienawidzę słowa słodki. To jest takie... słodkie. Fuj! Ble ohyda!
-Tylko się nie zapowietrz, dziadziuniu. I mi się bardzo podoba.
-Carly? Co masz dzisiaj w planach?- zmieniałem temat.
-Ściągnęłam sobie film i chciałam go oglądać. A co?- była dzisiaj taka... uśmiechnięta. Zawsze. A może ja, stary zgred, powinienem brać od niej korki.
- Nie będzie mnie, a nie wiem kiedy wróci Nathan. Nie chcę Cię zostawiać samej z nim. Będzie pijany.- mój głos robił się coraz wyższy.- Kto wie co będzie mu chodzić po głowie. Jak można być takim pijakiem i mieć aż tak nie poukładane życie. Lubię tego gościa, ale jest naprawdę wkurzający. Nie wytrzyma dnia bez wypicia jakiegokolwiek rodzaju alkoholu! Obiecaj, że nie będziesz pić.- położyła lewą rękę na piersi, a prawą uniosła.- Dziękuję. I obiecaj, że znajdziesz sobie męża tak miłego, mądrego i boskiego jak ja.- zaśmialiśmy się, a ona usiadła obok mnie.
-Oczywiście. A gdzie będziesz, jeśli można spytać.- przytuliła się do mnie. odwzajemniłem uścisk.
-Na kolacji u Ashley, ale wrócę jak najszybciej będę mógł. Obiecuję Ci. Tylko gdzie cie zostawić kiedy nie będzie mnie.- Myślałem głośno.
-Mam piętnaście lat. Umiem o siebie zadbać. Kiedy przyjdzie Nathan i będzie pijany zamknę się w pokoju. Okej?
-Ale to ja mam Cię pilnować, a nie pokój.
-Oj Ben! Przecież nie odwołasz kolacji tylko po to, żeby mnie pilnować to nienormalne. Idziesz i tyle. Koniec kropka...Fine?- spojrzała na mnie pytająco.- I co będziecie robić?
-Tak słońce. Fine. Będziemy jeść. I będziemy rozmawiać, a tak w ogóle to jej mama mnie zaprosiła.
-Oł...- A to coś dziwnego?, pomyślałem.
- Głodna?
-Jadłam.- odparła pociągając struny gitary znajdującej się na moich kolanach. Podałem jej ją poszedłem do kuchni.
W między czasie Nat zdążył wrócić do domu. Oczywiście na kacu. Ja, ubrany w ciemną marynarkę, szarą koszulkę z napisem Deftones, ciemne dżinsy i trampki, wybrałem się parę domów dalej na kolację u Green'ów. Samochód zaparkowałem na podjeździe i z bukietem niebieskich frezji dla Pani Greene i czerwonymi różami dla Panny Greene (były to jej ulubione kwiaty, z tego co zapamiętałem.) podszedłem do drzwi i zapukałem, gdyż nie zauważyłem dzwonka. Parę chwil później stała w nich Ashley. Włosy upięte w luźny kok... Czarna, dopasowana suknia wyglądała na niej bardzo zjawiskowo.
-Hej. Ślicznie wyglądasz -szepnąłem podając jej bukiet róż. Przybliżyła się do mnie i pocałowała zagięcie żuchwy. Nie przeszkadzał jej zarost...
-Dziękuję. Za kwiaty, które są naprawdę śliczne. Masz plusa za to, że prawdziwe, i za komplement. Także wyglądasz świetnie.- Ta. Yhm. Pachniała tak ślicznie jak wyglądała. Perfumy miała ostre i przyjemnie drażniące.- Wejdź.- przepuściła mnie w drzwiach.
Znalazłem się w wąskim, ciepłym i przytulnym pomieszczeniu. Ściany, które pomalowane były na jasny kolor, bardzo powiększały mały pokoik.
Następnie przyszła do nas pani Greene. Przywitała mnie ściskając dłoń i wymawiając serdecznie 'Witam' gdy wręczałem niebieskie kwiaty.
Zostałem zaprowadzony do biało-brązowego pomieszczenia, które było jadalnią. Stół- ośmioosobowy został zrobiony z ciemnego drewna. Podłoga również wykonana została z ciemniejszej imitacji drewna. Na krzesłach siedziały dwie osoby. Znany mi już Jack i starszy mężczyzna czytający tom Stephena Kinga. Kiedy weszliśmy do pokoju podniósł na nas wzrok z nad czytanej lektury i podszedł do mnie z kamiennym wyrazem twarzy. Wyciągnął rękę, którą z lekkim opóźnieniem uścisnąłem. Zastanawiałem się nad tym, czy poznam jej ojca i czy w ogóle zwróci na mnie jakakolwiek uwagę. Przełknąłem głośno ślinę z nadzieją, że nikt nie usłyszał.
