piątek, 18 kwietnia 2014

Czytać Proszę!

Dla niewtajemniczonych. :D
   Rozdziały na tym blogu pojawiać się będę piątego dnia każdego miesiąca. X rozdział pojawił 5 kwietnia, więc XI wstawię 5 maja itp.itd.
   Tak, więc... Dzięki za uwagę i...
 WESOŁEGO JAJKA! :D
ZGON *.* Aaaa <3


sobota, 5 kwietnia 2014

X Rozdział

   Dlaczego się tak szybko ode mnie odsunęła?
  Spojrzała w bok zaciskając usta w cienką linię, a ja przejęty jej stanem skrzyżowałem ręce na piersi i tylko na nią patrzyłem. W końcu i ona zwróciła na mnie uwagę, ale jej oczy były straszne. Chyba chciała mnie zabić...
-Dlaczego...- uderzyła mnie w ramię- Nie...- znowu- Dzwoniłeś!?- teraz to całkowicie mnie okładała. Bawiło mnie to i niestety nie potrafiłem powstrzymać śmiechu. Ona z resztą też.
- Nie wiem... Przepraszam?- spojrzałem na nią z ukosa nadal się uśmiechając.
-Bawię cię?- zagryzła wargę (JEZU!), żeby się nie uśmiechnąć.
  Odchrząknąłem, by się 'odweselić'.
-Nie. Skąd, że. Ty? Mnie? Nigdy!- przyciągnąłem ją do siebie.- Dlaczego jesteś smutna?
-Nie jestem smutna.- westchnęła cichutko. Nie chciała mi powiedzieć? Nastrój mi się od razu pogorszył. Jak już mówiłem ten dzień był do bani. Chociaż był poniedziałek, 16 grudnia i nie musiałem iść do pracy, to jednak każdy inny dzień byłby lepszy.- Mój tata ma raka.- zaszlochała.
   Przytuliłem ją jeszcze mocniej. Biedna Ashi. Zaszlochała jeszcze głośniej, trzęsła się.
-Chodź. Napijesz się herbaty. Nie płacz, słonko. - potarłem jej ramię i zmusiłem do ruszenia się z miejsca.
   Przetarła oczy chusteczką sprawdzając czy nie rozmazał jej się makijaż.
   Rak. To jedna z najgorszych rzeczy jakie mogą przydarzyć się człowiekowi. Wiele osób umiera na tą własnie okropną chorobę. Nigdy bym nie pomyślał, że pan Greene jest chory. To tak wspaniały i żywiołowy człowiek, że nie było tego po nim widać. Wyzdrowieje. Jego rodzina musi w to wierzyć. Raka można wyleczyć, a Charlie go pokona. Jestem tego pewien.
   Ashley spojrzała na chusteczkę i jęknęła zauważając na niej czarny ślad.
-Nie rozmazałaś się.- oznajmiłem. Jesteś piękna... Dlaczego nie powiedziałem tego na głos? Tchórz. czego się boisz bekso? Ja pierdzielę... Muszę zakończyć kłótnie z moim umysłem, bo przerodzi się to w psychozę.

   Przepuściłem Ashley w drzwiach.
-Usiądź.- poprosiłem kiedy znaleźliśmy się w kuchni. Rozglądała się po pomieszczeniu z lekkim uśmiechem na twarzy. O czym myślała?
-A co u ciebie? - spytała patrząc jak zalewam herbatę. Spojrzałem na nią. O szlag!!!
-O kurwa! Auu!- Jęknąłem  z bólu. Wrzątek z czajnika bardzo szybko znalazł się na mojej ręce parząc tatuaż wilka. Zanim zdążyłem coś zrobić Ashley pociągnęła mnie na krzesło. przyłożyła do mojej ręki zimną mokrą ściereczkę. Ulga!- Ja... Ja to sam zrobię.- mruknąłem odsuwając rękę, ale ona przyciągnęła ją do siebie z powrotem łapiąc za przedramię. syknąłem z bólu.
   Poruszyła tylko figlarnie brwiami.
-On się na mnie dziwnie patrzy.- oznajmiła przyglądając się tatuażowi.
-Ale na pewno cię lubi. Ma taki dziwny wyraz mordki , bo nie słuchał się babci, a mówiła mu 'nie rób takich min, bo ci tak zostanie'. Biedny. Pewnie mu tak nie wygodnie...
  Wybuchnęła śmiechem i znów na mnie spojrzała. ( Duże oczy!)
-Dlaczego wilk?- spytała nadal z uśmiechem na twarzy. Usiadła na krześle na przeciwko mnie.
-Wilk symbolizuje... dzikiego ducha... Reprezentuje wolność, lojalność, energię, chęć bycia wolnym od ograniczeń... - zastanowiłem się chwilkę. jakby to ująć?- ograniczeń współczesnego świata.
-A innym się po prostu kojarzy z ładnym zwierzątkiem. Jakie masz jeszcze tatuaże?
-Czaszkę na szyi, Ditę Von Teese na ramieniu...
-Pokaż mi! - podjudziła się. Ściągnąłem brwi. Tak bardzo lubi Ditę? Zsunąłem kurtkę i podciągnąłem rękaw ukazując najlepszy i największy tatuaż jaki miałem.
-Lubisz Burleskę?- Dotknęła mojej skóry przyglądając się dziełu Lizz Cookie z uwielbieniem.
-Tak. Ale Dita... Nie pokazuje tylko siebie i swojego tańca, ale także swoją wspaniałą grę aktorską. Bo na tym właśnie polega burleska. Jest zmysłowa, piękna. Burleska to nie striptiz, tylko...
-Teatr.- dokończyła spoglądając mi w oczy- Jesteś inny.
-Już mi to mówiłaś.- przygryzłem wargę. Nic mi nie odpowiedziała. Tylko jej szare oczy przyglądały się moim czarnym. Pochyliłem się lekko dając jej do zrozumienia, ze mam zamiar ją pocałować. Ona jednak przesunęła się na bok muskając wargami mój policzek. Co? Dlaczego?
- To co z tymi tatuażami? To wszystko?
  Zamrugałem kilkukrotnie.
-A wolałabyś, żeby to był koniec z wymienianiem?
-Nie. Lubię tatuaże. Każda ilość jest spoko.- 'Spoko'. Dziwnie to brzmi w jej ustach.
-Mam jeszcze trzy na środkowym palcu...
-Tak. Skrzyżowane piszczele ciekawy...
   Parsknąłem śmiechem.
-Taa. I na barku napis 'I fell apart, but got back up again' i... to wszystko.- chyba się zarumieniałem.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
-Miały być trzy. Jeszcze jeden.
Może go kiedyś sama zobaczysz... Potrząsnąłem szybko głową, żeby odgonić tą głupią myśl.
-Nie jest to najciekawsze miejsce na tatuaż.- odparłem, a ona odruchowo spojrzała na moje spodnie. Zaśmiałem się. Chyba każdy by pomyślał, że jest tam.- Na pachwinie mam wytatuowane piórko.- Ten tatuaż jest moim największym błędem... No ale nie moja wina...
-Dlaczego piórko i dlaczego tam?- znowu jej wzrok przeniósł się na dół. Nie patrz się tam!
-Nie wiem i nie wiem. To tylko dla tego, że jakiś salon tatuażu był czynny w noc z 20 na 21 czerwca w 2011 roku.- Oh... Z moich dwudziestych pierwszych urodzin nie pamiętam nic kompletnie. Kiedy się obudziłem tak strasznie bolała mnie pachwina, że myślałem, że coś mi się stało. Kiedy stanąłem przed lustrem i zobaczyłem ten głupi tatuaż (który nie był mały) zaraz pognałem opieprzyć Nathana. ( No on zaplanował to wszystko. Ten cały wieczór.) I do końca swoich dni będę się zastanawiał co ja wtedy robiłem, z kim rozmawiałem i robiłem inne rzeczy (nie mówię tu o konkretach  )
-Okej... Zgaduję, że były to twoje urodziny.- parsknęła przesuwając palcem po uchu kubka.
-Dobrze zgadujesz.- przytaknąłem jej podchodząc do lodówki.- Zjesz coś?
-A co masz?
-Ehm... Mięso. Dużo mięsa.-burknąłem. Nie, że byłem wegetarianinem, ale tyle zwierzyny, to ja jeszcze w lodowce nie miałem. Jej zawartość zaczęła tak wyglądać od kiedy zaczął mieszkać tutaj Nathan. Który jadł praktycznie rzecz biorąc tylko mięso, jajka i tłuste rzeczy.
-Sam sobie jedz trupa.- Ooo!
-Wegetarianka?- I dobrze!
-Taak. No bo, to przecież kiedyś żyło. Nie?
-No racja. To prawie jak kanibalizm.- Czyli Wayne Static  jest prawie kanibalem? - To zaraz zrobię coś zdrowego, smacznego i bezmięsnego do przekąszenia. Okej?
-Okej.- Była uśmiechnięta, ale wyglądała na zdziwioną. Co ją tak zdziwiło?
   Po piętnastu minutach dwie porcje sałatki owocowej były gotowe. 
   Ashley skosztowała i oniemiała.
-Boże! To jest pyszne!- delektowała się każdym kęsem. I znów nie powiem... Schlebiało mi to.- Kto cię nauczył to przyrządzać?
-Mama. Ogółem mama nauczyła mnie gotować. Ona była wspaniałą kucharką... I piosenkarką. A tata był świetnym pianistą. To przez nich zacząłem interesować się muzyką.
-Dlaczego mówisz w czasie przeszłym?- ściągnęła brwi przerywając na chwilę jedzenie.
-Oni nie żyją. Długa historia, której nie chcę teraz opowiadać. kiedy indziej ci wytłumaczę.
-Przykro mi.- jej mina zbladła. Nie lubiłem współczucia. To takie przygnębiające, kiedy ktoś ma lepiej... wiem. Egoistyczna myśl.- Co do muzyki, to słyszałam jak śpiewasz. Przewspaniale. Grasz na fortepianie?
-Tak gram na fortepianie, ale to mieszkanie nie pomieści nawet pianina, więc mam gitary.
-Ile grasz?- wyglądała na szczerze zaciekawioną.
-Na fortepianie od kiedy skończyłem siedem lat,a na gitarze od trzynastki.
   Westchnęła przyglądając się swoim dłoniom.
-Chłopak z gitarą...- lekko się uśmiechnęła. ...byłby dla mnie para. Ta! Chciałbyś.
   Nagle usłyszałem otwierające się drzwi. Wyszedłem z kuchni i zobaczyłem Nathana. Widać było, że 'nie był sobą'. Oczy miał podkrążone i cały czas pociągał nosem. Efekty ćpania.
-Cześć.-mruknął wesoły. Znowu był pijany.
-Idź sprzątnij to, co zostawiłeś w salonie na stole.- warknąłem wskazując drzwi pomieszczenia.
-A co ja... Aaa. Tak...- zaśmiał się- To zrobię później. Najpierw się napije wody. No, bo przecież wiesz... kac i te - pociągnął nosem- sprawy.
-Nie najpierw to sprzątniesz.
-Jezu! nadwrażliwy jesteś! Chcesz to sam posprzątaj!
   Ruszył w stronę kuchni, ale zatarasowałem mu drogę. Wkurzył mnie. Niech słucha.
-Słuchaj, palancie. Nie jestem twoim sprzątaczem, kucharzem, niańką dla tego walonego kota i chłopcem na posyłki. Nie będę za Ciebie niczego robić. Nie będę sprzątał po tobie ciuchów, żarcia, naczyń i tym bardziej prochów! Sam sobie gotuj i kupuj piwo! A kota, to możesz zamknąć w klatce albo kupić do chuja kuwetę!- Nie krzyczałem. Mówiłem tylko trochę podniesionym głosem.- Idź sprzątnij to świństwo albo się stąd wynoś!
   Patrzył na mnie wściekły, ale ruszył do salonu i zaczął zbierać ze stołu proszek. Odetchnąłem i wróciłem do kuchni.
-Przepraszam.
-Nie no. Spoko. Każdy ma granice cierpliwości. To Nathan, tak?- Ah... No rzeczywiście opowiadałem jej o nim. W odpowiedzi pokiwałem tylko głową. Moim zdaniem trochę przesadziłem, ale kiedy Nathan wparował zaćpany do domu, to po prostu... No nie mogłem!!!-Wiedziałeś, że ćpa?
-No... Tak...
-I zgodziłeś się, by z tobą zamieszkał?- przerwała mi
-Był moim przyjacielem. Nie potrafiłem go tak po prostu wygonić. Myślałem, że zmienił trochę swoje nawyki od czasu studiów, ale się najwyraźniej myliłem. On nie zarabia... Nie mogę go zmotywować.
-Uda ci się. Jesteś bardzo charyzmatyczny.- Ja? Charyzmatyczny? Najwyraźniej Ashley odkrywa moje cechy... O których sam nie mam pojęcia.
   Do kuchni wszedł Nathan. Dawno był u fryzjera, bo włosy sięgały mu prawie do żuchwy.
  Spojrzał na Ashley i uśmiechnął się zalotnie. 
-Ashley to Nathan... Nat poznaj Ashley.
   Ashi podała mu dłoń, którą on ucałował. Mi się to nie spodobało, a Ashley się nawet tego nie spodziewała.
-Miło mi poznać.- jego oczy znalazły się na przeciwko jej.- Co tak atrakcyjna kobieta robi u Barnesa?
-Przyszłam go odwiedzić.- Ashley się zarumieniła, a ten... skur...kot przejechał dłonią po jej ramieniu. Nagle poczułem na dłoni silne ukłucie. Za mocno ścisnąłem szklankę, która po naciskiem pękła i jej kawałeczki wbiły się w moją skórę. Ashley spojrzała na mnie wielkimi, przerażonymi oczami. Ignorując ich wstałem, wyrzuciłem naczynie do kosza.
-Daj mi rękę.- powiedziała za moimi plecami.
-Nie, Ashley.
-Ben! Co ci dzisiaj jest?- zwróciłem wzrok w jej stronę. Bawiło ją to. Widząc jej uśmiech sam parsknąłem rozbawiony.  To pewnie przez ciebie i tego zaćpanego durnia, który cię dotyka.
-Nie wiem. Ale cieszę się, że to cię bawi.- mówiłem nadal uśmiechnięty.- Rozmawiaj sobie z Nathanem. Ja się sobą zajmę.
-Aaa- szepnęła.- Więc o to ci chodzi.- Przybliżyła usta do mojego ucha.- Jesteś zazdrosny?
-Nie.- zaprzeczyłem mało wiarygodnie na co ona jeszcze bardziej się roześmiała. Ujęła moją dłoń i zaczęła wybierać kawałki szkła. - Mam dwie ręce. Mogę to sam robić.
-Fuj. Krew.- mruknęła puszczają moją uwagę mimo uszu. Już dawno uznałem, że jest uparta, ale wiem także ponad wszelką wątpliwość, że chce mi tylko pomóc, choć tej pomocy nie potrzebowałem. Zacząłem przyglądać się jej twarzy. Była skupiona, a brwi miała zmarszczone. Jej usta złączone były w cienką linię. Otworzyła je jednak kiedy jej buzia zaczęła nabierać zielonego odcienia.
-Wystarczy ci. Zrobiłaś się zielona. Siadaj. - wolną ręką pociągnąłem ją na dół. Gdyby chciała mogłaby mnie zabić wzrokiem.- Bardzo ci dziękuję, ale nie chcę żebyś mi tu zemdlała. Naprawdę. Poradzę sobie, mała.- Szlag! Powiedziałem 'mała'.
-Hę?- oburzyła się teatralnie.
-Ashley- poprawiłem się. W odpowiedzi usłyszałem parsknięcie.
    Sięgnąłem do szafki nad kuchenką i wyciągnąłem wodę utlenioną, gazę oraz bandaż. Wypłukałem rękę z ciemnej krwi. Woda utleniona nieprzyjemnie piekła rany. Gaza i bandaż nie dawały największej swobody i wygody jednak chroniły skaleczenie przed środowiskiem zewnętrznym i zapobiegały zakażeniu.
   Nie przejmując się tym, że Nathan zajął moje miejsce zagadując głęboko Ashley pogawędką o muzyce.-Dowiedziałem się już wcześniej, że lubiła Katy Perry, jej ulubiony i ukochany zespół 'ever' to Kings Of Leon. Podobał jej się bardzo Matt Bomer. Niestety jest gejem, jest stary i ma trojkę dzieci... Ale z tym Matt'em Bomer'em odszedłem od tematu.- Wytarłem ze stołu kropelki krwi, kiedy zadzwonił telefon Ashley. Wyciągnęła go z kieszeni i dopiero w tamtym momencie zorientowałem się, że to nie dźwięk połączenia przychodzącego, ale powiadomienia. Wszędzie unosiła się piosenka 'Use Somebody' Z repertuaru Kings of Leon.  
-Muszę lecieć.- oznajmiała wstając i chowając telefon do kieszeni.
-Mogę...- zaczął Nathan. O nie, nie, nie, nie! Ja już wiem co on chciał powiedzieć. Nie!
-Mogę Cię odprowadzić.- przerwałem mu. Ashley podeszła do mnie i pocałowała w usta. Znowu ona podjęła pierwszy krok! Oddałem pocałunek nie dotykając jej dłońmi. Opierałem się o szafkę kuchenną, a ona o mój tors. 
-Nie musisz.- odsunęła się ode mnie.- Nie mam daleko. Do zobaczenia.- puściła do mnie perskie oko a Natowi pomachała na pożegnanie.
-Cześć.- Odpowiedzieliśmy.
   Kiedy wyszła spojrzałem na Nathan'a drwiąco. To takie zadowalające kiedy ma zakłopotana mnie i nie wie co powiedzieć. Dlatego nie podrywa się czyichś gości. znowu muzyczka. Tym razem z mojego telefonu Convergence z repertuaru 30 Seconds To Mars. SMS w języku włoskim:
     ,,Dzień Dobry Panie Barnes. Ja wiem. Nie chcesz mnie widzieć. Nienawidzisz mnie. Ale musisz się ze mną spotkać. Muszę się z tobą rozmówić. Nie zrobię ci krzywdy.''
  Sranie w banie! Ale pójdę... Co mi tam. Dwudziesto(prawie)cztero wojskowy przeciwko psycholowi po czterdziestce.

