poniedziałek, 5 maja 2014

XI Rozdział

    Musiałem zostać na noc w szpitalu w Pasco. Oczywiście poinformowałem Nathana, że nie będzie mnie na noc w domu. Nie miałam nic złamanego. Na szczęście... Choć moja diagnoza była inna. Dobrze, że nie graniczyła z prawdą tylko w moim przypadku, bo byłoby nie ciekawie gdybym okłamał pacjenta.
   Wieczorem leżałem na łóżku w szpitalu oślepiany przez Facebooka, pisząc z Carly.
Carly: Siema dziadziuniu! Co słychować. ;*
Ja: Cześć gówniaro. Co 'słychować'? Leżę w szpitalu. + Czy na końcu drugiego zdania nie powinnaś dać znaku zapytania? Myślałem, że jesteś dobra z angielskiego! :D-Nie chciałem jej mówić o mojej sytuacji... No ale co mi tam? Nie przyjadą do mnie specjalnie z alaski.
Carly: O kuźde! Co Ci jest? Dlaczego jesteś w szpitalu!? Ben!!!???
   Oj... Nie odpisała na moje zgryźliwe stwierdzenie, więc chyba ją przestraszyłem.
Ja: Mała. Nic mi nie jest. Taka tam... No...
Carly: Takie tam małe... CO? Co Ci się stało!?
Ja: Nie powiem Ci, bo powiesz Megan!- napisałem jej ze skrzywioną miną. Odpisała mi natychmiastowo.
Carly: NIE?- o raczyła dać odpowiedni znak interpunkcyjny.
Ja: Caps lock: wyzwól gniew! Oh... No pobiłem się + I tak wiem, że powiesz Megan.
Carly: Nie. Nie powiem mamie. :)
   Wow! Carly Amy Griffin nie naskarży!?
   Zacząłem odpisywać jej 'Dzięki', ale:
Carly:  Tata już do Ciebie dzwoni!
    I rzeczywiście. Ukazało mi się połączenie przychodzące. 'Don'
   -Tak?- westchnąłem. Małe, wredne wścibskie babsko!
   -Co ci jest?- mało brakowało, aby zaczął krzyczeć.
   -No nic mi nie jest. Trochę tylko poobijany jestem. Nic wielkiego, Don. W tym pokoju leżą też inni ludzie i mam wrażenie, że im przeszkadzam.
   Usłyszałem jego westchnięcie.
   -Ben zadzwoń rano. Jak będzie u ciebie 11 albo 12.- mówił spokojniej. Zdążył się rozłączyć zanim mu odpowiedziałem. O kurczę! Jak mnie wszystko boli. Myślałem tylko o tym... No prawie tylko o tym. Po mojej głowie chodziło jeszcze zdanie: 'Z trzy dni umrzesz.' i za nic nie mogłem sprawić, żeby sobie 'poszło'.
   Spać tez nie mogłem. Zmieńmy temat. Dobrze, że nie kazali mi zakładać tego głupiego, szpitalnego wdzianka. Wyglądałbym jak pajac.
    Mój telefon za wibrował. (najwyraźniej jest ostatnimi czasy nadzwyczaj aktywny). SMS. Od Samuel'a.
    -  'Dlaczego nie ma Cię w domu?'
    Nie chciało mi się odpisywać. Opowiadać tego... Ale nie chciało mi się też wymyślać historyjek. Bolała mnie głowa, brzuch, plecy. Cholera! Wszystko mnie bolało. Z każdą chwilą coraz bardziej...
    Ciekawe co u niego. Pozbierali się już? Alexandra nadal płacze? A Sam? Ciekawe jak się czują. A jeb*ć to! Odpiszę mu.
   -   'Jutro Ci wszytko opowiem. Co u Ciebie?'
   -   'Jestem u Ciebie... I czekam...'
   Ale, że...? Dlaczego nie jest w domu!? Spojrzałem na zegarek w telefonie. Za piętnaście dwunasta.
   -   'Co u mnie robisz? Na co czekasz?'