-Jestem Charlie. Tata Ashley.- naraz przymulony wyraz twarzy został zastąpiony przez szeroki uśmiech.
-Miło mi pana poznać - Wybąknąłem lekko się uśmiechając. I na jakie tory teraz sprowadzić rozmowę?
Zasiedliśmy przy stole. Przez pewien czas
panowała cisza. Słychać było tylko sztućce obijające się o porcelanę.
-Benjaminie. Opowiedz coś o sobie..- Zagryzłem dolną wargę. Ale, że co? Żeby coś opowiedzieć trzeba mieć o czym. Prawda?
-Ehm... Ja...- No co ja???- studiuję medycynę, chciałbym raczej iść w ortopedię, ogółem nie mieszkam tu za długo, zaledwie trzy lata. Wcześniej mieszkałem na Alasce z moimi rodzicami i siostrą...
-Ale ie jesteś Amerykaninem? Nie brzmisz. - zauważył Charlie.
-Jestem z Europy
-Dlaczego nie mówisz od razu skąd jesteś.- Przerwała mi Ashley. Nieładnie jest przerywać.
-No mówię... Z Europy...- uśmiechnąłem się do niej zalotnie ukazując zęby. Na co ona także się uśmiechając, zagryzła dolną wargę.- No dokładniej to z Włoch. - burknąłem. I po co to komu wiedzieć?
-Ale czy tak trudno powiedzieć od razu dokładnie? To bardzo intrygujące.- Ciągnęła dalej Ashley. Kobiety, to stworzenia uwielbiające dociekać, fochać się, sprzeczać, jakby miał z tego jakąś nie zrozumiałą wewnętrzną satysfakcje.
Nadal się do niej uśmiechałem.
-Ulicę też?- uniosłem brwi i przeczesałem włosy palcami.
-Nie przesadzasz? - zaśmiała się.- Przynajmniej kraj. Chyba, że się wstydzisz.
-Ależ oczywiście, że nie. Nie mam czego. - powiedziałem z powagą. Poczułem jak mój telefon wibruje w kieszeni. Nie mam czasu. Oddzwonię.
-No rzeczywiście, ale jeśli ty nie chcesz ja powiem.- Dobrze wiem, że inni członkowie 'spotkania' przysłuchiwali się nam z uwagą.
-Przepraszam. Zaraz wrócę.- Powiedziałem, kiedy nieustanne wibracje zaczęły mnie irytować. Wróciłem do holu.
-Witam, panie Barnes.- szepnął nieznajomy głos zanim zdążyłem się w ogóle odezwać. Mówił po włosku.- Co u ciebie słychać?
-Kto mówi?- spytałem w tym samym języku. Gościu miał głos niczym z taniego horroru. 'za siedem dni umrzesz. Buhahahaha!'
-Been! Nie pamiętasz głosu starego przyjaciela?- I teraz mój bardzo często opóźniający się mózg zaczął kojarzyć fakty. Wspomnienia wracały. Ból w klatce piersiowej narastał. Wyszedłem spokojnie na podwórko, musiałem wzbudzić trochę podejrzeń, alerobiło mi się cholernie gorąco. Ręce miałem spocone, a oddech i bicie serca przyspieszone. -Jesteś tam?
-Tak. Jestem. Po co dzwonisz. Skąd masz mój numer? Jak mnie znalazłeś? Gdzie..?
-Hej! Hej!- przerwał mi.- Nie tak szybko chłopie. Dzwonię, bo się stęskniłem.- Ha! On sobie ze mnie żartuje!- Skąd mam twój numer? To moja gorzka tajemnica. Jak cie znalazłem? Jesteś przewidywalny mój drogi. Lubisz język angielski, więc prostym było to, że wyjedziesz do kraju w którym się nim posługują. Nie mogło być to żadne państwo w Europie, bo chciałeś uciec ode mnie jak najdalej.
-Już. Pogadałeś? Odwal się ode mnie. Dobrze? Już chyba trochę za dużo namieszałeś w moim życiu- Ah! Namieszałeś w moim życiu! Jak to banalnie brzmi!- Nie chcę cię znać. Nie chce cię widzieć. Chce w końcu o tobie zapomnieć. Przypomniałeś sobie o mnie po tylu latach? Nie potrafisz odpuścić, Bernardzie.- rozłączyłem się. Już wiemy jakiego numeru unikać. Pomyślałem, kiedy wchodziłem z powrotem do środka.
-Przepraszam.- mruknąłem zasiadając przy stole.
-A więc. Powiesz coś po włosku jak masz okazję. - Ile razy można się pytać, czy powiem coś po włosku.
-Ed è così importante per te?- mruknąłem patrząc w dół. Uspokój się! Już z nim nie gadasz! Czy będzie to normalne, kiedy zacznę się kłócić z własnym umysłem?