    W SMS'ie, który dostałem po zgodzeniu się na spotkanie była zamieszczona lokalizacja. Zmartwiło mnie to, że będę musiał spotkać się z nim poza miastem i czułem tutaj jakiś podstęp, więc byłem przygotowany na wszystko. Koszulkę ubrałem za długą, bym mógł zakryć SIG'a 9mm. Lepiej bym się czół z AK-47 albo X-9 SWAT... No ale gdzie to schowasz? Właśnie plusem bycia w wojsku było to, że miałem okazję używać tych najlepszych broni. Ah... Co to były za czasy.
   Autostrada 82 łączyła Kennewick z miastem Umatilla w stanie Oregon Jednak przedtem trzeba by było przejechać przez McNary Wildlife Nature Area. A jest to rezerwat dzikiej natury, więc nawet jeśli chciałbym szybko uciec w tamtą stronę, to nie mógłbym, bo możliwym by było, że zabiłbym beztrosko jakieś zwierzę. Czego nie chciałem. Dla własnego dobra nie powinienem myśleć o najgorszym. Może nie będę musiał uciekać, bić się i sięgać do kabury przy spodniach.
   Przy zjeździe na drogę 397 zatrzymałem się i wysiadłem z auta. Przy bardzo trzęsących się nogach samochód z wysokim zawieszeniem nie jest najlepszy. Wyskakując z niego ledwo złapałem równowagę. Weź głęboki wdech. Czekaj na Bernarda. W razie czego nie uciekaj z powrotem do Kennewick. Przez 397 też nie mógłbym jechać, bo wyszłoby na to samo... Skierowałbym się do Pasco.
   Usłyszałem za plecami chrupanie żwiru pod czyimiś butami. Odwróciłem się powoli. O kurde. Nie zmienił się. Nadal był chudy, włosy miał nadal ciemne, ale doszło wiele siwych odcieni. Stałem patrząc na niego... z wyrzutem? Przerażeniem? Moja twarz na pewno nie została bez wyrazu. Bernardo Dionisi. Kiedyś nadpobudliwy, przerażający, władczy. Teraz trzęsący się z zimna, spokojny, opanowany, bezbronny. Choć mogły to być tylko pozory. Wpatrywał się we mnie z życzliwym uśmiechem. Dlaczego nic nie mówił? Chciał się ze mną rozmówić.
-No mów.- odezwałem się.
   Przekręcił głowę bardzo szybko. Wyglądało to jak jakiś skurcz... Albo coś w tym rodzaju. Tak czy siak wyglądało to przerażająco.
-Benjamin Barnesa.- szepnął robiąc krok w moją stronę. Ja zaś cofnąłem się o dwa.
-Ben Barnes.- poprawiłem go przyglądając się spadającemu na asfalt śniegowi. Po moim ciele przeszedł chłodny dreszcz. Z zimna?
-Ben. Jak milo Cię widzieć.- Jego ton był za ciepły. Za słodki. Nigdy tak się do mnie nie zwracał.
-Bez wzajemności.- odrapałem nadal na niego nie patrząc. Uu... Chłodno. Skrzyżowałem ręce na piersi. Długi sweter nie dawał dostatecznego ciepła.
-Zmieniłeś się.- zauważył.- Czyżby zawładnęła tobą ciemność?
   W końcu na niego spojrzałem. Jego wzrok był zmartwiony, czuły. Przeszywał całego mnie.
-Żałoba.- w mojej głowie pojawiły się tysiące wyzwisk, które mógłbym wypowiedzieć, które były prawdą i nie mógłby uznać ich za bezpodstawne.
-Chłopcze. Wszystko się kiedyś kończy.
-Nie musiało się kończyć tak szybko! Jak można zabrać komuś rodzinę? Jak można nie mieć wyrzutów sumienia? I masz jeszcze czelność zwracać się do mnie! Przyjechałeś do Stanów, żeby mnie wykończyć?
-Ben...
-Czy chcesz mnie zabić?!- ja nie krzyczałem ja się darłem.- Mogłem iść na policję! Mogłem cię zabić i nadal mogę to zrobić! Teraz w tej chwili, ale wiedz, że nie chce być taki jak ty. Nie chcę być mordercą. Nie chce być jeszcze gorszym człowiekiem.- z każdym słowem mój głos stawał się coraz cichszy.