   -   'Rozpaczam i czekam na Ciebie'
   -   'Bo?'- wiem. Nie miała, ale za to jaka krótka wypowiedź pisemna.
   -   'Bo się z Alex pokłóciłem! Nie chce mi się pisać o co! Jak wrócisz to Ci powiem. :/  Kurczę... Mogę zostać?'
   -   'Jak musisz. Tylko wiesz. Nat to nie jest najciekawsza osoba. radzę nie dyskutować z nim za bardzo. A teraz idę spać. Dobranoc'
   -   'Nara. ;**'
   Uśmiechnąłem się do telefonu. Zazwyczaj kiedy wysyłał mi buziaczki myślałem 'Geej!!!', ale on chce mnie tylko pocieszyć. Widzicie? To jest kumpel. Czuje moje złe samopoczucie nawet przez SMS'y.
   Odłożyłem telefon na szafkę i zamknąłem oczy. Au, au, AU! Jezusie jak boli! Zawołałbym pielęgniarkę, ale po co zawracać im tyłki. same mają już pewnie dość tych wszystkich przewrażliwionych na punkcie bólu ludzi. Wytrzymasz. Zaraz przejdzie.- pocieszałem się. Zaśnięcie było niemożliwe... Nie tylko przez ten walony ból. Był jeszcze dziadek... Jak można tak chrapać? Ludzie! Nie mogę gościa! Może i starsi ludzie mnie wzruszali, ale nie kiedy miałem dość wszystkiego.
   Zaśpiewałem sobie w myślach piosenkę, która zawsze mnie usypiała... Kiss. While Your Lips sill red... Nie. Dupa! Nie zasnę.
   -Panie Barnes. Doktorze.- usłyszałem czyjś głos. Otworzyłem oczy. Kurde! Jasno!- Dzień dobry.
   Spojrzałem na pielęgniarkę. Ładna blondynka z niebieskimi oczami. Uśmiechnęła się do mnie.
   -Kiedy pana wczoraj zobaczyłam myślałam, że z pańską twarzą będzie gorzej.- usiadła na skraju mojego łóżka.
   -Czyli nie jest źle?- zachrypiałem.
   -Jest dobrze. Ma pan kilka ran. Na wardze...-przyglądała się mojej twarzy- brwi i policzku. Zero siniaczków i opuchlizny. Tak prawie świeżutko!- Oh... może jeszcze słodziutko, mraśnie i tak dalej? Poczułem się jak małe dziecko lub wręcz przeciwnie. Jak ten dziadek obok mnie, który właśnie zajadał jakąś zupkę z torebki. Fuj.- Zje pan coś? Przynieść panu rosołek, zupeczkę jakąś?
   -Nie. Dziękuję. Wolałbym już jechać już jechać do domu.- zaburczałem powoli się podnosząc. O w cholerę! Ból jeszcze większy niż wczoraj. Przecież za trzy dni... Już po mnie.
    Podnosiłem się powoli. Blondynka wspierała moje ramię. Usiadłem w końcu, ciężko oddychając.
   -Tableteczkę na ból?- kurcze. Kobieto przestań zdrabniać te słowa. Westchnąłem i pokiwałem głową, a ona ruszyła w stronę drzwi zawijając biodrami. Przy okazji spojrzała na mnie przez ramię puszczając do mnie perskie oko. Uniosłem brew i uśmiechnąłem się do niej. Pielęgniarka zadowolona z siebie przyspieszyła pewnie i zniknęła za rogiem. Hm... ładna... Nie koniecznie bystra. To pierwsza pielęgniarka jaką spotkałem, która nie wydawała się inteligenta.
   Wróciła ze szklanką wody i porcją Paracetamolu.
   -Dziękuję.- powiedziałem cicho i połknąłem tabletkę.
   -To kiedy pan jedzie?- pochyliła się, by wziąć szklankę. Odwróciłem wzrok. Robiła to specjalnie, a ja próbowałem się nie uśmiechać.
   -Zapewne za jakieś pół godziny, kiedy lek zacznie działać.