-Sì, ma come ho detto ...- opowiedziała. Ja cie pierdzielę! Patrzyłem na nią jak sroka w gnat. Akcent może i miała marny. - uśmiechnęła się ponownie.
Potarłem czoło i spoglądnąłem na swój talerz, który był opróżniony do połowy.
-Nic. Nic. Ja tylko... Nie wiedziałem, że mówisz po włosku. Nie mówiłaś mi.
-Ty tez mi wcześniej nie powiedziałeś. To jedno z moich zainteresowań.- ucichła i znów panował spokój. Jedzenie było wyśmienite, więc szybko zniknęło z mojego talerza.
Wolałem, kiedy ktoś coś mówił. Nie myślałem wtedy o rozmowie z Bernardem i prawdopodobieństwem, że mnie znajdzie i zabije. Ale przypuszczałem, że do tego dojdzie..
-A propos zainteresowań. Czym się pan interesuje. - Pan Greene spojrzał na mnie po skończonej kolacji.
-Ja... Muzyką..
-A grasz na czymś? - dociekała jego żona.
-Tak. Na fortepianie i na gitarze.- cały czas mówiłem cicho.
Ellie uśmiechnęła się i położyła rękę na moim ramieniu.
-Jest pan zdolny. - Odparła. Pokręciłem przecząco głową.- Jak nie. Do tego być lekarzem. Trzeba mieć wielka odwagę, żeby brać odpowiedzialność za czyjeś zdrowie.
-I jesteśmy panu bardzo wdzięczni, że pomógł pan naszemu synowi. - wtrącił Charlie.
-Taka moja praca. I proszę mi mówić Ben... I rozmowa toczyła się dalej, ale to nic istotnego.
Wstałem od stołu, ponownie przepraszając i poszedłem do łazienki. Umyłem ręce i spojrzałem w lustro. W ciągu sześciu lat zaszła we mnie diametralna zmiana. Obciąłem włosy, mam zarost... Ktoś, kto znal mnie za czasów mojego pobytu we Włoszech, zapewne by mnie teraz nie rozpoznał. Westchnąłem i przeczesałem włosy palcami, po czym wyszedłem z łazienki. Natrafiłem przy okazji na Ashley wychodzącą z pokoju na przeciwko. Przebrała się w luźny T-shirt i dżinsy.
-Ja już chyba będę lecieć.- Powiedziałem.
-Nie. Nie idź jeszcze.- zmartwiła się. Schlebiło mi to. Chciała, żebym został dłużej, ale nie mogłem, nawet jakbym chciał. A chciałbym.
-Muszę iść. Mam gościa. Nie zostawię jej samej.
-Jej?- uniosła brwi w górę.
-Siostra.- rozwiałem jej wątpliwości.- Kiedy możemy się jeszcze spotkać?
-Nie wiem. Mam dużo nauki... Matma i te sprawy...
-Mogę ci pomagać.- zaoferowałem się. Zagryzła wargę (często to robiła) i spojrzała na mnie szarymi, pięknymi oczami. Przysunęła się do mnie i cmoknęła niespodziewanie w usta. Cmoknęła. To takie dziecinne. Przysunąłem ją do siebie i pochyliłem się wpiłem się w jej wargi, niepewnie odwzajemniła pocałunek, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej głębszy. Pchnąłem ją lekko przesuwając pod ścianę. Tak jakby grała piękna muzyka. Ptaki, skrzypce i tak dalej, ale potem ucichła, gdy spostrzegłem Ellie stojącą na końcu korytarzyka. Jej mina wyrażała wielką chęć oddalenia się jak najdalej stad.
-To ja może nie przeszkadzam- zachichotała, kiedy błyskawicznie odsunąłem się od jej córki. Przyległem do przeciwległej ściany.
-Ehm...Eee... Ja i tak muszę znikać.- Powiedziałem ruszając w stronę drzwi frontowych.- Żegnam panie.- kiwnąłem głowa patrząc na Ashley, której policzki płonęły z zawstydzenia. Wyszedłem i westchnąłem głośno. Odpaliłem auto i zacząłem się zastanawiać, czy poprawnie postąpiłem całując ją. Powinienem był ulotnić się zaraz po tym jak zadzwonił Bernard, ale nie, bo po co. Trzeba być tak... Ale nie warto się nad tym zastanawiać. Trzeba działać, jeśli wiem, że Ashley jest chętna głębszej znajomości ze mną, to dlaczego by nie spróbować, choć mam teraz większy problem na głowie. Moje życie. Czy nie tak? Czy ten człowiek nie odpuści? Jednak gdyby się tak głębiej zastanowić, to może on wcale nie chce mnie zabić... Nie. Wtedy nie miałby powodu, żeby mnie szukać. Nadal nie znam powodu śmierci moich rodziców. Nie wiem co nim kierowało. Możliwe, że to człowiek chory psychicznie. Pedofilstwo i sadyzm to choroby.