-Ale ty jesteś złym człowiekiem. Wiesz to.- zdawałem sobie z tego sprawę.- Ja też to wiem. Wiedzieli to Kathriene i Alejandro. Wiedziała to Susanne.
-Jak śmiesz wymawiać ich imiona?- Nie uważali mnie za złego człowieka. Przecież byłem dla nich ważny...
-Pozwolisz, że będę wymieniać dalej.- odpowiedział mi.- Wiedziała to Vittoria.- Co ona ma do tego?- Ale nie wie tego Ashley.-Co? - Nie wie Samuel, Alexandra, Andre i Griffin'i.
-Skąd ty to wszystko wiesz?
-Znam cię lepiej niż ty sam, Ben.
-Nie znasz mnie. Nic o mnie nie wiesz. NIC! Rozumiesz?! Jestem złym człowiekiem. Zgodzę się z tobą! Ale ty jesteś o stokroć gorszy. Nic nie znaczysz! Nie boję się ciebie!
-Ja bym się tam go bała.- odparła jakaś dziewczyna. Była wysoka. Niewyższa ode mnie. Miała płowe włosy ciemniejsze u nasady. Nidy bym jej nie rozpoznał, gdyby nie jej czekoladowe, błyszczące oczy i pełne usta. Vittoria. Nadal była słodka. Była jeszcze piękniejsza. Już prawie ucieszyłem się na jej widok, kiedy podeszła do Bernarda i pocałowała go namiętnie w usta. Auć... Nie był to przyjemny widok. Zacząłem głębiej oddychać spuszczając wzrok... No nieźle. Długo to trwa. Nagle Vittoria krzyknęła 'Bernard'. Spojrzałem na nich dyskretnie. Pociągnął ją mocno za włosy następnie odsunął z jej ramienia bluzkę i ugryzł ja tak mocno, że z rany zaczęła mocno lecieć krew. Nie zmienił się. Wcale! Odepchnął od siebie płaczącą z bólu dziewczynę i wytarł usta rękawem.
-Dobra młody.- zwrócił się do mnie.- Nie będę się z tobą cackać. Musi cie wreszcie spotkać, to co spotkało resztę.
-Dawaj.- oparłem próbując nie zwracać uwagi na trzymającą się za ramię włoszkę. Biedna kobieta
-Nie- powiedziała cicho. Bernard znów zrobił te przerażając obrót głową. Zwrócił się w jej stronę i kopnął z całej siły w brzuch. Zawyła padając na ziemię. Łkała błagając go o litość.
   Poczułem na mojej ręce czyjś dotyk. Odwróciłem się w jego stronę i niespodziewanie dostałem w twarz pięścią. Następnie napastnik chciał mnie kopnąć, ale ja w porę odsunąłem się na bok. Mogłem zablokować atak jednak nie byłem pewien czy mi to wyjdzie. Był ode mnie szerszy w barkach i miał większą masę ciała. Przeważałem nad nim tylko wzrostem i szybkością, bo było po nim ewidentnie widać, że jego masa przeszkadza mu w szybszym poruszaniu się. Odsunął się ode mnie o kilka kroków by rozpędzić się i wykonać skok w moją stronę. Korzystając z posiadania ciężkich glanów wymierzyłem mocnego kopniaka w jego podbrzusze. Krzyknął z bólu i na chwile stracił równowagę niestety ponownie ją łapiąc. Następnego ciosu nie zdążyłem uniknąć. Poczułem silny ból żeber. Przewidywałem złamanie. Wziąłem się w garść. Chwila nieuwagi przeciwnika... Runąłem na niego zwalając go na żwir. Usiadłem na jego nogach nie dając mu możliwości ruszenia nimi. Zanim zdążył owinąć swoje dłonie wokół mojej szyi zacząłem okładać jego twarz serią mocnych uderzeń pięścią. Zepchnął mnie. Najwyraźniej zorientował się, że zostawił uraz na moich żebrach. Ryknąłem z bólu i wylądowałem  obok samochodu uderzając potylicą w metal. Auu!! 
    Łohohoho! Gościu się zmęczył. Zebrałem w sobie wszystkie siły, by wstać. zaszedłem go od tyłu uderzając z całej siły o pięściami w skronie. Padł na ziemię. Nie ruszał się, więc mój plan wypalił. Zemdlał.
   Odetchnąłem ciężko tym samym sprawiając sobie ból. Tak. Były złamane. Rozejrzałem się dookoła nikogo nie było oprócz leżącego pod moimi nogami 'gostka' i opierającej się o drzewo Vittorii. Przeciągnąłem 'gostka' na pobocze i podszedłem do dziewczyny. Dotknąłem je policzka. Nie miała poobijanej twarzy, ale gorzej było z ramionami- które były pogryzione, podrapane. Podobnie jej brzuch.
    Niebo zrobiło się ciemne. Dookoła panował mrok. Nie było księżyca... Znaczy się... był ale tylko jego szczupły sierp.
-Spieprzaj.- warknęła strzepując moją dłoń.- Muszę znaleźć Benarda.
-W takim stanie?- zadrwiłem.
-Czuję się świetnie.
-Nie pytałem.- Ona będzie wredna dla mnie, ja będę tak samo nieuprzejmy dla niej. Zgromiła mnie wzrokiem i uniosła podbródek w celu pokazania mi, że wcale jej nie uraziłem. - Wstawaj. - wyciągnąłem do niej rękę.
-Powiedziałam, żebyś mnie zostawił?- zlekceważyła mój hojny gest.
-Nie. Powiedziałaś, żebym spieprzał.- Prychnęła lekceważąco.- Słuchaj, kobieto. Chcesz żyć, czy wolisz tu zostać?
-On po mnie wróci.
-Uzależniłaś się od niego, czy co?- mój głos uniósł się o oktawę.
-Kocham go.
   W odpowiedzi wybuchnąłem dzikim śmiechem. To co, że mnie to bolał. ta dziewczyna zwariowała.
-Najwyraźniej wybierasz samych złych ludzi.- uznałem nadal się śmiejąc.
-Słuchaj dupku! Ja tylko z tobą spałam! Bern to coś innego. - kurde! Co? Bern? Tak słodziutko.
-Coś innego, powiadasz? No tak. Zrobił ci krzywdę. Jak możesz go kochać? W ogóle wiesz co znaczy kochać?- spojrzała na mnie urażona następnie jej twarz przybrała dzikiego wyrazu. Uderzyła mnie otwartą dłonią w policzek.
-Tak wiem! Ciebie tez skrzywdził, pier...
-Holuj się, mała.- warknąłem przyglądając się jej.- Tak skrzywdził mnie i jakoś mi się nie wydaje, żebym czuł do niego coś innego oprócz nienawiści. Dziewczyno! Opanuj się! Spójrz co ci zrobił...
    Nie patrzyła na mnie. Co było tak interesującego w jej dłoniach?
-Mogłem zrobić jej to, co zrobiłem twojej siostrze.- powiedział Bernard. Stał bardzo blisko mnie. Tuż za mną. Jeżeli przyprowadził następnego ochroniarza, to już było po mnie.
-Berni!!!- uciszyła się Vittoria. Popatrzyłem na nią wściekły, jednak ona nie zwracała już na mnie żadnej uwagi. Prawie udało mi się ja przekonać. Niech cie szlag, Dionisi! Powoli podniosłem się z klęczek sprawdzając jaka będzie reakcja Bernarda. Nie zwrócił na mnie uwagi. Obejmował Vittorię wycierając mokrą chusteczką rany, które sam jej zadał. Może sobie odpuścił. Ruszyłem w stronę auta. Już otwierałem drzwi kierowcy...
-Gdzie się wybierasz Barnesa?- zastygłem bezruchu nie odwracając się do niego.- Jeszcze z tobą nie skończyłem szczeniaku.
-Berni. Naprawdę chcesz się go tak szybko pozbyć?- zachichotała Vittoria.- Myślałam, że lubisz się wykazać.
-Tak kochanieńka. Masz rację.- odwróciłem się w ich stronę oboje mi się przyglądali.- Jedź do domu. Za trzy dni chcę cię tu widzieć... Albo tego pożałujesz.- Był przerażający. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie blado najpierw upewniając się, czy Bernard nie widzi. na dzień dzisiejszy uratowała mi życie.
   Wsiadłem do samochodu z trudem łapiąc oddech. Czułem się coraz gorzej. Ból narastał z każdą chwilą. Kiedy zobaczyłem się w lusterku... O kurde! Cała prawą część twarzy miałem poobijaną. Ruszyłem w stronę Pasco. Droga o wiele dłuższa, ale wolałbym nie pokazywać się w szpitalu Kennewick. 
05.04.2014



KONIEC X ROZDZIAŁU. Chciałam, żeby był ciekawszy niż reszta... I strasznie zależało mi na tym, żeby dodać go dzisiaj. Tak więc... Mam nadzieje, że się podobało. Zostawiam dla was 
Ben'a:
Ashley:
Vittorię:
Oraz tego skurkota...
Bernarda:
Aha chciałam jeszcze zostawić album, który świetnie pomagał w napisaniu tego rozdziału. :)