    I takim właśnie sposobem, pół godziny po tej strasznej męczarni z blondi wróciłem do domu (Przed tym oczywiście zadzwoniłem do Griffin'ów. Megan zganiła mnie za bójkę.). Paracetamol sprawił, że ból stał się znośny. Na żebrach miałem dwa duże siniaki, nogi były w jeszcze gorszym stanie.
   Przekręciłem kluczyk w drzwiach. Cisza. Pozabijali się?-pomyślałem. W salonie spał Nathan. A gdzie był Sam. Poszedłem do kuchni. I tam własnie siedział popijając kawę.
   -Witam w moich skromnych progach.- mruknąłem.
   -Cześć. Byłeś w szpitalu.- powiedział.
   -Skąd wiesz?
   -Ja wiem wszystko.- uśmiechnął się lekko.- A po drugie. Masz na twarzy rany, a lekarze są przewrażliwieni na punkcie zdrowia i higieny.- Nie odpowiedziałem mu. Robiłem tylko herbatę i czekałem aż zacznie opowiadać.- Pewnie chcesz, żebym ci już opowiadał. Tak więc... No pokłóciłem się z Alexandrą. No, bo ona...- zakrył twarz dłońmi.
   -Zdradziła cię?- zgadywałem.
   -Nie! Nie! Zrobiła coś o wiele gorszego!- westchnął i spojrzał na mnie. Jego wiecznie, żywe, zielone oczy zbledły. Wydawał się zmęczony i smutny.-Ona zrobiła to specjalnie! Jak mogła?!- w jego oczach pojawiły się łzy. Uniosłem brew, ale zachowałem współczujący wyraz twarzy. Każdy czułby się okropnie widząc przyjaciela w tak okropnym stanie.- Zabiła je specjalnie. Specjalnie zabiła moje dziecko.- O w mordę!- Przyznała mi się. Powiedziała mi to. Ale...

   Głośne łkanie unosiło się po całym domu. Biedna Alex.
   -Ja chciałam dobrze!- zawyła.- Ja myślałam, że on nie chce tego dziecka! Kiedy się dowiedział. Był zły. Ani razu nie powiedział mi, że chce być ojcem!
   -Już cichutko. Będzie dobrze.- szepnęła. i przytuliłam ją do siebie.- On to zrozumie, tylko musi to przemyśleć, Alex.
   Znam ją jeszcze za czasów mieszkania w Los Angeles. Tam się urodziłyśmy. Razem się wychowywałyśmy. To mi pierwszej wyznała, że podoba jej się Samuel. To ze mną płakała po podjęciu decyzji o wyprowadzeniu się do Kennewick. I choć nie widziałyśmy się trzy lata, to nadal uważałam ją za przyjaciółkę. Zawsze była wytrwała. Opuściła rodziców w wieku osiemnastu lat, żeby móc grać koncerty. I choć jej marzenie jeszcze się nie spełniło, to próbuje dalej. Ja miałam tyle szczęścia, że moja rodzina wyprowadziła się razem ze mną.
   Z zamyślenia wyrwał mnie śmiech. Śmiech Alex. Popatrzyłam na nią marszcząc brwi. Ona się śmieje-pomyślałam... Do cholery jasnej! Dlaczego ona się śmieje!?
   -Alexandra?- szepnęłam przerażona. Ona tylko nadal się śmiała, w cale nie zawracając na mnie uwagi.- Alex?- położyłem rękę na jej ramieniu. Uspokoiła się i tylko się uśmiechała. Albo aż się uśmiechała.
   -Oh... Ashi.- spojrzała na mnie. Odgarnęłam jej bordowe włosy z czoła.- On mnie zostawi. Jak ja się boję.- i znowu chichot.- No ale co ja zrobię? Jestem po****dolona! Po co ja to zrobiłam?
   -No właśnie. Jak...?
   -Alkohol, papierosy, wysiłek.- westchnęła przytulając mnie.- Dlaczego jesteś dla mnie tata dobra? Przecież ja cię zostawiłam, słońce.