A co z ludźmi, których znam? Pewnie nic, bo kto będzie za mną tęsknił. Najgorsze jest to, że jeśli ktoś będzie w pobliżu podczas mojej 'egzekucji', to także zginie. To jest pewne.
Musiałem sączyć rozmyślać. Wyjść z samochodu, pozbierać się i pogodzić z tym, co się stanie. Żyć dopóki mogę.
... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... .. .... ... .. ... ... .. .. . . ..... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ...
26.01.2014
Koniec następnego rozdziału. Trochę taki... wymuszony... ale jest.
Ben
-Nie.- zaśmiałem się.- Bardziej... Nie jestem przyzwyczajony do 'Doktorze' bardziej pasuje mi Ben, więc proszę mówić mi Ben.
-Ale...
-Jestem Ben. Jeszcze nie jestem doktorem.- powiedziałem dobitnie.- O co chodzi?
-Mały chłopiec ze skręconą kostką. Nie słucha się mnie, a żaden inny nie ma czasu. Pomoże mi Pan...- Uniosłem brew. Pan?- Ben.
-Tak... Ehm... Chodźmy.
W gabinecie siedział mały zapłakany blondasek. Miał z pięć lat. Obok niego siedziała... Ashley. Spojrzała na mnie, a ja na nią bardzo spłoszony.
-Ehm... Dzień dobry.- zająknąłem się.
-Dzień dobry- odpowiedziała Ashley.- Skręcił kostkę.- oznajmiła. Przytaknąłem i przykucnąłem przy krzesełku chłopczyka.
-Jak masz na imię?- spytałem. Spojrzał na mnie. Miał takie same oczy jak piękna kobieta siedząca obok niego.
-Jack.- Jęknął obolały.
-Dobrze. Jack. Wiem, że cię boli, ale musimy zrobić zdjęcie twojej nóżki, żeby zobaczyć co się dokładnie z nią stało. Idziemy?
Źle, że Emma zaprowadziła ich do tej sali. Sala do RTG była trochę dalej.
-Znaczy się pójdę ja i twoja... mama?- uśmiechnąłem się do Ashley, a potem do Jack'a.
-Siostla!- ożywił się po czym zaśmiał głośno.
-Okej! Facet!- wziąłem go ostrożnie na ręce nie chcąc urazić jego nogi. Przeszedłem z Ashley u boku i z jej bratem na rękach do odpowiedniego pomieszczenia, kładąc na stół.- Teraz się nie ruszaj.- rozkazałem włączając rentgen. Hmm...hmm... Nie jest tak źle, pomyślałem.
-Kostka będzie wymagała usztywnienia i rehabilitacji.
-Aż tak źle?- spytała przerażona Ashley.
-Nie. Rehabilitacja jest konieczna w większości przypadków.
Zająłem się kostką, po czym delikatnie opatrzyłem malutką stópkę.
-Becie dobrze?- spytał mały.
-Już jest dobrze ,Jack. Jak to się stało?
-Ymm... Bawił się z dziećmi i wpadł na pomysł, żeby skoczyć z murku, ale źle wylądował.- powiedziała opierając się o biurko.- Ja nawet nie wiem jak? Nigdy nic takiego się nie zdarzyło. On nawet często nie choruje. Kiedy najczęściej dzieje się coś takiego?- nagle spojrzała na mnie zaciekawiona.
- Staw skokowy, czyli potocznie kostka, jest niezwykle podatny na urazy. Skręcenie jest wynikiem złego ułożenia stopy na podłożu. To jest bardzo, bardzo częste. Nie masz czym się martwić.Uraz twojego brata to uraz graniczący między skręceniem lekkim, a drugiego stopnia, choć można je nazwać bardziej lekkim.
-Jejku. Ben, dziękuję.
-Taka moja przyszła praca.- wzruszyłem ramionami.
Wstała i uniosła powoli Jack'a
-Byłeś bardzo grzeczny,- pochwaliłem - więc w nagrodę dostaniesz coś słodkiego. Co ty na to?- poruszył energicznie głową. Wyciągnąłem z torby Mars'a i Snickers'a.-Wybieraj!- I wybrał. Snickers'a.
-Dziekuje plosze pana.- mruknął. Skinąłem mu służbowo głową. Telefon Ashley zadzwonił.
-Tak...U lekarza... No, skręcił kostkę...Teraz nie... Tak...No, przepraszam!- oburzyła się.- Tak... Lekarz.--osoba po drugiej stronie się uniosła.-Ben... Tak mamo, ten... Yhm... Co?!... Ale...Eh, Dobra.- odsunęła aparat do ucha i spojrzała na mnie.- Moja mama.- podała mi słuchawkę i odeszła na bok z chłopczykiem.