piątek, 7 marca 2014

IX Rozdział

     [Grudzień]
      Wokalista Static-X znów zaczął drzeć się wniebogłosy! Odebrałem telefon.
-Sam...-nie skończyłem, gdyż ten zaczął ostro nawijać.
-Kuźwa! Ben! Przyjedź tu! Nie mam pojęcia co robić!- mówił nie wyraźnie, jego głos był spanikowany.
-Dobrze. Już jadę, ale powiedz co się dzieje.- Oczy miałem wielkie. ręce mi się trzęsły. Bałem się o niego. Jest w tarapatach? Coś się stało? Tyle pytań cisnęło mi się na usta, ale nie chciałem nic mówić.
-Tyle krwi. Człowieku kałuża po prostu. Nie wiem co się dzieje! Boję się! Tak się boję!- ze szlochem rozłączył się. Moje zdenerwowanie było w zenicie. Z trudem (wielkim, wielkim, przeogromnym trudem) trafiłem kluczykami  w stacyjkę.
   Jechałem ostrożnie, a w głośnikach słychać było głos dziennikarza prowadzącego poranne wiadomości, ale choć próbowałem, to nie mogłem go zrozumieć. To tak jakbym ze zdenerwowania zapomniał języka angielskiego. 
   Zjechałem na parking pod blokiem w którym mieszkali Stan'owie. Zadzwoniłem na domofon.
-Ben.- Mruknąłem. Sam, albo Alex otworzyli bez słowa. Szybko wbiegłem do ich mieszkania nie pukając. - Co się tu dzieje!?- nikogo nie było w holu.
-Chodź tu!- krzyknął Sam z łazienki. Ale, że niby do kibla!? Wszedłem do środka, także nie pukając. Wokół szlochającej Alexandry rozlana była kałuża krwi.- Kurde Ben! Pomóż! Co jej jest!? CO jest do cholery!?- był nie źle poddenerwowany, a jego krzyk jeszcze bardziej denerwował biedną kobietę, siedzącą na zimnych kafelkach. 
-Nie krzycz.- szepnąłem i przykucnąłem przy jego żonie.- Alex.- Nadal mówiłem spokojnym szeptem. Gestem wskazałem Samuelowi, żeby ją zabrał. Kiedy wstała i zobaczyła małe, zniekształcone ciałko leżące we krwi, jej szloch przerodził się krzyk i łkanie. Na ten widok po policzkach spłynęły mi łzy. Ona już wiedziała co się dzieje, ale jej mąż był tak rozkojarzony, rozdrażniony i zdezorientowany, że nie był w stanie się domyśleć. Stał tylko obejmując mocno załamaną kobietę i tuląc ją do swojej klatki piersiowej. Wpatrywał się tępo to we mnie, to w stracony płód.- Sam.- zacząłem.- Przykro mi, ale... wasze... wasze...- cholerne łzy. Nie spływajcie zostańcie na swoim miejscu!- dziecko...- nie dałem rady nic więcej powiedzieć. Patrząc na przyjaciela pokręciłem głową i patrzyłem jak i u niego pobudza się ból i strata potomka. Już nie próbował być silny. Jego smutek dosięgnął zenitu. Zaczął płakać, jeszcze mocniej przyciągając do siebie Alex. Nie potrafiłem patrzeć się na to bez wyciśnięcia tony łez. Usiedli na kafelkowej posadzce, nie mogąc się pogodzić z tym, co się właśnie wydarzyło.- Posprzątam.- mruknąłem. Mój głos zrobił się bardzo chrypliwy od nadmiaru emocji i łez. Może to żałosne, bo nie dotyczyło mnie, ale działa się krzywda mojemu najlepszemu kumplowi. Człowiekowi, który pomagał mi w każdej sytuacji. Pocieszał w trudnych chwilach i słuchał każdego mojego wyżalenia. Nawet kiedy odbierał moje nocne telefony, emanował spokojem. 
   Wiedziałem gdzie, co się znajduje w ich domu. Z mopem i wiadrem zabrałem się za wycieranie krwi, uważając przy tym na nie żywy płód. Po posprzątaniu owinąłem go w chusteczkę i położyłem na szafce.
-Schowajcie je do jakiegoś pudelka i najlepiej zakopcie. Jedźcie do szpitala. Przykro mi.- mówiłem.
-Nie!- usłyszałem ich chórny krzyk kiedy otwierałem drzwi łazienki. Odwróciłem się raptownie.- Zostań.- szepnął Sam.- Zostań z nami..
-Ja się pójdę przebrać.- powiedziała. No tak. Jej spódnica z białej zrobiła się biało-czerwona. Poszła do swojego pokoju ( z pomocą męża, oczywiście), a poszedłem do salonu i usiadłem na obitej białym materiałem kanapie. Sam zaraz usiadł obok mnie.
-Dlaczego?- wiedziałem, że chodzi mu o stan Alex. Słychać było jak ona rozmawia z kimś przez telefon. Pewnie z matką albo przyjaciółką.
-Nie wiem- opowiedziałem szczerze.- Musielibyście jechać do lekarza, ale radzę to zrobić jak już się trochę uspokoicie.
-Wiesz... Na początku nie chciałem tego dziecka. Leciał już trzeci miesiąc... A ja już dawno byłem do niego przekonany. Tak świetnie się słuchało jak Alex wymyślała imiona. Nie raz wyobrażałem sobie jak gram z synem w piłkę, jak uczę córkę jeździć na rowerze. I pewnie bycie rodzicem to supersprawa, ale najwyraźniej nie dla mnie.
-Hej. Sam. Przestań. To, że teraz nie wypaliło, nie oznacza, że nie możecie spróbować jeszcze raz. Jedno niepowodzenie nie niesie za sobą prawdopodobieństwa drugiego. 
-Skąd możesz to wiedzieć?
-Uczę się o tym, brachu.- obdarzył mnie bladym uśmiechem. Położyłem dłoń na jego ramieniu. Nic nie mówiliśmy. O niby o czym mieliśmy rozmawiać w tamtej chwili. Bardzo mnie urzekło, że jednak chciał tego dziecka, że nagle zechciał być tatom.
-Ben...- szepnął po chwili spojrzałem na niego. Przyglądał mi się ze zmartwioną miną. Uniosłem brwi.- Co...Eh... Ci się... stało w plecy.- O nie! Tylko nie to! Wybrał najgorszą chwilę z możliwych. Kiedy kiedy przypomniał o bliznach każda z nich zaczęła przeszkadzać. Od łopatek do dolnej części pleców, po każdej ciemno czerwonej szramie przeszedł dreszcz, ale to był taki bardzo nieprzyjemny dreszcz.
   Patrzyłem na niego tępo. Co mam mu niby powiedzieć prawdę? Ha! To chyba jakaś kpina. Ale przecież sam uznałem, że trzeba mu o tym powiedzieć. Zwierzanie się mojemu psychiatrze chyba nie wystarczająco pomaga. No bo jaki jest sens jest w zwierzaniu się komuś, kogo się nie zna?
-Wiesz, że moi rodzice nie żyją?- przytaknął ruchem głowy. No nic. Powiem mu prawdę.- I wiesz, że nie żyje moja siostra. Miała wtedy czternaście lat. Wpadłem w depresję...
-Zrobiłeś sobie krzywdę!?- uniósł się. Czy taki musiał być własnie sposób na odwrócenie uwagi od tej tragedii.
-Nie! Nie taką. Nie jestem debilem! Nie chłostałbym się po plecach.
-Nie taką?- zdziwił się. 'Łapiąc za słówka'
-Odpowiadam teraz na inne pytanie.- odwróciłem jego uwagę od masochizmu. Skupmy się na sadyzmie.- Moi rodzice nie zginęli w wypadku.- uniósł zdziwiony brew. No przecież tak mu wmawiałem. To znaczy mówiłem mu to, co wmówili sobie wtajemniczeni.- Zostali zamordowani przez swojego przyjaciela. W nocy. Dzięki niemu... Przez niego zasnęli i już się nie obudzili.- Jego oczy były ogromne z przerażenia. Niecodziennie słyszy się takie życzy.- Temu człowiekowi uszło to na sucho...- mówiłem dalej, ale Was nie będę zamęczał tą opowieścią, którą już dobrze znacie.
  A on dalej się patrzył. Nic nie mówił. Wcale. W ogóle. Nic! Objął mnie mocno ramieniem. Kurcze! Nigdy mnie nie przytulał i czułem się... Nieswojo? Tak szczerze, to podniosło mnie to na... duchu? Można tak powiedzieć. Nie? Chyba lepszym wydałoby się stwierdzenie... na psychice, czy... coś.
-Kurcze... Stary. Nie miałem pojęcia. Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej?
-A co w ogóle dało, że ci powiedziałem?- warknąłem wstając.- To przecież nic nie zmieni!- A ja się dziwiłem, kiedy usłyszałem, że włosi dużo machają rękoma. I muszę przyznać, że to chyba jednak prawda.
-Okej. Ben! Ogarnij.- uspokajał mnie.
-Nie mów tak. Możesz mówić 'uspokój się', 'Już nie krzycz' albo 'siadaj', ale nigdy 'Ogarnij', bo mnie jasny szlag trafi!- Warczałem patrząc na niego z góry. Kto w ogóle wymyślił to głupie słowo!? Albo lepiej powinienem zapytać: 'Dlaczego ludzie tak często go używają?' No bo... Kiedy jest czegoś nadmiar... przesyt, to staje się to irytujące i zaczyna robić się nudne i niepożądane... Że niektórych to nie frustruje!
-Dobra. Uspokój się, nie krzycz i siadaj.- wywróciłem oczami, ale zrobiłem to, o co mnie poprosił.- Życie jest do bani.- Zakrył twarz rękoma.
-W tej chwili twoje bardziej.- mruknąłem.
-Dzięki. Bardzo mi pomogłeś.- sarkastycznym tonem dał mi do zrozumienia, że tą uwagę mogłem zachować dla siebie.
-To przepraszam, że nie jestem mistrzem w pocieszaniu.
   Wsparłem się na białej poduszce i zacząłem się wpatrywać w okno. Na dworze było okropnie brzydko. Padał śnieg, niebo było blade i nie przepuszczało ciepłych odcieni słońca... Za którym okropnie tęskniłem. Mógłbym teraz wrócić do Włoch albo wyjechać do Grecji czy nawet do innego stanu USA : Floryda, California , ale za bardzo się przyzwyczaiłem do Kennewick. Ludzie są tutaj są bardzo... przyjemni. Bardzo polubiłem niektóre osobistości i jak na razie nie mam zamiaru zrywać z nimi kontaktu. Sam, Andre, Ashi (Długo się z nią nie widziałem.), Alex. Właśnie Alex. Co ta kobieta musiała przezywać. Wyjście z takiego dołka to ciężka sprawa. Biedna dziewczyna... Żeby coś takiego przeżyć - Utratę kogoś bliskiego - trzeba być na prawdę silnym. I Alex po tym względem jest godna podziwu. Musiała podjąć W życiu wiele ważnych decyzji. Swoją edukację porzuciła dla muzyki. Planowała iść na prawo i zostać adwokatem, a przyszło jej grać w barze 'Stan'( Bardzo banalna nazwa, ale pasuje.), ale jeśli to lubi, to czemu nie? Chociaż wierzę w to, że Ona, Sam i Andre zrobią kiedyś karierę muzyczną.
-To on jeszcze żyje?- jego mina wyrażała ogromne zdziwienie. Dziwne... Chyba na prawdę próbował odepchnąć od siebie myśl, że na razie nie zapowiada się na to, że zostanie ojcem.
-Tak. Żyje i co gorsza ma się świetnie.- znowu cisza. To już chyba koniec przesłuchania.
-Okaleczanie się pomaga?- spytał.
-A skąd mam to wiedzieć? Nie wiem, ale to durne...
-Oj już nie kręć. Myślisz, że nie widziałem twojej reki, a po drugie sam powiedziałeś, że zrobiłeś sobie krzywdę.- Kurcze. Samuel jednak potrafi słuchać i myśleć logicznie.
-Nie.
-Co nie?- trochę się uniósł.
-Nie, nie pomaga. Nawet nie próbuj tego robić, bo ci nogi z... Nie będę ci prawił morałów... Albo i będę. Musisz zabrać Alex do lekarza.
-Po co?- Patrzył na mnie wielkimi jak spodki oczami. Bardzo głupie pytanie.
-Jak to 'Po co'? Musicie się dowiedzieć co jest powodem... poronienia. Ja już będę leciał. Trzymaj się i na prawdę weź ją do lekarza. To konieczne.
   Wyszedłem i ubrałem kurtkę. Na dworze było już cieplej, ale nadal zimno.
  Wsiadłem do samochodu i ruszyłem z powrotem do domu. W radiu już nie wiadomości, a jak na razie świetna muzyka. Evanescence- 'Sweet Sacrifice'. Ogółem sam zespół był świetny, a Amy Lee... jest śliczna, tak. Wiem. 'Co ty za głupoty wygadujesz?' Ale wystarczy się jej przyjrzeć. Ma duże szare oczy, pełne usta i wspaniałe kruczoczarne włosy. Do tego ze wszystkim efektownie kontrastowała się jasna porcelanowa skóra, a na dodatek Amy nie wyglądała na swoje 32 lata. Niestety z genialnego Evanescence zmienili piosenkę na coś z repertuaru Rihanny, której szczerze mówiąc nie nie trawiłem.
  Do domu wszedłem po cichu... Nie wiem dlaczego tak jakoś wyszło, ale może to i dobrze, bo to, co zobaczyłem po wtargnięciu do salonu bardzo mi się nie spodobało. Na małym stoliku z ciemnego drewna leżał woreczek z białym proszkiem. Zauważyłem jeszcze ślady po kilku kreskach z tego proszku stworzonych. Nathan brał.
-Nathan!- zawołałem- Nat!-żadnej odpowiedzi.
   Pobiegłem do łazienki. Ani po nim śladu. A może w sypialniach. Nic. Nie było go. Jak można wyjść zaćpanym z domu? Może mu się stać krzywda. - To była jedyna myśl, która w tamtej chwili krążyła po mojej głowie. Siedząc na podłodze w holu myślałem tylko o tym.
   Obok mnie przysiadł kocur (wyleciało mi z głowy jak on miał na imię) i przyglądał mi się uważnie.
-I co sie patrzysz?- burknąłem mrożąc kota wzrokiem.- Po co ja się ciebie pytam. I tak mi nie odpowiesz. Jesteś tak głupim stworzeniem, że nie wiesz co się teraz dzieje.- Mówiłem do niego! Mówiłem do kota! Dopadła mnie jakaś nerwica. Nie mogą c już wytrzymać tępego wzroku zwierzęcia (?) poszedłem do siebie do pokoju... I jak na złość dzwoni telefon. Nie spojrzałem na ekran. A obiecałem, że będę to robić.
-Halo.- warknąłem. Nie miałem zamiaru używać tak okropnego głosu.
-Przepraszam. Nie wiedziałam, że przeszkadzam.- odezwała się osoba po drugiej stronie.
-Nie. Nie. Nie! Nie przeszkadzasz Ashley.- Nieźle się za nią stęskniłem.- Co u ciebie?
-Nic ciekawego.- Miała strasznie smutny głos.
-Coś się stało? Mogę ci jakoś pomóc?
-Po prosu się ze mną spotkaj.- odparła. Mruknąłem tylko przytakująco.- W parku. Chciałabym się z tobą zobaczyć.
  Rozłączyła się. Szybko wybiegłem z mieszkania i ruszyłem w stronę parku.
-Gdzie się pan tak spieszy, Panie Barnes?- spoglądnąłem rozkojarzony na panią Hussian. Była to jedyna miła,starsza pani, którą znalem. Była strasznie niska. Jej siwe włosy wydawały się matowe w szarym świetle okropnego dnia. Wyprowadzała właśnie swojego pieska... Chyba mieszaniec. Zawsze witał mnie skacząc i szczekając. I tak było i tym razem.
-Na spotkanie.- odpowiedziałem głaszcząc rudego pieska. Uśmiechnęła się, a zmarszczki w okół jej oczu pogłębiły się nadając jej miłej twarzy jeszcze milszego wyrazu. Nie wiem dlaczego, ale tacy ludzie mnie wzruszali. Starsi, mili i bezbronni...- Jak się pani dzisiaj czuje? Wygląda pani olśniewająco.
-Dziękuje ci, chłopcze. Idź. Jeśli ci zależy to idź.- uniosłem brew. Skąd... A mniejsza.
-Do... do widzenia.- odpowiedziałem jąkając się i ruszyłem znów w stronę parku.
   Ashley siedziała na ławce. Włosy upięte w wysokiego koka odsłaniały uszy, w których tkwiły słuchawki. Ciekawe czego słucha... Najbardziej w jej wyglądzie zauważalne były cienie pod oczami. Co ją tak wykończyło. Podszedłem bliżej i wreszcie mnie zaważyła. Podeszła do mnie z bladym śmiechem na twarzy. Kiedy widziałem ją miesiąc temu, wydawała się być szczęśliwa.
-Cześć Ashi.- szepnąłem.
-Hej.- głos się jej załamał. Wtuliła się we mnie. Objąłem ją wplątując palce w jej włosy. Ten dzień był naprawdę do bani.
07.03.2014


Okej. No to koniec następnego rozdziału. Ja wiem. Wszystko wiem. Nie dość, że dodaję rozdziały z miesięcznymi przerwami, to jeszcze się bezczelnie ociągam. No rozumiem. Ale jest. Krótki, ale jest. ma nadzieję, że się podobał. Jesli to czytasz komentuj. Komentarze bardzo pomagają. Naprawdę.
 :) :3




niedziela, 23 lutego 2014

CZYTAĆ PROSZĘ!

Jest taki mały problem. Następny rozdział nie skończył się jeszcze pisać. (No, bo wszystko robi się samo.:D) i jak na razie nie ma jak się skończyć. Tak więc Ben Wąs najmocniej przeprasza i obiecuje, że Kiedy tylko będzie mógł, to wróci i opowie wszystko. 
Oraz mam nadzieję, że Wszystkie Kochane Osóbki, które fatygują się aby cztać Moje wypociny nie opuszczą Mnie i będą cierpliwe. Dziękuję i dobranoc. :)