   -Nie można rzucać wszystkiego, by uszczęśliwić jedną osobę. I nie zostawiłeś mnie, tylko dorosłaś.- odsunęłyśmy się od siebie. Oparła się z powrotem o ścianę, a ja wsparta na jej kolanach mówiłam dalej.- Alex. Nadal jesteś moja przyjaciółką. Jesteś dla mnie jak starsza siostra.
   -Jejku. Ashi. Kocham cię!- ponownie się we mnie wtuliła. Tym razem siedziałyśmy tak dłużej.- Nie mogę już płakać, ale nadal jest mi cholernie smutno. jestem załamana, że masakra.- Oh... Nienawidziłam takiej składni zdań. Ale kto by się dziwił dziewczynie, która próbuje posługiwać się wzorcowym językiem angielskim. Nie bez powodu wybrałam amerykanistykę. .- Ej! Ashley!- spojrzałam na nią- Podoba ci się jakiś facet?
   -A skąd takie pytanie?- zdziwiona uniosłam brwi.
   -No tak... jakoś. Jesteś już dorosła. Musi ktoś ci się podobać.
   -Lubię koty.- odparłam cicho patrząc na swoje dłonie próbując myśleć o swoim kocie. Nie o...
   -Tak, Ashley!- zaśmiała się.- Wiem to. Proszę powiedz mi.
   No i co jej miałam powiedzieć? Nie lubiłam mówić o sobie. No, bo po co? Sama nie wiedziałam co mam myśleć o tej całej sprawie z Ben'em. Z jednej strony nie był w moim typie. Taki mroczny i wulgarny, a z drugiej był ideałem. Taki słodki, miły. Do tego inny... A nie raz wydawał mi się nawet bezbronny. Wtedy miał przeszklone, błyszczące oczy.
   Byłam prze szczęśliwa kiedy mama zaprosiła go na kolację. -Ja nie miałabym odwagi go zaprosić. Pewnie by pomyślał, że jestem jakąś perfidną gówniara.- Ale byłam jeszcze bardziej zadowolona kiedy przyszedł. Prawił komplementy, podarował kwiaty. I wtedy Ben stał się dla mnie kimś wartym zauważenia. Uznałam. 'Jezusie! Przecież on jest boski!'. Nigdy nie pomyślałabym, że jest człowiekiem kulturalnym, zmysłowym, nadzwyczaj inteligentnym, bo wtedy właśnie porozmawiałam z nim 'na serio'. Nie przez SMS'y, nie czułam się przy nim głupio. A wręcz przeciwnie. Czułam się wspaniale, bo rozmawiałam w końcu z kimś, kto orientował się w wielu dziedzinach. Ben to nie facet, który potrafi gadać tylko o samochodach, piwie i kobietach, ale nasza rozmowa polegała na głębszym poznaniu się. Religia, polityka, historia, muzyka, sztuka... Wszytko. To, że słucha metalu, wiedziałam. Disturbed. Dopóki mi o tym zespole nie powiedział, to pewnie nadal nie wiedziałabym o jego istnieniu. Evanescence sama lubiłam. Ale Mansona, to ja nie trawiłam, a Ben wręcz przeciwnie. I tym mnie przeraził. Bałam się, że ma podobne upodobania, co piosenkarz, ale uświadomił mnie, że to jego twórczość mu się podoba, a nie sposób życia i osobowość.
   -Halo. Ziemia do Ashley! Żyjesz jeszcze?- Alex sprowadziła mnie na ziemię.
   -Tak, tak.- otrząsnęłam się.
   -Wybierasz pomiędzy Matt'em Bomer'em, a Alex'em Pettyfer?- Zaśmiała się. Miło, że polepszyłam jej humor.
   Co prawda Alex był w jego wieku...
   -Nie... Ale obiecaj, że nikomu nie powiesz...- I BUM! Wtargnięcie na pole wyznań. Odwróciłam się. Samuel stał nad nami i patrzył na Alex ze zmarszczonymi brwiami. U jego boku stał Ben, który z kolei przyglądał się mi z góry z uniesiona brwią. No tak... przyjaciel Sam'a.