-Dzień dobry.- Powiedziałem cicho. Tylko szybko. Jesteś w pracy. Ponaglał mnie umysł.
-Witam. Proszę pana. Ezzi nie mówiła, że jesteś lekarzem, a mówi o tob... A mniejsza.- Mówi o mnie? Plus dla mojego ego.- Może przyjdziesz dzisiaj do nas na kolację. W ramach podziękowania.
-Ja...Nie... Nie jestem jescze... Nie mogę...
-Możesz! Panie Barnes, proszę.- Jej głos był tak przyjemny. Tak uspokajający. Tak jak głos Megan.
-Jeśli... Nikt nie będzie miał nic przeciwko...
-Nie będzie. Dzisiaj o 6. Do widzenia.- Rozłączyła się.
Następny dzień bez glanów? Następny dzień ukazywania tatuaży? Następny dzień bez papierosów? Następny dzień z Ashley! Oddałem jej telefon.
-Co jest?
-Twoja mama zaprosiła mnie na kolacje.- popatrzyła na mnie zdziwiona, ale zaraz się rozpromieniła.
-Extra! To my pójdziemy. Pa pa.
-Do zobaczenia wieczorem, Ezzi.
-Weź... A mniejsza.- Po mamusi.- Cześć.-Wyszła cicho zamykając za sobą drzwi.
Dwie godziny później siedziałem w domu pijąc kawę. Carly siedziała u siebie w pokoju, a Nathan'a nadal nie było. Niedługo wróci. Mógłbym się teraz denerwować. Zastanawiać się czy ochrzanić go kiedy wróci, ale nie! To dorosły człowiek. Nie mam prawa go pilnować i najwyraźniej jestem nadzwyczaj przewrażliwiony. Może to dlatego, że nieraz wrócił z poobijaną mordą.
Pomyślałem o muzyce. Muzyka. Wstałem i ruszyłem do swojego pokoju i ująłem w ręce gitarę.
-Maniac Messiah.- zamruczałem pociągając parokrotnie struny szukając dobrego dźwięku.- Destrucion Is His game... A beautiful liar... Love... For Him is pain- Nic lepszego nie wymyśliłeś?- The themles is now burning... Our faith caught up in flames... I need a new direction...Because... I lost my way... All we need is Faith, All we need is faight. Faight is all we need.- Nie... Może coś bardziej wesołego. Ile można układać piosenki o bólu i nie szczęściu? A może...- I... picked up my guitar...tried to write you a song...- Zapisałem. Głupotę, ale ją zapisałem.- But... Every word...I wrote just sounded wrong...- I zamierzałem to zapisywać.- Love... Another four letter word... I said... Love You... You even said love... me... But is that all is... takes... Is it mean to be... Love... I wanna make sure... Y...You loved. True love... Never... dies... - Kiedy skończyłem układać, zagrałem całe :
I picked up my guitar
Tried to write you a song
But every word I wrote just sounded wrong
Love
Another four letter word
I said I love you
You even said you love me
But is that all it takes
Is it meant to be
Love
I wanna make sure you loved
True love
Never lies
Just look into my eyes
I must be mad
To give up what we had
You know I never wanted to make you sad
Love
It was right there in front of me
I can write you a song about forever together
For better or worse
Rich or poor or whatever
Real love
That much I guarantee
True love
Sometimes cries
Just look into my eyes
Even if you think that it's goodbye
Tell me what to do and I will try
Nothing more important than you and I
Our love will never die
Even if you tell me it's goodbye
Look into my eyes for my reply
Oh, if it's goodbye
Love will never die
-Kurde! Jaki syf!- burknąłem drażniąc struny.
-A mi się podoba. Jest takie... słodkie.- Powiedziała Carly opierając się o framugę drzwi.
-Jeśli jeszcze raz powiesz, że coś związanego ze mną jest słodkie, to uduszę i ukatrupię. Nie jestem słodki. Nigdy przenigdy. Koniec kropka! Fine!- Nienawidzę słowa słodki. To jest takie... słodkie. Fuj! Ble ohyda!
-Tylko się nie zapowietrz, dziadziuniu. I mi się bardzo podoba.
-Carly? Co masz dzisiaj w planach?- zmieniałem temat.
-Ściągnęłam sobie film i chciałam go oglądać. A co?- była dzisiaj taka... uśmiechnięta. Zawsze. A może ja, stary zgred, powinienem brać od niej korki.