niedziela, 26 stycznia 2014

VIII Rozdział

-Doktorze!- Emma, pielęgniarka, położyła swoja rękę na moim ramieniu. Odwróciłem się w jej stronę.- Przepraszam, że się tak brzydko zapytam, ale ma pan problemy ze słuchem?
-Nie.- zaśmiałem się.- Bardziej... Nie jestem przyzwyczajony do 'Doktorze' bardziej pasuje mi Ben, więc proszę mówić mi Ben.
-Ale...
-Jestem Ben. Jeszcze nie jestem doktorem.- powiedziałem dobitnie.- O co chodzi?
-Mały chłopiec ze skręconą kostką. Nie słucha się mnie, a żaden inny nie ma czasu. Pomoże mi Pan...- Uniosłem brew. Pan?- Ben.
-Tak...  Ehm... Chodźmy.
   W gabinecie siedział mały zapłakany blondasek. Miał z pięć lat. Obok niego siedziała... Ashley. Spojrzała na mnie, a ja na nią bardzo spłoszony.
-Ehm... Dzień dobry.-  zająknąłem się.
-Dzień dobry- odpowiedziała Ashley.- Skręcił kostkę.- oznajmiła. Przytaknąłem i przykucnąłem przy krzesełku chłopczyka.
-Jak masz na imię?- spytałem. Spojrzał na mnie. Miał takie same oczy jak piękna kobieta siedząca obok niego.
-Jack.- Jęknął obolały.
-Dobrze. Jack. Wiem, że cię boli, ale musimy zrobić zdjęcie twojej nóżki, żeby zobaczyć co się dokładnie z nią stało. Idziemy?
   Źle, że Emma zaprowadziła ich do tej sali. Sala do RTG była trochę dalej.
-Znaczy się pójdę ja i twoja... mama?- uśmiechnąłem się do Ashley, a potem do Jack'a.
-Siostla!- ożywił się po czym zaśmiał głośno.
-Okej! Facet!- wziąłem go ostrożnie na ręce nie chcąc urazić jego nogi. Przeszedłem z Ashley u boku i z jej bratem na rękach do odpowiedniego pomieszczenia, kładąc na stół.- Teraz się nie ruszaj.- rozkazałem włączając rentgen. Hmm...hmm... Nie jest tak źle, pomyślałem.
-Kostka  będzie wymagała usztywnienia i rehabilitacji.
-Aż tak źle?- spytała przerażona Ashley.
-Nie. Rehabilitacja jest konieczna w większości przypadków.
   Zająłem się kostką, po czym delikatnie opatrzyłem malutką stópkę.
-Becie dobrze?- spytał mały.
-Już jest dobrze ,Jack. Jak to się stało?
-Ymm... Bawił się z dziećmi i wpadł na pomysł, żeby skoczyć z murku, ale źle wylądował.- powiedziała opierając się o biurko.- Ja nawet nie wiem jak? Nigdy nic takiego się nie zdarzyło. On nawet często nie choruje. Kiedy najczęściej dzieje się coś takiego?- nagle spojrzała na mnie zaciekawiona.
- Staw skokowy, czyli potocznie kostka, jest niezwykle podatny na urazy. Skręcenie jest wynikiem  złego ułożenia stopy na podłożu. To jest bardzo, bardzo częste. Nie masz czym się martwić.Uraz twojego brata to uraz graniczący między skręceniem lekkim, a drugiego stopnia, choć można je nazwać bardziej lekkim.
-Jejku. Ben, dziękuję.
-Taka moja przyszła praca.- wzruszyłem ramionami.
   Wstała i uniosła powoli Jack'a
-Byłeś bardzo grzeczny,- pochwaliłem - więc w nagrodę dostaniesz coś słodkiego. Co ty na to?- poruszył energicznie głową. Wyciągnąłem z torby Mars'a i Snickers'a.-Wybieraj!- I wybrał. Snickers'a.
-Dziekuje plosze pana.- mruknął. Skinąłem mu służbowo głową. Telefon Ashley zadzwonił.
-Tak...U lekarza... No, skręcił kostkę...Teraz nie... Tak...No, przepraszam!- oburzyła się.- Tak... Lekarz.--osoba po drugiej stronie się uniosła.-Ben... Tak mamo, ten... Yhm... Co?!... Ale...Eh, Dobra.- odsunęła aparat do ucha i spojrzała na mnie.- Moja mama.- podała mi słuchawkę i odeszła na bok z chłopczykiem.
-Dzień dobry.- Powiedziałem cicho. Tylko szybko. Jesteś w pracy. Ponaglał mnie umysł.
-Witam. Proszę pana. Ezzi nie mówiła, że jesteś lekarzem, a mówi o tob... A mniejsza.- Mówi o mnie? Plus dla mojego ego.- Może przyjdziesz dzisiaj do nas na kolację. W ramach podziękowania.
-Ja...Nie... Nie jestem jescze... Nie mogę...
-Możesz! Panie Barnes, proszę.- Jej głos był tak przyjemny. Tak uspokajający. Tak jak głos Megan.
-Jeśli... Nikt nie będzie miał nic przeciwko...
-Nie będzie. Dzisiaj o 6. Do widzenia.- Rozłączyła się.
   Następny dzień bez glanów? Następny dzień ukazywania tatuaży? Następny dzień bez papierosów? Następny dzień z Ashley! Oddałem jej telefon.
-Co jest?
-Twoja mama zaprosiła mnie na kolacje.- popatrzyła na mnie zdziwiona, ale zaraz się rozpromieniła.
-Extra! To my pójdziemy. Pa pa.
-Do zobaczenia wieczorem, Ezzi.
-Weź... A mniejsza.- Po mamusi.- Cześć.-Wyszła cicho zamykając za sobą drzwi.
    Dwie godziny później siedziałem w domu pijąc kawę. Carly siedziała u siebie w pokoju, a Nathan'a nadal nie było. Niedługo wróci. Mógłbym się teraz denerwować. Zastanawiać się czy ochrzanić go kiedy wróci, ale nie! To dorosły człowiek. Nie mam prawa go pilnować i najwyraźniej jestem nadzwyczaj przewrażliwiony. Może to dlatego, że nieraz wrócił z poobijaną mordą.
     Pomyślałem o muzyce. Muzyka. Wstałem i ruszyłem do swojego pokoju i ująłem w ręce gitarę.
-Maniac Messiah.- zamruczałem pociągając parokrotnie struny szukając dobrego dźwięku.- Destrucion Is His game... A beautiful liar... Love... For Him is pain- Nic lepszego nie wymyśliłeś?- The themles is now burning... Our faith caught up in flames... I need a  new direction...Because... I lost my way... All we need is Faith, All we need is faight. Faight is all we need.- Nie... Może coś bardziej wesołego. Ile można układać piosenki o bólu i nie szczęściu? A może...-  I... picked up my guitar...tried to write you a song...- Zapisałem. Głupotę, ale ją zapisałem.- But... Every word...I wrote just sounded wrong...- I zamierzałem to zapisywać.- Love... Another four letter word... I said... Love You... You even said love... me... But is that all is... takes... Is it mean to be... Love... I wanna make sure... Y...You loved. True love... Never... dies... - Kiedy skończyłem układać, zagrałem całe :
I picked up my guitar
Tried to write you a song
But every word I wrote just sounded wrong
Love
Another four letter word
I said I love you
You even said you love me
But is that all it takes
Is it meant to be
Love
I wanna make sure you loved
True love
Never lies
Just look into my eyes
I must be mad
To give up what we had
You know I never wanted to make you sad
Love
It was right there in front of me
I can write you a song about forever together
For better or worse
Rich or poor or whatever
Real love
That much I guarantee
True love
Sometimes cries
Just look into my eyes
Even if you think that it's goodbye
Tell me what to do and I will try
Nothing more important than you and I
Our love will never die
Even if you tell me it's goodbye
Look into my eyes for my reply
Oh, if it's goodbye
Love will never die

-Kurde! Jaki syf!- burknąłem drażniąc struny.
-A mi się podoba. Jest takie... słodkie.- Powiedziała Carly opierając się o framugę drzwi.
-Jeśli jeszcze raz powiesz, że coś związanego ze mną jest słodkie, to uduszę i ukatrupię. Nie jestem słodki. Nigdy przenigdy. Koniec kropka! Fine!- Nienawidzę słowa słodki. To jest takie... słodkie. Fuj! Ble ohyda!
-Tylko się nie zapowietrz, dziadziuniu. I mi się bardzo podoba.
-Carly? Co masz dzisiaj w planach?- zmieniałem temat.
-Ściągnęłam sobie film i chciałam go oglądać. A co?- była dzisiaj taka... uśmiechnięta. Zawsze. A może ja, stary zgred, powinienem brać od niej korki.
- Nie będzie mnie, a nie wiem kiedy wróci Nathan. Nie chcę Cię zostawiać samej z nim. Będzie pijany.- mój głos robił się coraz wyższy.- Kto wie co będzie mu chodzić po głowie. Jak można być takim pijakiem i mieć aż tak nie poukładane życie. Lubię tego gościa, ale jest naprawdę wkurzający. Nie wytrzyma dnia bez wypicia jakiegokolwiek rodzaju alkoholu! Obiecaj, że nie będziesz pić.- położyła lewą rękę na piersi, a prawą uniosła.- Dziękuję. I obiecaj, że znajdziesz sobie męża tak miłego, mądrego i boskiego jak ja.- zaśmialiśmy się, a ona usiadła obok mnie.
-Oczywiście. A gdzie będziesz, jeśli można spytać.- przytuliła się do mnie. odwzajemniłem uścisk.
-Na kolacji u Ashley, ale wrócę jak najszybciej będę mógł. Obiecuję Ci. Tylko gdzie cie zostawić kiedy nie będzie mnie.- Myślałem głośno.
-Mam piętnaście lat. Umiem o siebie zadbać. Kiedy przyjdzie Nathan i będzie pijany zamknę się w pokoju. Okej?
-Ale to ja mam Cię pilnować, a nie pokój.
-Oj Ben! Przecież nie odwołasz kolacji tylko po to, żeby mnie pilnować to nienormalne. Idziesz i tyle. Koniec kropka...Fine?- spojrzała na mnie pytająco.- I co będziecie robić?
-Tak słońce. Fine. Będziemy jeść. I będziemy rozmawiać, a tak w ogóle to jej mama mnie zaprosiła.
-Oł...- A to coś dziwnego?, pomyślałem.
- Głodna?
-Jadłam.- odparła pociągając struny gitary znajdującej się na moich kolanach. Podałem jej ją poszedłem do kuchni.