   -Cześć Ashley.- uśmiechnął się do mnie Sam. Położyłam mu rękę na ramieniu. I wyszłam z ich mieszkania. zaraz po mnie wyszedł Ben.
   -Cześć śliczna.- mruknął zamykając drzwi.
   -Cześć mały. Co ci się stało?- miał kilka ran na twarzy i kuśtykał.
   -'Mały'... - parsknął.- Taki... wypadek przy pracy.
   -Pacjent cię pobił?- uśmiechnęłam się do niego i złączyłam nasze dłonie. Lekki powiew wiatru orzeźwił mnie i pozwolił odprężyć po wielogodzinnym  siedzeniu przy płaczącej Alex i pocieszaniu jej.
   -Nie... Ja...
   -Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz.- odgarnęłam włosy z twarzy. Nie odpowiedział mi. Zauważyłam, że zaczął iść w miarę normalnie.- Co u Nathan'a?- zmieniłam temat.
   -Spał do drugiej i potem wyszedł. Nie ingeruję w jego życie.
   -Lubisz go w ogóle?
   -Sam nie wiem.-odparł.- Kiedyś się tak od siebie nie różniliśmy. Wszystko się zmieniło kiedy skończyłem studia.
   -Zmienił się?- och. Głupia sprawa. Wiem jak to jest kiedy ktoś, na kim ci zależy zmienia się całkowicie.
   Znów nic nie odpowiedział. Może nie chciał o tym rozmawiać. Rozumiem.
   I tak szliśmy w ciszy. Dlaczego nic nie mówił? Miałam wrażenie, że wyczerpały nam się tematy. Nie chciałam być dla niego tylko znajomą, koleżanką, którą poznał przypadkiem.
   Myślał nad czymś intensywnie. Nie zwracał uwagi na otoczenie. Patrzył tylko przed siebie. Czym się tak martwił? Monolog w głowie... Zła rzecz. Chciałam się odezwać. Powiedzieć jego imię, ale się bałam. Może był zły. Ben. Ben. Benjamin. Żałowałam, że mnie nie słyszy.
   -Benjamin.- szepnęłam. Na dźwięk mojego głosu zamrugał kilkukrotnie i spojrzał na mnie w końcu.
   -Dawno nikt tak do mnie nie mówił. Przynajmniej nie wypowiadał mojego pełnego imienia takim tonem. - przyciągnął mnie do siebie i pocałował moje czoło.
   -Wszystko w porządku? Martwię się.
   -Nie masz o co, śliczna.- Objął mnie ramionami. To dobrze, bo było mi zimno.- Zimno. Nie?
    W odpowiedzi pokiwałam głową.
   -To chodź.- znów złapał mnie za rękę i poprowadził do samochodu. Jejciu! Pierwszy raz jechałam jego autem. Duże, wygodne i ciche. Zauważyłam, że Ben to uważny kierowca. Jechał powoli, zdając sobie sprawę z tego, że droga jest śliska, a do tego był duży ruch.
   -Jaki jest twój ulubiony kolor?- zapytałam. Przecież nie wiem o nim podstawowych rzeczy.
   -Nie zgadłabyś...- czekałam na jego odpowiedź. Uśmiechnął się ukazując proste zęby.- Czarny. A Twój?
    Rzeczywiście. Nie zgadłabym.- pomyślałam.
   -Mój... Chyba fioletowy. Lubię też czerwony, zielony, biały, beżowy, orchid i chociaż nie lubię różowego, to fuksja też jest ładna, a...
   -Ashely- przerwał mi. Spojrzałam na niego.- Zdajesz sobie sprawę z tego, że orientuję się mniej więcej jak wygląda kolor beżowy, ale za cholerę nie wiem co to jest ten.. fu.. coś tam i to drugie.- zaśmiał się nie patrząc na mnie. I dobrze zwracał uwagę na jezdnie.