- Nie będzie mnie, a nie wiem kiedy wróci Nathan. Nie chcę Cię zostawiać samej z nim. Będzie pijany.- mój głos robił się coraz wyższy.- Kto wie co będzie mu chodzić po głowie. Jak można być takim pijakiem i mieć aż tak nie poukładane życie. Lubię tego gościa, ale jest naprawdę wkurzający. Nie wytrzyma dnia bez wypicia jakiegokolwiek rodzaju alkoholu! Obiecaj, że nie będziesz pić.- położyła lewą rękę na piersi, a prawą uniosła.- Dziękuję. I obiecaj, że znajdziesz sobie męża tak miłego, mądrego i boskiego jak ja.- zaśmialiśmy się, a ona usiadła obok mnie.
-Oczywiście. A gdzie będziesz, jeśli można spytać.- przytuliła się do mnie. odwzajemniłem uścisk.
-Na kolacji u Ashley, ale wrócę jak najszybciej będę mógł. Obiecuję Ci. Tylko gdzie cie zostawić kiedy nie będzie mnie.- Myślałem głośno.
-Mam piętnaście lat. Umiem o siebie zadbać. Kiedy przyjdzie Nathan i będzie pijany zamknę się w pokoju. Okej?
-Ale to ja mam Cię pilnować, a nie pokój.
-Oj Ben! Przecież nie odwołasz kolacji tylko po to, żeby mnie pilnować to nienormalne. Idziesz i tyle. Koniec kropka...Fine?- spojrzała na mnie pytająco.- I co będziecie robić?
-Tak słońce. Fine. Będziemy jeść. I będziemy rozmawiać, a tak w ogóle to jej mama mnie zaprosiła.
-Oł...- A to coś dziwnego?, pomyślałem.
- Głodna?
-Jadłam.- odparła pociągając struny gitary znajdującej się na moich kolanach. Podałem jej ją poszedłem do kuchni.
W między czasie Nat zdążył wrócić do domu. Oczywiście na kacu. Ja, ubrany w ciemną marynarkę, szarą koszulkę z napisem Deftones, ciemne dżinsy i trampki, wybrałem się parę domów dalej na kolację u Green'ów. Samochód zaparkowałem na podjeździe i z bukietem niebieskich frezji dla Pani Greene i czerwonymi różami dla Panny Greene (były to jej ulubione kwiaty, z tego co zapamiętałem.) podszedłem do drzwi i zapukałem, gdyż nie zauważyłem dzwonka. Parę chwil później stała w nich Ashley. Włosy upięte w luźny kok... Czarna, dopasowana suknia wyglądała na niej bardzo zjawiskowo.
-Hej. Ślicznie wyglądasz -szepnąłem podając jej bukiet róż. Przybliżyła się do mnie i pocałowała zagięcie żuchwy. Nie przeszkadzał jej zarost...
-Dziękuję. Za kwiaty, które są naprawdę śliczne. Masz plusa za to, że prawdziwe, i za komplement. Także wyglądasz świetnie.- Ta. Yhm. Pachniała tak ślicznie jak wyglądała. Perfumy miała ostre i przyjemnie drażniące.- Wejdź.- przepuściła mnie w drzwiach.
Znalazłem się w wąskim, ciepłym i przytulnym pomieszczeniu. Ściany, które pomalowane były na jasny kolor, bardzo powiększały mały pokoik.
Następnie przyszła do nas pani Greene. Przywitała mnie ściskając dłoń i wymawiając serdecznie 'Witam' gdy wręczałem niebieskie kwiaty.
Zostałem zaprowadzony do biało-brązowego pomieszczenia, które było jadalnią. Stół- ośmioosobowy został zrobiony z ciemnego drewna. Podłoga również wykonana została z ciemniejszej imitacji drewna. Na krzesłach siedziały dwie osoby. Znany mi już Jack i starszy mężczyzna czytający tom Stephena Kinga. Kiedy weszliśmy do pokoju podniósł na nas wzrok z nad czytanej lektury i podszedł do mnie z kamiennym wyrazem twarzy. Wyciągnął rękę, którą z lekkim opóźnieniem uścisnąłem. Zastanawiałem się nad tym, czy poznam jej ojca i czy w ogóle zwróci na mnie jakakolwiek uwagę. Przełknąłem głośno ślinę z nadzieją, że nikt nie usłyszał.
-Jestem Charlie. Tata Ashley.- naraz przymulony wyraz twarzy został zastąpiony przez szeroki uśmiech.
-Miło mi pana poznać - Wybąknąłem lekko się uśmiechając. I na jakie tory teraz sprowadzić rozmowę?
Zasiedliśmy przy stole. Przez pewien czas
panowała cisza. Słychać było tylko sztućce obijające się o porcelanę.
-Benjaminie. Opowiedz coś o sobie..- Zagryzłem dolną wargę. Ale, że co? Żeby coś opowiedzieć trzeba mieć o czym. Prawda?
-Ehm... Ja...- No co ja???- studiuję medycynę, chciałbym raczej iść w ortopedię, ogółem nie mieszkam tu za długo, zaledwie trzy lata. Wcześniej mieszkałem na Alasce z moimi rodzicami i siostrą...