   W między czasie Nat zdążył wrócić do domu. Oczywiście na kacu. Ja, ubrany w ciemną marynarkę, szarą koszulkę z napisem Deftones, ciemne dżinsy i trampki, wybrałem się parę domów dalej na kolację u Green'ów. Samochód zaparkowałem na podjeździe i z bukietem niebieskich frezji dla Pani Greene i czerwonymi różami dla Panny Greene (były to jej ulubione kwiaty, z tego co zapamiętałem.) podszedłem do drzwi i zapukałem, gdyż nie zauważyłem dzwonka. Parę chwil później stała w nich Ashley. Włosy upięte w luźny kok... Czarna, dopasowana suknia wyglądała na niej bardzo zjawiskowo.
-Hej. Ślicznie wyglądasz -szepnąłem podając jej bukiet róż. Przybliżyła się do mnie i pocałowała zagięcie żuchwy. Nie przeszkadzał jej zarost...
-Dziękuję. Za kwiaty, które są naprawdę śliczne. Masz plusa za to, że prawdziwe, i za komplement. Także wyglądasz świetnie.- Ta. Yhm. Pachniała tak ślicznie jak wyglądała. Perfumy miała ostre i przyjemnie drażniące.- Wejdź.- przepuściła mnie w drzwiach.
   Znalazłem się w wąskim, ciepłym i przytulnym pomieszczeniu. Ściany, które pomalowane były na jasny kolor, bardzo powiększały mały pokoik.
   Następnie przyszła do nas pani Greene. Przywitała mnie ściskając dłoń i wymawiając serdecznie 'Witam' gdy wręczałem niebieskie kwiaty.
Zostałem zaprowadzony do biało-brązowego pomieszczenia, które było jadalnią. Stół- ośmioosobowy został zrobiony z ciemnego drewna. Podłoga również wykonana została z ciemniejszej imitacji drewna. Na krzesłach siedziały dwie osoby. Znany mi już Jack i starszy mężczyzna czytający tom Stephena Kinga. Kiedy weszliśmy do pokoju podniósł na nas wzrok z nad czytanej lektury i podszedł do mnie z kamiennym wyrazem twarzy. Wyciągnął rękę, którą z lekkim opóźnieniem uścisnąłem. Zastanawiałem się nad tym, czy poznam jej ojca i czy w ogóle zwróci na mnie jakakolwiek uwagę. Przełknąłem głośno ślinę z nadzieją, że nikt nie usłyszał.
-Jestem Charlie. Tata Ashley.- naraz przymulony wyraz twarzy został zastąpiony przez szeroki uśmiech.
-Miło mi pana poznać - Wybąknąłem lekko się uśmiechając. I na jakie tory teraz sprowadzić rozmowę?
   Zasiedliśmy przy stole. Przez pewien czas
panowała cisza. Słychać było tylko sztućce obijające się o porcelanę.
-Benjaminie. Opowiedz coś o sobie..- Zagryzłem dolną wargę. Ale, że co? Żeby coś opowiedzieć trzeba mieć o czym. Prawda?
-Ehm... Ja...- No co ja???- studiuję medycynę, chciałbym raczej iść w ortopedię, ogółem nie mieszkam tu za długo, zaledwie trzy lata. Wcześniej mieszkałem na Alasce z moimi rodzicami i siostrą...
-Ale ie jesteś Amerykaninem? Nie brzmisz. - zauważył Charlie.
-Jestem z Europy
-Dlaczego nie  mówisz od razu skąd jesteś.- Przerwała mi Ashley. Nieładnie jest przerywać.
-No mówię... Z Europy...- uśmiechnąłem się do niej zalotnie ukazując zęby. Na co ona także się uśmiechając, zagryzła dolną wargę.-  No dokładniej to z Włoch. - burknąłem. I po co to komu wiedzieć?
-Ale czy tak trudno powiedzieć od razu dokładnie? To bardzo intrygujące.- Ciągnęła dalej Ashley. Kobiety, to stworzenia uwielbiające dociekać, fochać się, sprzeczać, jakby miał z tego jakąś nie zrozumiałą wewnętrzną satysfakcje.
  Nadal się do niej uśmiechałem.
-Ulicę też?- uniosłem brwi i przeczesałem włosy palcami.
-Nie przesadzasz? - zaśmiała się.- Przynajmniej kraj. Chyba, że się wstydzisz.
-Ależ oczywiście, że nie. Nie mam czego. - powiedziałem z powagą. Poczułem jak mój telefon wibruje w kieszeni. Nie mam czasu. Oddzwonię.
-No rzeczywiście, ale jeśli ty nie chcesz ja powiem.- Dobrze wiem, że inni członkowie 'spotkania' przysłuchiwali się nam z uwagą.
-Przepraszam. Zaraz wrócę.- Powiedziałem, kiedy nieustanne wibracje zaczęły mnie irytować. Wróciłem do holu.
-Witam, panie Barnes.- szepnął nieznajomy głos zanim zdążyłem się w ogóle odezwać. Mówił po włosku.- Co u ciebie słychać?
-Kto mówi?- spytałem  w tym samym języku. Gościu miał głos niczym z taniego horroru. 'za siedem dni umrzesz. Buhahahaha!'
-Been! Nie pamiętasz głosu starego przyjaciela?- I teraz mój bardzo często opóźniający się mózg zaczął kojarzyć fakty. Wspomnienia wracały. Ból w klatce piersiowej narastał. Wyszedłem spokojnie na podwórko, musiałem wzbudzić trochę podejrzeń, alerobiło mi się cholernie gorąco. Ręce miałem spocone, a oddech i bicie serca przyspieszone. -Jesteś tam?
-Tak. Jestem. Po co dzwonisz. Skąd masz mój numer? Jak mnie znalazłeś? Gdzie..?
-Hej! Hej!- przerwał mi.- Nie tak szybko chłopie. Dzwonię, bo się stęskniłem.- Ha! On sobie ze mnie żartuje!- Skąd mam twój numer? To moja gorzka tajemnica. Jak cie znalazłem? Jesteś przewidywalny mój drogi. Lubisz język angielski, więc prostym było to, że wyjedziesz do kraju w którym się nim posługują. Nie mogło być to żadne państwo w Europie, bo chciałeś uciec ode mnie jak najdalej.
-Już. Pogadałeś? Odwal się ode mnie. Dobrze? Już chyba trochę za dużo namieszałeś w moim życiu- Ah! Namieszałeś w moim życiu! Jak to banalnie brzmi!- Nie chcę cię znać. Nie chce cię widzieć. Chce w końcu o tobie zapomnieć. Przypomniałeś sobie o mnie po tylu latach? Nie potrafisz odpuścić, Bernardzie.- rozłączyłem się. Już wiemy jakiego numeru unikać. Pomyślałem, kiedy wchodziłem z powrotem do środka.
-Przepraszam.- mruknąłem zasiadając przy stole.
-A więc. Powiesz coś po włosku jak masz okazję. - Ile razy można się pytać, czy powiem coś po włosku.
-Ed è così importante per te?- mruknąłem patrząc w dół. Uspokój się! Już z nim nie gadasz! Czy będzie to normalne, kiedy zacznę się kłócić z własnym umysłem?
-Sì, ma come ho detto ...- opowiedziała. Ja cie pierdzielę! Patrzyłem na nią jak sroka w gnat. Akcent  może i miała marny. - uśmiechnęła się ponownie.
   Potarłem czoło i spoglądnąłem na swój talerz, który był opróżniony do połowy.
-Nic. Nic. Ja tylko... Nie wiedziałem, że mówisz po włosku. Nie mówiłaś mi.
-Ty tez mi wcześniej nie powiedziałeś. To jedno z moich zainteresowań.- ucichła i znów panował spokój. Jedzenie było wyśmienite, więc szybko zniknęło z mojego talerza.
   Wolałem, kiedy ktoś coś mówił. Nie myślałem wtedy o rozmowie z Bernardem i prawdopodobieństwem, że mnie znajdzie i zabije. Ale przypuszczałem, że do tego dojdzie..
-A  propos zainteresowań. Czym się pan interesuje. - Pan Greene spojrzał na mnie po skończonej kolacji.
-Ja... Muzyką..
-A grasz na czymś? - dociekała jego żona.
-Tak. Na fortepianie i na gitarze.- cały czas mówiłem cicho.
   Ellie uśmiechnęła się i położyła rękę na moim ramieniu.
-Jest pan zdolny. - Odparła. Pokręciłem przecząco głową.- Jak nie. Do tego być lekarzem. Trzeba mieć wielka odwagę, żeby brać odpowiedzialność za czyjeś zdrowie.
-I jesteśmy panu bardzo wdzięczni, że pomógł pan naszemu synowi. - wtrącił Charlie.
-Taka moja praca. I proszę mi mówić Ben... I rozmowa toczyła się dalej, ale to nic istotnego.
   Wstałem od stołu, ponownie przepraszając i poszedłem do łazienki. Umyłem ręce i spojrzałem w lustro. W ciągu sześciu lat zaszła we mnie diametralna zmiana. Obciąłem włosy, mam zarost... Ktoś, kto znal mnie za czasów  mojego pobytu we Włoszech, zapewne by mnie teraz nie rozpoznał. Westchnąłem i przeczesałem włosy palcami, po czym wyszedłem z łazienki. Natrafiłem przy okazji na Ashley wychodzącą z pokoju na przeciwko. Przebrała się w luźny T-shirt i dżinsy.
-Ja już chyba będę lecieć.- Powiedziałem.
-Nie. Nie idź jeszcze.- zmartwiła się. Schlebiło mi to. Chciała, żebym został dłużej, ale nie mogłem, nawet jakbym chciał. A chciałbym.
-Muszę iść. Mam gościa. Nie zostawię jej samej.
-Jej?- uniosła brwi w górę.
-Siostra.- rozwiałem jej wątpliwości.- Kiedy możemy się jeszcze spotkać?
-Nie wiem. Mam dużo nauki... Matma i te sprawy...
-Mogę ci pomagać.- zaoferowałem się. Zagryzła wargę (często to robiła) i spojrzała na mnie szarymi, pięknymi oczami. Przysunęła się do mnie i cmoknęła niespodziewanie w usta. Cmoknęła. To takie dziecinne. Przysunąłem ją do siebie i pochyliłem się wpiłem się w jej wargi, niepewnie odwzajemniła pocałunek, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej głębszy. Pchnąłem ją lekko przesuwając pod ścianę. Tak jakby grała piękna muzyka. Ptaki, skrzypce i tak dalej, ale potem ucichła, gdy spostrzegłem Ellie stojącą na końcu korytarzyka. Jej mina wyrażała wielką chęć oddalenia się jak najdalej stad.
-To ja może nie przeszkadzam- zachichotała, kiedy błyskawicznie odsunąłem się od jej córki. Przyległem do przeciwległej ściany.
-Ehm...Eee... Ja i tak muszę znikać.- Powiedziałem ruszając w stronę drzwi frontowych.- Żegnam panie.- kiwnąłem głowa patrząc na Ashley, której policzki płonęły z zawstydzenia. Wyszedłem i westchnąłem głośno. Odpaliłem auto i zacząłem się zastanawiać, czy poprawnie postąpiłem całując ją. Powinienem był ulotnić się zaraz po tym jak zadzwonił Bernard, ale nie, bo po co. Trzeba być tak... Ale nie warto się nad tym zastanawiać. Trzeba działać, jeśli wiem, że Ashley jest chętna głębszej znajomości ze mną, to dlaczego by nie spróbować, choć mam teraz większy problem na głowie. Moje życie.  Czy nie tak? Czy ten człowiek nie odpuści? Jednak gdyby się tak głębiej zastanowić, to może on wcale nie chce mnie zabić... Nie. Wtedy nie miałby powodu, żeby mnie szukać. Nadal nie znam powodu śmierci  moich rodziców. Nie wiem co nim kierowało. Możliwe, że to człowiek chory psychicznie. Pedofilstwo i sadyzm to choroby.
   A co z ludźmi, których znam? Pewnie nic, bo kto będzie za mną tęsknił. Najgorsze jest to, że jeśli ktoś będzie w pobliżu podczas mojej 'egzekucji', to także zginie. To jest pewne.
   Musiałem sączyć rozmyślać. Wyjść z samochodu, pozbierać się i pogodzić z tym, co się stanie. Żyć dopóki mogę.
      ... ... ... ... .... ... ... ... ... ... ... .. .... ... .. ... ... .. .. . . ..... ... ... .... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ... ...
26.01.2014
    Koniec następnego rozdziału. Trochę taki... wymuszony... ale jest.
Ben