   -Ben... Typowy facecie. To na 'fu' to fuksja. Taki ciemny różowy, a 'to drugie' to orchid, kolor storczyków, a storczyk, mój drogi, to taki jasno fioletowy kwiatek.
   -Nie wiedziałem, że jestem aż takim debilem.- zaśmiał się.
   -Nie jesteś debilem. Jesteś facetem.- powiedziałam cicho. Westchnął cicho i zrobił zbolałą minę, jednak zaśmiał się zmieniając bieg kiedy wyjeżdżaliśmy z Grfield Street na 27th Ave. Łatwiej byłoby  pojechać po prostu wzdłuż dziesiątej, ale na głównej były zawsze straszne korki.
   -Mogę zadać następne pytanie?- pokiwał głową patrząc uważnie na drogę.- Jaki jest twój ulubiony film?
   -'Królowa Potępionych'.- odpowiedział bez zawahania. Hmm... Wampiry.- A twój? Tylko nie wymieniaj już kolorów.- zakpił.
   -Tak jest. Psze pana. Mój ulubiony film to 'Wciąż ją kocham'- zastanowiłam się przez chwilkę.- Twoją pasją jest muzyka?
   -Na pewno nie kolory.- Ale się czepił tych kolorów!- Tak, Ash. Moją pasją jest muzyka i jakby nie patrzeć pomaganie ludziom.
   -Rozwiń swoją wypowiedź.
   -Jak w szkole.- mruknął. - Rehabilitacje. Często pracuję z niepełnosprawnymi dziećmi. Wiem, że nie ma to nic wspólnego z moimi specjalizacjami... No... Może z ortopediom, ale chcę po prostu, by te dzieci miały lepszą przyszłość, żeby mogły polegać na sobie, a nie leżały całe życie przykute do łóżka i zdawały się na łaskę innych. Samodzielność, to moim zdaniem najlepsze co może człowieka spotkać... Może... Nie tyle co samodzielność ale niezależność. Widzisz. Muzyka jest dla mnie właśnie taką niezależnością. Kiedy gram, albo śpiewam jestem w tym całkowicie pogrążony i chrzanie świat zewnętrzny. Jestem ja, instrument i dźwięki. I czuję się wspaniale. Nie myślę o przeszłości i przyszłości, tylko o tym, co chcę przekazać w danej chwili. Na przykład metal i rock. Te dwa głośne rodzaje muzyki pozwalają się zamknąć i zamiast słuchać umysłu, czy czepialskich się ludzi, słucham darcia mordy, które jest przyjemniejsze niż 'Satanista! Satanista'- zrobił wysoki głos naśladujący starszą panią.- 'Taki to dopiero ma tupet się tak pokazywać!?' 'Jak tak można ciało szpecić?''Brudas!' i tak dalej i tak dalej.
   -Tak. Każdy w takiej chwili wolałby krzyki, tym bardziej, że te krzyki ci nie przeszkadzają. Nie wiedziałam... Nie zdawałam sobie sprawy, że ludzie czepiają się tak bardzo bardziej... mrocznych osobowości. Nie byłam nigdy tego światkiem ani nigdy osobiście nie spotkałam się z dezaprobatom. Byłam grzecznym dzieckiem. Dobrze się uczyłam nie pakowałam się w kłopoty. Wszyscy chwalili zarówno moją urodę- prychnęłam. Nigdy nie uważałam się za jaką wybitnie piękną.- i umiejętności plastyczne oraz chęć uczenia się. Taka byłam. Nie potrafiłam się przeciwstawić i co osiągnęłam? Nic. Mieszkam z rodzicami i bratem, studiuję na marnej uczelni, o której mało kto słyszał. Za bycie grzeczną także nic się nie dostaje. Mój ojciec ma raka, matka przy okazji się załamała, a Jack'owi nikt nie raczył wytłumaczyć co się dzieje. Ja mu mówiłam głupoty o tym, że mama i tata są bardzo smutni, bo ich wszystko boli. Nie powiem przecież małemu dziecku...- zamknęłam oczy, aby zatrzymać łzy. Tak bardzo się bałam. Nie chciałam go stracić. Od taty bardziej cierpiała tylko mama, albo tata tak bardzo nie chciał pokazać jak bardzo jest mu ciężko-... że jego tata umiera.