-Ale ie jesteś Amerykaninem? Nie brzmisz. - zauważył Charlie.
-Jestem z Europy
-Dlaczego nie mówisz od razu skąd jesteś.- Przerwała mi Ashley. Nieładnie jest przerywać.
-No mówię... Z Europy...- uśmiechnąłem się do niej zalotnie ukazując zęby. Na co ona także się uśmiechając, zagryzła dolną wargę.- No dokładniej to z Włoch. - burknąłem. I po co to komu wiedzieć?
-Ale czy tak trudno powiedzieć od razu dokładnie? To bardzo intrygujące.- Ciągnęła dalej Ashley. Kobiety, to stworzenia uwielbiające dociekać, fochać się, sprzeczać, jakby miał z tego jakąś nie zrozumiałą wewnętrzną satysfakcje.
Nadal się do niej uśmiechałem.
-Ulicę też?- uniosłem brwi i przeczesałem włosy palcami.
-Nie przesadzasz? - zaśmiała się.- Przynajmniej kraj. Chyba, że się wstydzisz.
-Ależ oczywiście, że nie. Nie mam czego. - powiedziałem z powagą. Poczułem jak mój telefon wibruje w kieszeni. Nie mam czasu. Oddzwonię.
-No rzeczywiście, ale jeśli ty nie chcesz ja powiem.- Dobrze wiem, że inni członkowie 'spotkania' przysłuchiwali się nam z uwagą.
-Przepraszam. Zaraz wrócę.- Powiedziałem, kiedy nieustanne wibracje zaczęły mnie irytować. Wróciłem do holu.
-Witam, panie Barnes.- szepnął nieznajomy głos zanim zdążyłem się w ogóle odezwać. Mówił po włosku.- Co u ciebie słychać?
-Kto mówi?- spytałem w tym samym języku. Gościu miał głos niczym z taniego horroru. 'za siedem dni umrzesz. Buhahahaha!'
-Been! Nie pamiętasz głosu starego przyjaciela?- I teraz mój bardzo często opóźniający się mózg zaczął kojarzyć fakty. Wspomnienia wracały. Ból w klatce piersiowej narastał. Wyszedłem spokojnie na podwórko, musiałem wzbudzić trochę podejrzeń, alerobiło mi się cholernie gorąco. Ręce miałem spocone, a oddech i bicie serca przyspieszone. -Jesteś tam?
-Tak. Jestem. Po co dzwonisz. Skąd masz mój numer? Jak mnie znalazłeś? Gdzie..?
-Hej! Hej!- przerwał mi.- Nie tak szybko chłopie. Dzwonię, bo się stęskniłem.- Ha! On sobie ze mnie żartuje!- Skąd mam twój numer? To moja gorzka tajemnica. Jak cie znalazłem? Jesteś przewidywalny mój drogi. Lubisz język angielski, więc prostym było to, że wyjedziesz do kraju w którym się nim posługują. Nie mogło być to żadne państwo w Europie, bo chciałeś uciec ode mnie jak najdalej.
-Już. Pogadałeś? Odwal się ode mnie. Dobrze? Już chyba trochę za dużo namieszałeś w moim życiu- Ah! Namieszałeś w moim życiu! Jak to banalnie brzmi!- Nie chcę cię znać. Nie chce cię widzieć. Chce w końcu o tobie zapomnieć. Przypomniałeś sobie o mnie po tylu latach? Nie potrafisz odpuścić, Bernardzie.- rozłączyłem się. Już wiemy jakiego numeru unikać. Pomyślałem, kiedy wchodziłem z powrotem do środka.
-Przepraszam.- mruknąłem zasiadając przy stole.
-A więc. Powiesz coś po włosku jak masz okazję. - Ile razy można się pytać, czy powiem coś po włosku.
-Ed è così importante per te?- mruknąłem patrząc w dół. Uspokój się! Już z nim nie gadasz! Czy będzie to normalne, kiedy zacznę się kłócić z własnym umysłem?
-Sì, ma come ho detto ...- opowiedziała. Ja cie pierdzielę! Patrzyłem na nią jak sroka w gnat. Akcent może i miała marny. - uśmiechnęła się ponownie.
Potarłem czoło i spoglądnąłem na swój talerz, który był opróżniony do połowy.
-Nic. Nic. Ja tylko... Nie wiedziałem, że mówisz po włosku. Nie mówiłaś mi.
-Ty tez mi wcześniej nie powiedziałeś. To jedno z moich zainteresowań.- ucichła i znów panował spokój. Jedzenie było wyśmienite, więc szybko zniknęło z mojego talerza.
Wolałem, kiedy ktoś coś mówił. Nie myślałem wtedy o rozmowie z Bernardem i prawdopodobieństwem, że mnie znajdzie i zabije. Ale przypuszczałem, że do tego dojdzie..