Ashley







wtorek, 31 grudnia 2013

VII Rozdział

   Sen opuścił mnie o piątej rano. Przez głowę przeleciała mi myśl , że jutro o tej porze będę musiał zbierać się do pracy a nie na trening (bądź co bądź... Bardzo kontrowersyjne określenie.)  Powoli, ale to bardzo powoli wygramoliłem się z ciepłego łóżka. Zajęło mi to piętnaście minut. Taki już los lenia. Po zebraniu się i załatwieniu wszystkich domowych spraw zajrzałem do pokoju Carly. Wierciła się, co oznaczało, że zaraz się obudzi. Kiedy spała wydawała się taka... dziecinna. W śnie niewiniątko w rzeczywistości pyskate przemądrzałe dziewczę, które było moją siostrą. Kiedy piłem kawę zadzwonił... dzwonek do drzwi. W końcu nie telefon. Otworzyłem, a przede mną ukazała się Ashley ubrana ciepło lecz sportowo.
-Dobry- odezwałem się uśmiechając promiennie i przepuszczając gościa w drzwiach.
-Cześć.- uśmiechnęła się po czym zmarszczyła czerwony od zimna mały nosek.
-Napijesz się czegoś?
-Nie mieliśmy iść biegać?
   Wzruszyłem tylko ramionami. Glany zamieniłem na adidas'y, a skórę porzuciłem na rzecz ocieplanej kurtki z materiału. Kiedy wyszliśmy na dwór nie mogłem powstrzymać się od wypowiedzenia :
-Ale pizga!
-To właśnie nazywa się stanem Waszyngton.
    Pobiegła dalej, a ja z niechęcią ruszyłem za nią. Po paruset metrach było coraz lepiej. Coraz cieplej...
Przebiegliśmy przez nieznaczną część miasta, po czym skręciliśmy do parku, a go okrążyliśmy dwadzieścia (mniej-więcej) razy z dwoma przerwami.
-Ścigamy się? - spytałem dysząc.
-Nie zmęczony?- odsapnęła patrząc na mnie tymi swoimi dużymi, szarymi oczami.
-Ja? Zmęczony? Nigdy!
    Zaśmiała się i usiadła na ławce. Poszedłbym w jej ślady, ale byłam w stu procentach pewny, że ławka jest strasznie zimna, a ja zimna NIENAWIDZĘ! Znowu na mnie spojrzała, pewnie rozpatrując moją propozycję. A ja stałem jak ten kołek kiwając się na boki.
-Nie.-Odpowiedziała w końcu.
-Dlaczego?- Teraz moje zachowanie przypominało teraz zachowanie dziesięciolatka, który próbuje przekonać swoją mamę do kupienia jakiejś nie istotnej rzeczy.
   Nie odpowiedziała tylko pokręciła głową.
-I doobra!- fochnąłem się. usiadłem na ławce zakładając, ręce na piersi. Ashley znowu się zaśmiała (Jakiż jam jest zabawny!).wsunęła swoją rękę pod moją, a głowę ułożyła na moim ramieniu. Rytm serca mi przyspieszył. Oddech stał się nierówny. Zrobiło mi się gorąco, więc westchnąłem.
-Przeszkadza Ci to?- spytała cicho.
-Nie.- mruknąłem. MI to wcale nie przeszkadzało. Oparłem policzek o jej głowę. Jej włosy pachniały truskawkami i teraz zauważyłem, że się zafarbowała. Teraz z tyłu od spodu miały kolor fioletowy. Taki... Mocno fioletowy. zawsze podobały mi się takie dziwactwa związane z włosami.
-Zafarbowałaś włosy.- powiedziałem
-W końcu ktoś zauważył- zaśmiała się popatrzyła na mnie. Prostując się zmusiła mnie abym się od niej odsunął.
-Jesteś inny.
-Inny: Jak się ostatnio widzieliśmy wyglądałeś inaczej, czy inny : dziwak.
-Inny... indywidualista. - stwierdziła. Ja? Indywidualistą? No. Może trochę. Tylko w jakim sensie? I czy dla niej indywidualizm to cecha pozytywna czy może wada. Chyba poczuła, że to wytłumaczenie mi nie wystarczało. Zaczęła więc wyjaśniać dalej. Wstała i snęła wprost przede mną.- Jesteś inny niż wszyscy faceci, z którymi miałam dotychczas do czynienia. Jesteś miły, skromny, pomocny.- Ja!? MIŁY? SKROMY? A może i pomocny. Może i moim zdaniem nie graniczyło to z prawdą, ale bądź co bądź schlebiało mi to. Schlebiało. Nie powiem.
-Ou...- Serio!? Ben? Tylko na tyle Cię stać? Opierdalała mnie moja podświadomość. No, ale co ja mogłem powiedzieć. 'Dzięki'!? To byłoby jeszcze bardziej chujowe niż to moje marne 'Ou'.- Nigdy tak o sobie nie myślałem- odparłem w końcu.- Nikt mnie nigdy o tym nie uświadamiał. Bardzo mi miło, że uważasz mnie za miłego czy pomocnego. Ale ty jesteś milsza- Wstaję i podchodzę do niej.- Jesteś bardziej pomocna.- Uniosła brew, ale nic nie powiedziała.- Jesteś wspaniała.- szeptem przekazałem jej to co zawsze chciałem jej przekazać.Przejechałem opuszkami palców po policzku Ashley. Zaledwie po miesiącu znajomości powiedziałem jej co o niej sądzę, ale to i tak nie było wszystko co miałem jej do powiedzenia. Jej oczy, Wielkie i szare, się zaszkliły, a policzki zalały soczystym rumieńcem. Ta cisza strasznie mnie skrępowała, więc szybko ją przerwałem.- Idziemy na kawę?
    I znowu spojrzała na mnie tymi swoimi oczami.
-Tak.-Ashley odparła cicho i chrypliwie.
     Przez całą drogę do baru Samuela nic nie mówiliśmy.
-Cześć Sarah.- powiedziałem do znanej mi kelnerki, nie patrząc na nią.- Ashley?
-Herbatę English Breakfast poproszę.- już nie była przygnębiona. Mówiła śmiało i z uśmiechem. Spojrzała na mnie nadal promieniejąc.
-Kawę poproszę.
    Kiedy Sarah odeszła zwróciłem się do Ashley:
-Nie pijasz kawy?
-Nie przepadam. Wolę herbatę. Kawa ma... ten...
-Gorzki smak- dokończyłem za nią
-Tak. Dokładnie.
-Czyli najbardziej lubisz herbatę?- spytałem kiedy zaczęła zbliżać się Sarah. Postawiał przed nami filiżanki i po cichu się oddaliła.
-Tak. English Breakfast jest najlepsza. Kojarzy mi się z Anglią. Zawsze chciałam tam się znaleźć.- upiła łyk herbaty.
-Eee... Tak ponoć w Anglii jest dużo butików i tym podobnych.- Marzenie każdej kobiety!
-Tylko, że mi chodzi bardziej o to, że tam rozgrywały się akcje moich ulubionych powieści. Duma i Uprzedzenie, Wichrowe Wzgórza, Rozważna i Romantyczna czy Mansfield Park.- rozmarzyła się.
Już wiemy o niej coś nowego. Fanka Jane Austen. Oraz Emily Brontë, choć nie wiadomo, bo Wichrowe Wzgórza to była jedyna powieść Emily.
-Tak... I do tego XIX wiek... Kto nie chciałby żyć w tamtych czasach...- Żywiołowo mi przytaknęła
-Pozwolisz, że zmienię temat?- powiedziała przez chwile na mnie nie patrząc. Niewerbalnie dałem jej do zrozumienia, że nie mam nic przeciwko.- Wczoraj przez telefon powiedziałeś 'Może i dobrze znam angielski, ale coś tam, coś tam'.- Zaśmiała się sama ze swojego stwierdzenia.- O co chodziło?
-Nigdy ci nie mówiłem?- pokręciła przecząco głową- Jestem europejczykiem.- I w tej też chwili uświadomiłem sobie, że skończyłem kawę.
-Zawsze jakaś podpowiedź, a narodowość to...- pokręciła głową w geście 'No mów że!'
-Io sono Italiano, Mia Cara!- powiedziałem to z tak wyraźnym akcentem na jaki było mnie tylko stać.
   Jej uśmiech stał się tak szeroki, że ukazała swoje piękne białe zęby. Nigdy nie próbowałem wyrywać kobiet na włoski. Zawsze był to mój urok osobisty.
-Jak miło!- powiedziała nadal się uśmiechając.- Więc co cię ściągnęło do Stanów.
-Nie wiem. Zawsze chciałem tu żyć. Mówić na co dzień po angielsku. Zawsze lubiłem się go uczyć- po części była to prawda.- Miałem osiemnaście lat...- I nic więcej nie potrafiłem jej powiedzieć. Chociaż, że było mi coraz łatwiej o tym mówić, to jednak wywoływało u mnie to pewne nie chciane emocje.
-Oh, ja bym jednak wybrała Anglię. Musiałeś pewnie wiekami stara się o to by tu być.
-Ależ nie, z Włoch nie potrzeba nawet wizy. Kupujesz bilet, lecisz. Serio, prosta sprawa.
-Czyli mam nadzieję, że pokażesz mi kiedyś Włochy. Skąd jesteś dokładnie?
-Maluuutkie misteczko pod Florencją. Z chęcią Ci pokażę.
  Ashley nie mieszkała daleko ode mnie. Dokładnie na tej samej ulicy. W 10th Ave. Staliśmy jeszcze chwilę przed jej domem. Gawędząc i żartując, aż w końcu z niebieskiego domku nie wyszła niska blondynka o niebieskich oczach. Wyglądała bardzo elegancko. Ubrana w ciemny żakiet i kanciaste materiałowe spodnie. Wyglądała jak bizneswoman. Szła w naszą stronę trzęsąc się z zimna.
-Oj! Dzieciaki! Chodźcie do środka. Jest zimno.- Wyglądała na trzydzieści, trzydzieści parę lat, choć możliwym było, że miała za sobą czterdziestkę.
-Cześć mamo.- uśmiechnęła się do niej Ashley.- Ben to jest moja mama Ellie. Mamo proszę poznaj Bena, mojego...- spojrzała na mnie. Chyba czekała na moją podpowiedź.
-Przyjaciela.- odparłem trochę spłoszony. Może i wyglądałem tak jak wyglądałem, ale nieśmiałość to moje drugie imię.- Miło mi panią poznać.- Wyciągnąłem do niej dłoń, a ona bez wahania ją uścisnęła.
-Benjaminie- pani Greene przywitała się w formalnym guście. Patrząc z dołu na moją twarz z promiennym uśmiechem. Była dosyć niska. Niższa od swojej córki.- Może wejdzie pan do środka?
    Ashley znowu się uśmiechnęła. Najwyraźniej pod pasowało jej to, że od razu przypadłem jej mamie do gustu. Ponownie obdarzyłem panią Ellie nieznacznym uśmiechem.
-Nie dziękuję, ale bardzo mi miło.- zadeklarowałem.- Ja chyba będę już znikać.- mój wzrok padał na młodszą Panią Greene.- Miło cię było znów zobaczyć.
-Ciebie też. Do zobaczenia.
-Do widzenia panią i miłego dnia.- skłoniłem się lekko i ruszyłem w stronę domu. Tam czekała na mnie Carls. Z filiżanką herbaty. Już nie English Breakfast a Lipton cytrynowo-pomarańczowa.
-Dobry.- Odparłem wchodząc do kuchni.- Głodna?
-Hej. Nie dzięki już jadłam. Jak tam trening?- chochlik jeden, mały, przebiegły.
    Uniosłem kciuk w górę. Już się dzisiaj dużo na rozmawiałem, choć nie wierzyłem, że usiedzę cicho na długo, bo na pysk już rzucało mi się jedno pytanie:
-Jest Nathan?
-Nie. Wyszedł niedawno.- upiła łyk.- Dobra ta herbata.
-Znów się zaczyna chlanie.- Mruknąłem. Zauważyła, że to nie było o mojej herbacie.
-Uważasz, że wróci pijany?- zmartwiła się lekko
-Tak było zawsze, Carly. Mieszkałem z nim wcześniej. Zawsze wychodził w południe. Albo wracał zalany wieczorem, zazwyczaj nie sam, albo wracał na kacu rano. Zastanawiam się tylko jak on zdał wszystkie egzaminy, jeśli nie uczestniczył zbyt często w wykładach. Ale i tak to rzucił. pół roku temu.
-Chodził z tobą na uczelnie!?- Zdziwiła się ostro. Przytaknąłem jej opierając się o szafkę kuchenną. Wzruszyła ramionami. Tak, prawdą było, że Nat nie jest jakoś wybitnie mądry. I naprawdę nie mam zielonego pojęcia jak udało mu się wytrzymać na studiach ponad dwa lata.
-Idziesz do kościoła?- Spytała Carly. Popatrzyłem na nią z wyrzutem.
-A czy ja, Moja droga Carly, Wyglądam na kogoś, kto chodziłby do kościoła?
-Nie...- zaklaskałem w dłonie, a ona wywróciła oczami.- To pa, bo ja idę.
     Zrobiłem więc notatki i inne gówna uczelniane.
31.12.2013

     Hej!!! SZCZĘŚLIWEGO ROKU 2014!!!   

       Zostawiam dla was Beniula na początek nowego roku:


                                                 BAWCIE SIĘ DOBRZE! :D




niedziela, 8 grudnia 2013

VI Rozdział

   Wsiadłem w samochód i wybrałem kurs : Lotnisko Seattle, bo nasza kochana Carly nie kupiła biletu do Tri Cities.
   Byłem strasznie poddenerwowany. Nie widziałem jej prawie rok (miesiąc przed świętami Bożego Narodzenia widziałem ją ostatnio.) Eh... To wspaniała dziewczyna. Szalona, ale bardzo mądra. Swoje zachowanie zawsze potrafi przystosować do poszczególnej sytuacji. Ja w jej wieku byłem  nielubianym i tępionym kujonem... Eh. Moje dzieciństwo było do bani. Chociaż, że teraz uchodzę za zajebistego przystojniaka ( nie wiem co oni wszyscy we mnie widzą), to moja przeszłość wcale nie graniczy z tym co widać teraz. Byłem szpetnym dzieciuchem, którego nie chciała żadna dziewczyna. Moją pierwszą miałem w wieku 18 lat (co nie jest zabawne ze względu na to, że wcześniej nie miałem do tego warunków), a była ona włoszką o imieniu Vittoria. Była też moją pierwszą przygodą erotyczną, a potem moje przygody stawały się częstsze, ostrzejsze, bardziej brutalne, a teraz to, że przeleciałem znaczną część osobników płci żeńskiej uczęszczających  na medycynę obrzydza mnie całkowicie.
    Droga do Seattle to strasznie długa droga, więc postój był nieunikniony. Na jednym z CPN'ów zadzwonił mój telefon wydając z siebie ostre wycie wokalisty Static-X. Wszyscy w pobliżu odwrócili się w moją stronę pragnąc ujrzeć kto jest tak zdesperowany, by mieć taki dzwonek. Spojrzałem na nich marszczą brwi i posłałem w ich stronę blady uśmiech, który pewnie wyglądał bardziej na grymas. Odebrałem wywołując u innych ulgę.
-Hej Sam.- przywitałem się jeszcze trochę skrępowany.
-Cześć. Ben pomógłbyś mi w czymś?
-Tak. Z chęcią. A kiedy?- mruknąłem wyciągając z baku wąż od dystrybutora. Zamknąłem auto i ruszyłem w stronę baru, by na kasie zapłacić za nakarmienie 163-konnego, cichego i dwulitrowego SUV'a.
-Wiesz.  Miałem nadzieję, że teraz. Mogę po ciebie wpaść, jeśli tak będzie wygodniej.
-Eee... Samuel. W tej chwili akurat znajduję się jakieś 120 mil od Kennewick na stacji benzynowej w Ellensburg'u. Może wieczorem?
-No okej.- burknął trochę zawiedziony. Ostatnimi czasy humor niekoniecznie mocno się go trzymał. Tak bardzo nie chciał być ojcem? A może na jego nastrój wpływały jeszcze inne czynniki oprócz brzemienności jego młodej żony.-A tak przy okazji: Co TY- Podkreślił, znacząco akcentując znacząco akcentując słowo TY. - robisz w Ellensburg'u?m- Dlaczego mój włoski język musi zaznaczać durne rrr? Po amerykańsku brzmi to lepiej!
-Ja? Po Carly jadę.- powiedziałem podchodząc do kasy. Posłałem dziewczynie stojącej za ladą przelotny uśmieszek. Wyciągnąłem ze spodni pieniądze.
-O! To zadzwoń jak przyjedziesz. Od razu się z nią spotkam.
-Jesteś dla niej za stary.-Zachichotałem, a kasjerka za ladą westchnęła spoglądając na mnie, a widząc, że to przyuważyłem zabrała 20 dolarów i spuściła głowę.
-Jesteś dla niej za stary- pomówił się niczym małe dziecko i się rozłączył.
   Potarłem czoło, w duchu śmiejąc się z kumpla.
-Ciężki dzień?- spytała dziewczyna (źle interpretując moje zachowanie) , która jeszcze chwile wcześniej wzdychała na dźwięk mojego śmiechu.
-Wręcz przeciwnie, Proszę Pani. Bardzo przyjemny dzień.- Ponownie się do niej uśmiechnąłem.
-Podać coś panu?- mruknęła nadal zażenowana.
-Tak. Strasznie zgłodniałem. Co by mi pani zaproponowała?
    Pokazując kartę dań wytłumaczyła mi co warto zjeść, a od czego lepiej trzymać się z daleka. Nie byłem tak naprawdę głodny. Dziewczyna była speszona, zawstydzona. Chciałem po prostu, żeby poczuła się raźniej, a tym samym chciałem, żeby myślała, że nie widzę jej zachowania. Kiedy rozmawiałem przez telefon korzystała z tego, że na nią nie patrzę, choć kątem oka zauważyłem, że się mi dokładnie przygląda.
   Wybrałem ( tak jak to -Lana- powiedziała) ostateczność. Pół godziny później siedziałem za kierownicą w drodze do Seattle.
    Kiedy tam dojechałem zdążyło się już zrobić ciemno. Na miejscu, czyli po 7 wieczorem zadzwonił do mnie szef pytając 'Czy jutro będę w stanie przyjść do pracy' Chociaż, że dyżur nie był mój. Po krótkiej rozmowie poddał się i dał mi spokój.
   Carly wyłoniła się z tłumu. Tak mi się wydawał, że to Carls, bo jej włosy teraz nie blond, a mocno rude rzucały się w oczy, co nie pasowało mi do jej osoby. Podbiegła do mnie i przytuliła bardzo mocno.
-Tęskniłam za tobą.- Szepnęła, a  w moim gardle pojawiła się wielka klucha. Nie byłem w stanie nic z siebie wydusić. Pocałowałem ją tylko w czoło i obdarzyłem promiennym uśmiechem. Zabrałem jej bagaż i zaprowadziłem do samochodu. Wskoczyła na miejsce pasażera, a ja zaraz po niej zasiadłem za kierownicą.
-Fajne auto.- szepnęła dotykając opuszkami palców skórzanej tapicerki.
-Dzięki- mój głos wydał mi się dziwny. Zbyt niski i chrypliwy, ale ona chyba tego nie zauważyła, bo patrzyła tylko w przednią szybę, a na jej twarzy było widać cień uśmiechu i choć próbowała go ukryć, to oczy nadal pozostawały rozbawione. Zadzwonił tym razem mój IPad, który przyczepiony był jako nawigacja.
-Barnes.- odebrałem
-Tak wiem.- Odezwała się adorowana prze zemnie osóbka.- Mam do ciebie pytanie.
-Słucham.
-Muszę trenować i zastanawiałam się czy nie wstałbyś specjalnie dla mnie o 6 rano i nie potowarzyszył mi.
- Sądzę, że zrobiłbym to SPECJALNIE dla ciebie, Ashley. A potem poszlibyśmy razem na kawę?- O cholera!!! Do moich policzków napłynęła krew. Ja się zarumieniłem? Co ta kobieta ze mną robi!?
-Twój ton przypomina mi mojego wykładowcę pytającego się nas ' Co się stanie jeżeli będziesz robić fikołki nad przepaścią?'- Ten wykładowca musiał być naprawdę popieprzony, jeśli zadawał takie pytania.
-Zapewne spadnie się w dół-Odparłem
-Redundancja.- oznajmiła.
-Że co?- mój głos podskoczył tym razem o oktawę.- Może i znam dość dobrze angielski, ale to słowo jest mi obce.
-Redundancja to... hmm... masło maślane.- oznajmiła trochę nie pewna czy ją zrozumiem.
-Czyli?
-Czyli to co powiedziałeś ty. Spadać w dół.
-I?-nie dyskutuj nigdy ze studentką filologii amerykańskiej, bo zawsze przegrasz.
-Jeśli udowodnisz mi, że można spaść w górę to zrobię ci...
-No co mi zrobisz?- przerwałem jej głośno się śmieją. Nawet Cary zachichotała.(moje myśli pobiegły w bardzo nie czystym kierunku... Co się z tobą dzieje, Ben?)
-...Masło.- burknęła..
    Ashley tylko parsknęła.
-To jak z tą kawą?- spoważniałem.
-Z chęcią.- szepnęła
-Do jutra.
-Pa.- I się rozłączyła.
    Kawa? Z Ashley? Zajebiście!!! Mój umysł raduje się jak dziecko.
-Czyżby Benjamin Alejandro Barnes umówił się właśnie na randkę- uśmiechnęła się szyderczo młoda pasażerka.
-To tylko trening.- odparłem z kamienną twarzą.
-A kawa?
-To kawa.- na moją odpowiedź wywróciła oczami i szturchnęła mnie w ramię
-Spowodujesz wypadek- zauważyłem.
-To ty prowadzisz.
-To ty mnie szturchasz.
-Ale na ciebie spadnie wina.- Nie miałem więcej ripost, więc zrezygnowany wystawiłem jej język niczym małe dziecko. Resztę bardzo długiej drogi rozmawialiśmy i śpiewaliśmy durne piosenki.

     -Nathan!- zawołałem przepuszczając siotrę w drzwiach.
-Już idę!- odkrzyknął z salonu.
-Co za Nathan?- spytała szeptem Carly
-Współlokator.- odszepnąłem
   Nat wyłonił się z pokoju serdecznie witając Carly i proponując coś do picia, a ja szybko i po cichu przeszedłem do swojego pokoju, by tam zacząć rozmyślać.
08.12.2013

     KONIEC. Sorry za tę przerwę. Znowu, ale jakoś tak... Nie ważne zostawiam z:
Carly:
Nathan'em:



Ben też musi być! :D
Narazie!!!! :) I nic nie obiecuję :)





wtorek, 12 listopada 2013

V Rodział

     Przekręciłem kluczyk w zamku. Kiedy drzwi się otworzyły do moich zmysłów przybył piękny zapach smażonej cebuli i jajek. Po małej kuchni krzątał się Nathan, który choć poprzedniego dnia nieźle napity, i chociaż było parę minut po szóstej rano emanował tak charakteryzującą go żywiołowością  i żywością.
-Dobry- mruknąłem. Teraz akurat byłem jego przeciwieństwem... wczoraj było podobnie.
-Joł -powoli jego radość i mi się udzielała, ale powoooli
   Postawił przede mną talerz. Zawartość: jajecznica z cebulą oraz pomidorami. Całość: zachęcająco wyglądająca substancja stała o przyjemnym zapachu. Mniam! Parę chwil później do stołu zasiadł i Nathan. Kurcze jak ja się za tym gościem stęskniłem. Mój telefon znów uporczywie zadzwonił, wydobywając ze swych głośników ostrą próbkę metalu... Odebrałem:
-Barnes {tak. To jest nazwisko bohatera XD}- odezwałem się. Numer był mi nieznany. Zawsze przedstawiałem się, abym potem nie był zamęczany pytaniami 'Czy zastałem może Muffinę?'
-Tak. Wiem doktorze.- odezwał się znany mi głos.
-Cześć Don!- Donald to człowiek, który w pewnym sensie zastępował mi ojca. Mieszka na Alasce, więc nie widuję go często, ale znam go długo... Kiedy go poznałem byłem już za stary, żebym mógł zostać adoptowany, ale i tak czuję, że on i jego rodzina są mi bardzo bliscy. Jego żona Megan to miła czterdziestoparoletnia kobieta wyglądająca na trzydziestkę, a ich córka, piętnastoletnia Carly, ubierająca się na luzie, słuchająca wszystkiego co wpadnie jej w ucho, bardzo dobrze się ucząca, ciemna blondyna zastępowała mi bardzo młodszą siostrę, którą jak już wiecie, straciłem.
  Donald pracował w firmie zajmującą się przedsiębiorstwem, finansami, więc i trochę kasiorki miał.... Jednak był to człowiek dobry, uczynny...
-Ben. Carly ma teraz przerwę...
-Wiem.- dziwne, bo zaledwie miesiąc temu zaczęła rok szkolny.
-Dawno się z tobą nie widziała i chciałaby... chciałaby zostać u ciebie na tydzień, dwa...- przewał na chwilkę. Jego córka akurat coś odkrzykiwała.- Kazała przekazać, że jeśli jest jakikolwiek problem...
-Nie!- Przerwałam mu - Stęskniłem się za wami. A jeśli mam okazję spotkać się z Carls to... Oczywiście! Już nie mogę się doczekać!...- Teraz to ja przerwałam swoją wypowiedź. Eh. tak ciężko jest brać winę na siebie.- Don. Przepraszam, że nie dzwoniłem. Powinienem był zdzwonić zaraz po tym jak wróciłem z Europy.
-Nie trap się tym. Wina leży także po naszej stronie. Wiedzieliśmy kiedy wracasz. To ja przepraszam Ciebie.
-Wiesz? Chyba raczej nie powinno być tematu.- Och, jak bardzo nie chciałem o tym rozmawiać- Było. Minęło.
-Taak...- znowu przerwa. Znów z kimś gadał- Megan chce z tobą poplotkować...
-Dawaj mi ją! - Ucieszyłem się. Jej głos był tak delikatny, tak uspokajał. Kiedy ze mną rozmawiała, zapominałem o wszystkich złych rzeczach.
-Cześć Skarbeńku. - odezwała, a u mnie pojawił się ogromny uśmiech.
-Cześć...
-Jak tam w pracy, jak nauka?
-W porządku...- Opowieść o pracy lekarza. Nie zbyt ciekawa historia prawdę mówiąc. Oszczędzę wam tego cierpienia... Po rozmowie zacząłem sprzątać w domu. Wszystkie pudła zacząłem rozpakowywać, a ich zawartość ustawiać na odpowiednie miejsca w poszczególnych częściach mieszkania.
-Hej Ben- powiedział Nathan wchodząc do przedpokoju. Opróżniał właśnie zawartość jogurtu pitnego. Nie przebywa tutaj długo, a już wyszczupla mi lodówkę!
-Słucham cię.- mruknąłem obojętnie, zajęty swoją robotą.
-Powiedziałem wczoraj może coś nie tak?
-Nie. Tak dokładnie to ledwie mówiłeś. I w pewnych momentach przestawałem cię słuchać... Ale... Czekaj! Bardzo wczesnym rankiem wygoniłeś mnie po piwo do sklepu.
-I ty byłeś w monopolowym? Chodzisz tam tylko wtedy kiedy skończą ci się fajki i tylko w ostateczności kiedy...
-Wiem kiedy i po co chodzę do monopolowego.
-Nie musisz mi się tłumaczyć. Wystarczy powiedzieć.'Nie. Byłem w supermarkecie.'
   W odpowiedzi westchnąłem tylko i powróciłem do poprzedniej czynności.
    Zajęło mi to jakieś półtorej godziny. Bez tych pudeł na środku przejścia było o wiele lepiej, a pomieszczenia wydawały się jeszcze bardzie wszechstronne. Pościeliłem jeszcze starannie łóżko, w miejscu w którym miałem zamiar umieścić Carly. Uświadomiłem w międzyczasie Nathana, że będzie musiał zostać na kanapie. Na szczęście, odpowiadało mu to. Nie wiem dlaczego, ale to, że moja 'siostra' przyjeżdża strasznie mnie stresowało. A może... Ech. Najlepiej jest nie myśleć o tym co najgorsze. Bez złych myśli strasznie jarałem się i cieszyłem z jej przyjazdu. Mam czas wolny, nie chce mi się spać, się najadłem.
Tak, więc ubrałem się w taki jakby strój sportowy... Czarne dresy, czarne trampki, czarna koszulka typu 'bokserka'. Z przodu widniał szary napis 'C'mon'. Na modelach zwykle te koszuli wyglądały lepiej. Były... trochę bardziej obcisłe? Albo ze mnie był taki szczupak. Mówi się 'Najpierw masa, potem rzeźba' Ja jakoś ominąłem etap masy, ale i nie maiłem jakoś zjawiskowo umięśnionej sylwetki. Nie wyglądam jak model
   Ogarnij się tępa strzało... Dwadzieścia minut później znalazłem się na siłowni... I szło mi nieźle. Nie lepiej od mięśniaków podnoszących 2000000, ale wystarczyło na nich nie patrzeć i samopoczucie znów wzrastało.
   Mała, krótka pogawędka z Ashley przez telefon i wzrok znikał z innych kobiet, bo się chyba zabujałem... Ten świat schodzi na psy. Ben się zabujał i co gorsza się do tego przyznaje i co jeszcze gorsza nie próbuje sobie wmówić, że jest inaczej, choć... Sam nie wiem...12.11.2013


   Okej... Znoowu. Bardzoo. Dłuugaa. Pzreerwaa.... I tak nikt specjalnie zacięcie tego nie czyta, więc... :) Dla czytelników: Miłego Czytanie, a dla nieczytających: Zdajcie sobie sprawę z tego jakiego pecha macie... :D

Obserwatorzy