   -Ashi, słonko. Twój tata wygra tą całą bitwę o życie. To nadzwyczaj charyzmatyczny i wspaniały facet. Jeśli tylko będzie się regularnie leczył, badał i tak dalej, to uda mu się. ja w to wierzę i chciałbym, żebyś ty i twoja mama także uwierzyły.- szeptał uspokajająco. Takich słów własnie potrzebowałam. Ben podniósł mnie na duchu i pozwolił swobodnie wypłynąć zatrzymanym łzą z oczu, ale inne się nie pojawiły. Po tym co powiedział było mi o stokroć lepiej.- Wiesz. jeśli już mówimy o przeszłości, to zgodzę się z tobą. za bycie grzecznym i za dobre oceny w szkole, dostaje się szajs. Moje życie nie ułożyło się tak jak chciałem. Moje dzieci... Jeśli w ogóle będą... nie będą miały dziadka i babci z Włoch. Byłoby tak 'Łał! Tak egzotycznie!'- zaśmiał się, choć wiedziałam, że jemu nie jest wcale do śmiechu. Chociaż, że nie miałam zielonego pojęcia jak to jest stracić rodziców w tak młodym wieku, to próbowałam wczuć się w jego sytuacje i biorąc pod uwagę to, jak wielki jest mój ból gdy muszę oglądać chorego tatę, to potrafiłam zrozumieć i wyobrazić sobie jak okropny ból w sercu musi czuć Ben. Nic przecież nie zapełni pustki po najważniejszych osobach w życiu.- Też się dobrze uczyłem i także byłem bardzo grzecznym kujonkiem. Z tego całego twojego opisu, to mi brakowało tylko urody, bo przyznam się. Bylem szpetny.
   -Nie wierzę!- zarzuciłam chcąc rozluźnić atmosferę.- Przecież z ciebie takie ciascho!
   Zaśmiał się.
   -Dzięki. Ty jesteś o tysiąc razy atrakcyjniejsza i seksowniejsza ode mnie.- mruknął uwodzicielsko.
   Poczułam, że moje policzki robią się ciepłe.
   -Aby być seksownym i atrakcyjnym trzeba mieć pewne stosunki międzyludzkie za sobą.- szepnęłam sama do siebie.
    Rozglądnęłam się dookoła kiedy auto się zatrzymało. Oh. Znajdowaliśmy się już pod blokiem Bena.
   -Chcesz, żebym odwiózł cię do domu, czy chciałabyś spędzić ze mną trochę czasu?
   -Trzeba przecież nadrobić jakoś ten stracony miesiąc. Nieprawdaż?
   -Tak. Masz stuprocentową rację, mała.- uśmiechnął się pod nosem.
   -Tak śmieszne, że aż wcale, mały.- powiedziałam to wyskoczyłam z auta w ostatniej chwili przypominając sobie, że jest wyższe od tych, którymi do tej pory jeździłam. Ben także opuścił auto. Poczekałam aż je zamknie i ruszyliśmy w stronę budynku. Wyciągnął ze spodni kartę i przejechał nią po czytniku. Wow! Nigdy nie mieszkałam w blogu. zawsze miewaliśmy domki rodzinne. Oh... Los Angeles. Tak bardzo tęsknię za ciepłym klimatem.
   Szliśmy powoli. Znaczy się, ja szłam powoli, a Ben zatrzymywał się co chwilę by na mnie poczekać. Na drugim piętrze podszedł do drzwi mieszkania i przekręcił dwukrotnie kluczyk. Przepuścił mnie w drzwiach, a ja czekałam, aż on wejdzie.
   -Zaprosiłbym cię do salonu, ale chwilowo robi za pokój Nathana, więc pewnie zajeżdża tam piwem i papierosami.
   -Ty też palisz. Co nie?
   -Tak, ale palę na balkonie, albo u siebie w pokoju. Zależy, czy chce mi się ruszać z miejsca.