-A propos zainteresowań. Czym się pan interesuje. - Pan Greene spojrzał na mnie po skończonej kolacji.
-Ja... Muzyką..
-A grasz na czymś? - dociekała jego żona.
-Tak. Na fortepianie i na gitarze.- cały czas mówiłem cicho.
Ellie uśmiechnęła się i położyła rękę na moim ramieniu.
-Jest pan zdolny. - Odparła. Pokręciłem przecząco głową.- Jak nie. Do tego być lekarzem. Trzeba mieć wielka odwagę, żeby brać odpowiedzialność za czyjeś zdrowie.
-I jesteśmy panu bardzo wdzięczni, że pomógł pan naszemu synowi. - wtrącił Charlie.
-Taka moja praca. I proszę mi mówić Ben... I rozmowa toczyła się dalej, ale to nic istotnego.
Wstałem od stołu, ponownie przepraszając i poszedłem do łazienki. Umyłem ręce i spojrzałem w lustro. W ciągu sześciu lat zaszła we mnie diametralna zmiana. Obciąłem włosy, mam zarost... Ktoś, kto znal mnie za czasów mojego pobytu we Włoszech, zapewne by mnie teraz nie rozpoznał. Westchnąłem i przeczesałem włosy palcami, po czym wyszedłem z łazienki. Natrafiłem przy okazji na Ashley wychodzącą z pokoju na przeciwko. Przebrała się w luźny T-shirt i dżinsy.
-Ja już chyba będę lecieć.- Powiedziałem.
-Nie. Nie idź jeszcze.- zmartwiła się. Schlebiło mi to. Chciała, żebym został dłużej, ale nie mogłem, nawet jakbym chciał. A chciałbym.
-Muszę iść. Mam gościa. Nie zostawię jej samej.
-Jej?- uniosła brwi w górę.
-Siostra.- rozwiałem jej wątpliwości.- Kiedy możemy się jeszcze spotkać?
-Nie wiem. Mam dużo nauki... Matma i te sprawy...
-Mogę ci pomagać.- zaoferowałem się. Zagryzła wargę (często to robiła) i spojrzała na mnie szarymi, pięknymi oczami. Przysunęła się do mnie i cmoknęła niespodziewanie w usta. Cmoknęła. To takie dziecinne. Przysunąłem ją do siebie i pochyliłem się wpiłem się w jej wargi, niepewnie odwzajemniła pocałunek, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej głębszy. Pchnąłem ją lekko przesuwając pod ścianę. Tak jakby grała piękna muzyka. Ptaki, skrzypce i tak dalej, ale potem ucichła, gdy spostrzegłem Ellie stojącą na końcu korytarzyka. Jej mina wyrażała wielką chęć oddalenia się jak najdalej stad.
-To ja może nie przeszkadzam- zachichotała, kiedy błyskawicznie odsunąłem się od jej córki. Przyległem do przeciwległej ściany.
-Ehm...Eee... Ja i tak muszę znikać.- Powiedziałem ruszając w stronę drzwi frontowych.- Żegnam panie.- kiwnąłem głowa patrząc na Ashley, której policzki płonęły z zawstydzenia. Wyszedłem i westchnąłem głośno. Odpaliłem auto i zacząłem się zastanawiać, czy poprawnie postąpiłem całując ją. Powinienem był ulotnić się zaraz po tym jak zadzwonił Bernard, ale nie, bo po co. Trzeba być tak... Ale nie warto się nad tym zastanawiać. Trzeba działać, jeśli wiem, że Ashley jest chętna głębszej znajomości ze mną, to dlaczego by nie spróbować, choć mam teraz większy problem na głowie. Moje życie. Czy nie tak? Czy ten człowiek nie odpuści? Jednak gdyby się tak głębiej zastanowić, to może on wcale nie chce mnie zabić... Nie. Wtedy nie miałby powodu, żeby mnie szukać. Nadal nie znam powodu śmierci moich rodziców. Nie wiem co nim kierowało. Możliwe, że to człowiek chory psychicznie. Pedofilstwo i sadyzm to choroby.
A co z ludźmi, których znam? Pewnie nic, bo kto będzie za mną tęsknił. Najgorsze jest to, że jeśli ktoś będzie w pobliżu podczas mojej 'egzekucji', to także zginie. To jest pewne.
Musiałem sączyć rozmyślać. Wyjść z samochodu, pozbierać się i pogodzić z tym, co się stanie. Żyć dopóki mogę.
... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... .. .... ... .. ... ... .. .. . . ..... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ...
26.01.2014
Koniec następnego rozdziału. Trochę taki... wymuszony... ale jest.
Ben
Ashley
Subskrybuj:
Posty (Atom)