   Zaśmiałam się. Leniwy Ben. Nigdy bym nie pomyślała. Nie pytając go o zdanie ruszyłam do kuchni, jednak czułam, że podąża za mną. Usiadłam na miejscu, na którym siedziałam poprzednim razem.
   -Napije się pani czegoś, panno Greene?
   -Poproszę herbatę, Janie.- zaśmiałam się. Włoch poczochrał pieszczotliwie moje włosy i zabrał się za przygotowywanie herbaty. Mieszkanie miał małe i przytulne. Ściany w holu były koloru beżowego, więc nie dziwiłam się, że orientował się o jakim kolorze mówiłam. Wisiały tam dwa zdjęcia: piękny krajobraz: słonce, znikające za wodnym horyzontem. A drugi przedstawiał piękną, szczupłą ciemnowłosą pianistkę.
   Kuchnia była blado-bordowa. Szafki z ciemnego drewna jeszcze bardziej pomniejszały male pomieszczenie. Takich miejsc własnie nie lubiłam. Małych, ciasnych i ciemnych.
   Może i była mała i ciemna, ale za to duże okno z panoramą Kennewick rozświetlało to ponure wnętrze i wydawało się bardziej przytulne. No i to by było na tyle, jeśli chodzi o opisywanie domu Barnesa, bo reszty nie widziałam. a pytanie jeszcze było: Czy chciałam ją zobaczyć. Bałam się okropnie co wyniknie z tego naszego 'związku'. No, bo nie był przecież oficjalny. Ja chciałam spróbować i miałam wrażenie, że Ben również.
   Zakończyłam rozmyślanie kiedy  Postawiono przede mną kubek z ciepłą herbatą, tak idealną na grudniowe dni.
   -Lubisz się malować?- zapytał znienacka.
   -Maluję się.- odpowiedziałam.- I tak. chyba to lubię. A dlaczego pytasz?
     Oparł głowę o ścianę. Westchnął i uśmiechnął się do mnie blado.
   -Bo za tydzień święta, a ja nie wiem co ci kupić.- odparł lekko spłoszony.
   -Nie musisz mi nic kupować. Nie lubię prezentów. Po co masz wydawać na mnie pieniądze, za które możesz kupić sobie coś sensownego? A po drugie, też nie wiem co ci kupić. Choć... Może i mam jakiś pomysł.
    -Mi też coś przyszło do głowy...- zamruczał patrząc w okno- I nie chcę słuchać twoich sprzeciwów- pokiwał palcem kiedy zaczęłam otwierać usta. Rzeczywiście. Chciałam się sprzeciwić.
   -Nikt ci nie każe mnie słuchać.- sprostowałam. Złożyłam ręce na piersi i oparłam się wygodnie.
   -Foch?- zaśmiał się. Nic nie odpowiedziałam.- Ale... No przecież ja nic takiego nie powiedziałem.- nadal nic nie mówiłam.- Ashley? No weź!- jego głos skoczył o oktawę.- Specjalnie do ciebie wygoogluję jaki to jest kolor turkusowy.- mruknął. Mimo woli się zaśmiałam. - To jak?
   -Wal się. Nie wymieniałam turkusowego.
   -To co?- uśmiechnął się i przykucnął przede mną wspierając się na moich udach.- No daj buziaka.
   Znowu się zaśmiałam. Po chwili zakłopotania schyliłam się i cmoknęłam go u usta.
   - No ej!- zaprotestował.- Masz dziewiętnaście lat czy dziewięć?
   Wywróciłam oczami i westchnęłam, a Ben czekał z uniesioną brwią.
   Wstał i schylił się tak, aby jego twarz i moją dzieliło kilka centymetrów. Serce biło mi jak oszalałe! Dudumdudum. Głośne i szybkie. Czułam się jak dziecko, któremu chcą skraść buziaka [...]


OKEJ! Dalsza część za miesiąc. Kiepsko z internetami. ;D


1 komentarz:

Obserwatorzy